Klasyka literatury – co warto przeczytać?

Klasyka, klasyka, klasyka… Temat tak płynny jak gatunki literackie ledwie kilka pokoleń wstecz albo forma wielu słynnych tekstów przed wprowadzeniem praw autorskich. Nie ośmielę się stworzyć wielce obiektywnego rankingu klasyki literatury, a jedynie przedstawię kilka osobistych zapisków o ważnych dla mnie powieściach (z jednym wyjątkiem!) z trochę dalszej, choć nie jakoś bardzo odległej, przeszłości.

Nie jest to pierwsze uznane dzieło literackie w dziejach, ani nawet pierwsze pisane prozą, ale ze znanych mi, jest to chronologicznie pierwsza powieść, którą mogę z czystym sumieniem polecić. Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy Laurence’a Sterne’a1od dawna nie wznawiana może zniechęcać bombastycznym tytułem – ale może też nim zachęcać – jest jednak powieścią, bo to jest już pełnoprawna powieść, sprawiającą i obecnie sporo radochy. Przy tym wyprzedzającą swoją epokę nie o kilkadziesiąt lat, a o grubo ponad wiek. Narrator, nieszczęsny JW Tristram Shandy, próbuje napisać autobiografię i przez ciągłe popadanie w dygresje, a także interwencje całego wianuszka cudownie dziwacznych postaci, nie jest w stanie w opisie, jak to od kogoś zapożyczę w tym miejscu: “przekroczyć jakże ważnej dla każdego mężczyzny granicy czwartego roku życia“. No i jeszcze ta straszliwa tragedia z… nosem w dzieciństwie!

Rękopis znaleziony w Saragossie2nowy przekład autorstwa Anny Wasilewskiej, i to dwóch wersji książki z 1804 roku oraz z 1810 roku, ukazał się niedawno nakładem Wydawnictwa Literackiego, co jest może opinią zaskakującą, bo tyleż napisano o misternej, szkatułkowej konstrukcji, nie jest w moim odczuciu książką formalnie aż tak nowoczesną, ale to zbiór jednych z najpiękniejszych opowieści w historii literatury światowej, bo o polskiej chyba jednak nie można w tym wypadku mówić. W tym miejscu powinna pojawić się anegdotka o tym, jak to Potockiemu, posłowi na Sejm Wielki w końcu, przyjaciele poprawiali mowy poselskie, ale już nie pamiętam szczegółów, więc wybaczcie, nie pojawi się. Źródła inspiracji autora były wielokrotnie omawiane, późniejsze dzieje jego dzieła także. Całkiem niedawno wyszły nowe wersje nie tylko tłumaczenia, ale i redakcji, więc mogę tylko zapewnić – wszystkie te rzeczy nie zabijają przyjemności czytania o przygodach dzielnego kapitana Alfonsa van Wordena i dziwach, jakie mu się przydarzają w górach Sierra Morena.

Czy pisać o Stendhalu? Na pewno nie nazwę go ulubionym klasykiem, ale muszę ze skruchą wyznać: straszliwie zazdroszczę mu jednego – możliwości pisania o swoich bohaterach równocześnie z niezwykłą przenikliwością i tak jakby byli kompletnymi kretynami. Można przeczytać, w końcu to jeden z ojców współczesnej powieści i wzór do naśladowania dla kilku następnych pokoleń. Ratują się poszczególne sceny, choćby kompletnie nieheroiczna panorama bitwy pod Waterloo w Pustelni parmeńskiej.

Zdecydowanie bliżej mi jednak do Moby Dicka Melville’a. To jedna z tych historii w światowej kulturze, którą, w jakiejś wersji, znają wszyscy. Kapitan Ahab goniący za białym wielorybem personifikuje szaleństwo, ślepą zemstę, a może przeciwnie – (starotestamentowe) Prawo? Całość ma siłę biblijnego apokryfu. Zaskoczeniem, w zasadzie od pierwszego zdania, jest głęboki realizm z jakim opisane zostało życie wielorybników, funkcjonowanie statku w czasie polowania, czy chirurgiczna wręcz precyzja w opisie oprawiania upolowanych ssaków. Rozczulają, jak dziś wiemy, błędne opisy życia wielorybów, ale zachwyca łatwość, z jaką Melville przeskakuje od akapitów eseistycznych do przygodowych. Perełka postmodernizmu, aż chce się zażartować.

W jakimś sensie podobny żywot wiodą Nędznicy Victora Hugo. To też historia powszechnie znana, omawiana na wiele sposobów. Jednak dopiero kontakt z książką pozwala w pełni ogarnąć całą szeroką wizję świata przedstawioną przez francuskiego pisarza. Kiedy rozebrać Nędzników na czynniki pierwsze, to opisane w nich wydarzenia fabularne – tak jak u Stendhala mamy na przykład opis bitwy pod Waterloo, ale jakże odmienny! – da się policzyć na palcach dwóch rąk. Reszta to tylko opakowanie, pozłota i sznurek… Mimo, czy raczej właśnie dlatego, z jaką przyjemnością czyta się o jednym, jedynym, wydarzeniu przez dziesiątki, jeśli nie setki stron. W Nędznikach odbija się nie tylko duch epoki, ale też pewne mechanizmy psychologiczne – by o politycznych oraz społecznych nie wspomnieć – ponadczasowe. Nawet jeśli niektóre poglądy autora dziś dziwią albo wręcz onieśmielają.

Ambrose Bierce to przypuszczalnie najmniej znany w tym zestawieniu autor, mój własny zapomniany klasyk. Bierce był uczestnikiem wojny secesyjnej, po niej dziennikarzem, pamflecistą, autorem opowiadań. W jego utworach groza pojawiała się na skutek igrania z siłami natury, był również autorem makabrycznych humoresek. Przede wszystkim jest autorem krótkich opowiadań o wojnie secesyjnej, łączących w sobie cały brud oraz mozół zbrojnego wysiłku z wczesną fantastyką. Równie niezwyczajne jak jego proza było jego życie, przynajmniej jego końcówka. W 1913 roku, w wieku ponad 70 lat, udał się do Meksyku, by relacjonować tamtejszą rewolucję – notabene wydarzenie niejako antycypujące dramatyczne konflikty XX wieku – albo po prostu się w niej zagubić. Zaginął, dalsze jego losy do dziś pozostają tajemnicą.

Jeśli miałbym w takim podsumowaniu umieścić stuprocentowo polskiego rodzynka, to oczywiście byłaby nim Lalka. Nadal najlepsza nasza powieść, na pewno z dopiskiem “realistyczna”. Wszystko jest tu doskonałe, nawet drobne wpadki wynikające z braku zdecydowania Prusa lub z wymogów cyklu “produkcyjnego” pisarza. Oczywiście żal, że niektóre wątki nie zostały pociągnięte, aż chciałoby się wiedzieć, co dokładnie robił Wokulski na wojnie w Bułgarii, szkoda że zabrakło miejsca (czasu?) na pogłębienie tematu warszawskich, czy szerzej – polskich, Żydów, jednak i tak Prus zmieścił w Lalce cały chór głosów, może nawet troszeczkę wyprzedzając epokę w kwestii polifonicznej narracji. No i Ignacy Rzecki, jedna z najwspanialszych postaci literackich wszech czasów. Nigdy się z niego nie śmiejesz, zawsze uśmiechasz. Przede wszystkim to powieść o mieście-potworze. Miasto jako struktura, będące czymś większym niż suma ludzkich losów, to przecież wielki temat następnego wieku.

Ciężko obiektywnie pisać o Conradzie. Patrz: wymęczony przez pokolenia nauczycieli Lord Jim. No i nie wiadomo – traktować światową karierę tegoż Józefa Korzeniowskiego jako polski sukces czy raczej dowód najgorszej z możliwych zdrad? Bo Polak, kiedy Ojczyzna w potrzebie, na koń siada, a jak pisze, to tylko o prześwietnych wiktoriach (naszych) i okrucieństwach niegodnych (ich). Literacko też ciężko ogarnąć, bo muszę wierzyć, że pisemny angielski Conrad opanował perfect, w odróżnieniu od mówionego, w którym ponoć do końca wyczuwalny był obcy akcent. Pisał też, zwyczajem ówczesnych ludzi pióra, bardzo dużo i jest to z dzisiejszej perspektywy twórczość okropnie nierówna. Niektóre, zwłaszcza te najbardziej autobiograficzne, utwory zestarzały się, w wielu innych długie partie robiące “wow” nieodmiennie przeplatają się z melodramatycznymi płyciznami. Tak jest na przykład w Nostromo, mimo wszystko jednej z ważniejszych książek Conrada. Tutaj nasz były rodak wykazał się wręcz zdolnościami profetycznymi, bo mechanizm zamachu stanu w fikcyjnym państwie Południowej Ameryki (choć możliwe, że wzorowany na europejskich/amerykańskich podchodach pod przyszły Kanał Panamski) będzie się powtarzał przez cały XX wiek w jak najbardziej realnych miejscach. Moją trójcę dopełnia Lord Jim, powtarzam: niesłusznie zniszczony przez fakt bycia lekturą szkolną, oraz Jądro ciemności3nowy przekład Magdy Heydel ukazał się niedawno nakładem Znaku, jedna z tych książek, które nigdy nie stracą na aktualności.

Jeśli Conrad pewnymi zabiegami, zwłaszcza w sposobie snucia narracji i łączenia jej z psychologicznymi portretami bohaterów, odświeżał dotychczasową literacką formułę, to James Joyce w Ulissesie4przy okazji warto wspomnieć o nowym przekładzie Macieja Świerkockiego, który ukaże się nakładem wydawnictwa Officyna w 2021 roku ją po prostu rozsadził. Co ciekawe – gęsto odwołując się do przeszłości. Bo Ulisses sięga w historię nie tylko swym tytułem, ale także czerpie choćby z celtyckich sag i historii bardziej prywatnej. Przede wszystkim to nadal aktualny podręcznik różnych chwytów literackich (słynny strumień świadomości to tylko jeden z nich), zbiór narzędzi do wykorzystania. Możliwe także, że Irlandczyk stworzył i zarazem zabił gatunek, Ulissesem dotarł do granic przyswajalności, a poza nimi rozciąga się już bełkot. Tak, do dziś boję się zajrzeć do legendarnego przerażającego Finnegans Wake [polski tytuł Finneganów tren, książka ukazała się w przekładzie Krzysztofa Bartnickiego nakładem Korporacji Ha!art], choć polski tytuł i publikowane urywki wyglądają niezmiernie zachęcająco. Ale to już na pewno inna epoka, kompletnie nieklasyczna.

A jak wygląda Wasza klasyka?

Adam, @naTTjuzbylo

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi