ok 5 minut zajmie Ci przeczytanie tego tekstuLiteratura sponsorowana

Aż dziw, że w dobie powszechnej komercjalizacji i cięcia kosztów, optymalizacji i maksymalizacji zysków, ktoś w ogóle jeszcze wydaje literaturę. Przynajmniej w Polsce. W czasach, gdy z czytelnictwem nie było tak źle chyba nigdy od czasu upowszechnienia umiejętności czytania, gdy nakłady książek spadałyby w nieskończoność (gdyby jeszcze miały gdzie spadać),  heroiczni przedsiębiorcy drukują jeszcze książki.

Jest źle

A autorzy i autorki piszą. W nadziei, że to ona lub on będą kolejnymi Grocholami i Twardochami? Ile książek przechodzi publicznie niezauważonych? Ile książek przemyka gdzieś bokiem sceny literackiej? Przecież to są koszty. Koszty autora, koszty wydawcy, koszty drukarni, dystrybutora, magazynu, księgarni. Kupujesz książkę, z której każdy dostaje swoje złotówki. Każdy z tego łańcuszka. Nawiasem mówiąc, może nie powinny nas dziwić próby skracania tego łańcucha? W końcu dlaczego wydawca-dystrybutor-magazynier-księgarz nie mogą być jednym podmiotem? Oczywiście, taka sytuacja może nieść sobą jakieś zagrożenia, ale przecież nie dla owego wydawcy-dystrybutora-magazyniera-księgarza. A przynajmniej nie głównie.

A mówimy o literaturze popularnej. Jak się to ma do mojego konika, tj. literatury fachowej? Znam jednego doktora, który za napisanie blisko 500-stronicowej książki na temat II wojny światowej w ramach honorarium (zapewne z jakimś groszem typu 2 tysiące złotych brutto) otrzymał… karton egzemplarzy swojej książki. Proszę mi nie przywoływać Zychowicza, który może zarobić tyle-a-tyle, mówimy o literaturze fachowej.

Jakie są perspektywy na najbliższe lata? Każdy autor będzie nowym Grey’em (no wiem, to bohater książki, ale nie pamiętam autorki, wybaczcie)? Każdy wydawca zarobi tyle, co Media Rodzina na Harrym Potterze? Jasne. Raczej możemy się spodziewać coraz niższych tantiem, coraz niższych nakładów, coraz słabszych wyników sprzedaży i coraz większej koncentracji na rynku handu detalicznego. Czyli tego, co w każdej innej branży w postkapitalizmie. Owszem, wydawcy starają się z tym walczyć i temu przeciwdziałać, stąd np. postulaty ustalenia (czasowej) jednolitej ceny książki. Nie zamierzam wdawać się w dyskusję na ten temat.

A będzie jeszcze gorzej

Zamiast tego, chciałbym pokazać Wam, jaką przyszłość literatury sam widzę za jakieś 30-40-50 lat. Oczywiście w kategoriach science-fiction i w przejaskrawionych barwach. Jako prześwietlone zdjęcie z przyszłości.

Kupujesz książkę. Kryminał, podobno niezły. Już na okładce widzisz, że patronem jest Pepsi. Skoro patronem może być portal internetowy, to czemu nie koncern spożywczy? Obok logo Pepsi jest logo Instytutu Dietetycznego Anny Lewandowskiej. Bohaterem jest doświadczony glina (tak z amerykańska), który musi rozwiązać najtrudniejszą sprawę w swojej karierze. Naciski polityczne, tajemnicze morderstwo i dziwny list. Albo raczej mail. Książka wciąga i choć początkowo dziwią Cię zdania typu „codziennie na śniadanie smarował chleb Smakowitą de Luxe, która nawet prosto po wyciągnięciu z lodówki dawała się łatwo rozsmarować. I pachniała tradycyjnym wiejskim masełkiem”, to ostatecznie szybko do nich przywykłeś.

Policjant, nazwijmy go Kowalsky, prał koszule tylko w proszku Ariel do kolorów, używał odplamiacza Vanish i zmiękczacza do tkanin Perwoll, a pachy smarował kulką Rexona, dzięki czemu nawet po spotkaniu z przełożonym nie miała plam od potu. Golił się maszynką Gilette, którą dostał 10 lat temu na gwiazdkę od siostry. Może ostrza wymieniać raz w miesiącu, a i tak są doskonale ostre.

A to wszystko rozbite na 300 stron. Rozumiecie, nie? Hajs się musi zgadzać. Kiedyś kupował Coca-colę, ale skończył z nadwagą, więc dietetyk z kliniki Anny Lewandowskiej (który dostępny jest przy zakupie pakietu Premium, za 70 ziko miesięcznie) polecił mu dietetyczną Pepsi, która nie dość, że smakuje lepiej, to jeszcze nie zawiera cukru. Dzięki temu policjant wrócił do swojej idealnej sylwetki.

Wpuściliśmy reklamę natywną do mediów (pozdrawiam serdecznie redakcję @natematpl). Czy naprawdę będziemy się dziwić, gdy ten rak trafi pod strzechy kultury? Click To Tweet

I co w tym nowego?

Przecież w takim świecie żyjemy już teraz. Tzw. reklama natywna przeniknęła do naszego życia i już go raczej dobrowolnie nie odpuści. Wpuściliśmy reklamę natywną (wcześniej brzydko zwaną lokowaniem produktu, choć to przecież nie żaden produkt chodzi, tylko o budowanie skojarzeń i wdrukowanie w podświadomość odbiorcy pewnych treści) do programów telewizyjnych. Włączcie sobie jakiegokolwiek Okrasę, czy Gessler i zobaczcie sami. Włączcie jakikolwiek serial, albo program z telewizji śniadaniowej.

Wpuściliśmy te metody sprzedaży do mediów (pozdrawiam serdecznie redakcję naTemat.pl). Czy naprawdę będziemy mieć podstawę, by się dziwić, gdy ten rak (nie bójmy się mocnych słów), trafi pod strzechy kultury?

Że co, przepraszam, nie dosłyszałem? Że kto się nie zgodzi? Autor? Wydawca? Autor i wydawca robi to, co robi nie dla poklasku coraz mniejszej liczby czytelników, tylko po to, żeby na tym zarobić. Albo, mówiąc ładniej: żeby mieć, co do gara włożyć. Nie ma się co obruszać, bo owszem, jasne, można wziąć kredyt i zmienić pracę, ale hej, czy spodziewacie się, że w jakiejkolwiek pracy w przewidywanej przyszłości zmiany będą na lepsze? Więc po co ów autor lub wydawca ma zmieniać pracę i robić coś, czego nie lubi i zapewne nie umie, skoro z takim samym samopoczuciem może robić coś, na czym się zna?

Witajcie w świecie jutra? Nie, moi drodzy, przyszłość jest teraz.

Filip, @smootnyclown

3 (60%) 1 vote