Minotaur

Moje pierwsze świadome wspomnienie jest ściśle związane z literaturą. Raczkuję dzielnie po pokoju, kiedy moje ciemiączko zderza się ze ścianą. Ścianą papieru. Napieram mocniej główką, raz i drugi, pcham całym moim ciałkiem i ściana robi baaaaach, książki lecą z hukiem. Nawet nie płaczę, tylko zdziwiony wpatruję się w to, co udało mi się przypadkiem stworzyć. Do pokoju wpada ojciec, przerażony mruga oczami, szczęki mu całe chodzą ze zdenerwowania i słyszę potężny ryk:

– Beata, zabieraj to dziecko!!! – Rusza ratować książki. Ostrożnie stąpa po rumowisku i płacze, szlocha okrutnie, a ja pierwszy raz widzę łzy mojego ojca. Z nieskrywaną miłością opatruje kolejne tomy, prostuje zagięte strony, głaszcze podarte okładki.

Tak, mój stary był wielkim fanatykiem książek. Najgorzej. Całe mieszkanie zastawione regałami. W przedpokoju katalog z fiszkami. Tato dał za niego talon na malucha, tak długo kombinował, aż przywieźli biblioteczne szafki z pegeeru gdzieś pod Wrocławiem. Tygodnie spania na dywaniku w łazience, bo stary akurat musi inaczej rozlokować swe zbiory, a moje łóżeczko idealnie nadaje się na roczniki “Kultury”, i reżimowej i tej paryskiej. “Odra” wielokroć przeze mnie przechodzona w okresie przedszkolnym. Jak już się na dywaniku nie mieściłem, i trzeba mi było w końcu kupić pierwsze dorosłe łóżko, ojciec tak rozplanował konstrukcję – i sam ją w piwnicy wykonał – że śpiąc miałem nad sobą półkę z dziełami zebranymi Dostojewskiego, Conrada i Balzaka. Tego ostatniego oczywiście całe 50 tomów. Zawsze po przebudzeniu musiałem uważać, by nie rąbnąć głową, bo wtedy cały regał, sufity mieliśmy czterometrowe – przedwojenne budownictwo, nie jakiś robociarski blok – trzeszczał i groził katastrofą.

Choć muszę przyznać, że obserwowanie ojca, jak zdobywał nowe książki do swej chorobliwie rozrastającej się kolekcji to była wielka, niekłamana przyjemność. Czarował i całował te wszystkie panie Basie z Domu Książki po rękach, uwodził podstarzałe, wysuszone intelektualistki, nie wzdrygał się przed emablowaniem rozpitych, spasionych partyjnych weteranów Festiwalu Młodzieży z 55, byle tylko zdobyć nowe tłumaczenie Faulknera albo świeżutki zbiór opowiadań Nowakowskiego. Czekolady z paczek, ba, całe kartony jogurtów przywiezione dla nas, dzieci, przez krewnych z Rajchu, znikały w lodówkach towarzyszy z działów kultury i redaktorek literackich periodyków. To wtedy, kiedy wujek Józek przyjechał do nas toyotą wypełnioną wiśniowymi jogurtami, mama po raz pierwszy zagroziła rozwodem.

A była, i jest, naprawdę świętą kobietą. Wiele lat później dowiedziałem się, że stary się spóźnił na własny ślub, na dodatek przyszedł w enerdowskich dżinsach, zupełnie nieuczesany i całkiem zarośnięty. Mężczyźni wtedy, w apogeum dekady sukcesu Gierka chodzili w stylu na średniego bitelsa, schludnie wyelegantowani, a ojciec tak śmierdział papierem, że aż proboszcza odrzucało przy ołtarzu i w końcu nie wziął zwyczajowej koperty za ceremonię. Był jednak naprawdę szczęśliwy. Ojciec rzecz jasna. Trzy dni stał w kolejce za “Ulissesem” Joyce’a i w końcu udało mu się go zdobyć. Natychmiast poleciał do kościoła, pochwalić się znajomym. Mama wyglądała prześlicznie, widziałem zdjęcia, ale jeśli myślicie, że jakkolwiek to skomentował, to, no cóż, jesteście w błędzie. Monumentalną powieść doczytał na poprawinach. “Molly Bloom to dopiero była kobieta” – zdarzało mu się w ten sposób kończyć małżeńską kłótnię, z wyraźnym rozrzewnieniem w głosie.

Tak w 85 roku zaczął hodować… drób na naszym balkonie. Tak, kaczki, gęsi i nawet indyki. Zakratował balustradę, powyżej rozciągnął cienką siatkę, nie wiadomo skąd skombinowaną. Wszystko tylko po to, by wyjść z impasu książkowego stanu wojennego, kiedy nakłady spadły, a papier stał się jeszcze bardziej żółty. Nie tak już młodzi inteligenci z powojennego wyżu demograficznego walczyli, dosłownie, o każdy strzęp zapisanego papieru. I nie było, że nie bije się nikogo w okularach. Ojciec wykoncypował, że na sobotnim targu można dostać całą jedną książkę za kurę, za indyka to nawet trzy. Nasze mieszkanie wypełniły roczniki statystyczne, wspomnienia bojowników Armii Ludowej i radziecka dwunastotomowa historia drugiej wojny światowej w trzech niepełnych kompletach. Ale, to muszę staremu oddać, również dżinsowy Stachura i cały Gombrowicz w słynnym wydaniu Literackiego.

Transformacją stary się najpierw neoficko zachłysnął. Tyle książek do kupienia, papier lepszy i kolorowe okładki! Ile tych łózek polowych z Ludlumami, MacLeanami, obok legendarne opowiadania Chandlera, “Folwark zwierzęcy” czytany (czytany!), a nie tylko oglądany na zdjęciach, w rękach Adama Michnika i Jacka Kuronia. Potem jednak przestało starczać. Nawet nie miejsca, bo stary miał swoje sposoby i klucze do mieszkań sąsiadów, zwyczajnie pieniędzy robiło się coraz mniej, inflacja straszyła z dalszych stron Wyborczej. Było tak: fabryka w której stary pracował padła, ale ojca wypieprzyli jeszcze wcześniej, bo nastał wymarzony kapitalizm, wolny rynek i okazało się, że urywanie się z roboty, by poszperać w księgarniach, to dwa upomnienia i dyscyplinarka. Do końca życia ojciec pluł na Balcerowicza ile wlezie, choć wszystkie jego książki oczywiście kupił. Jedną miał nawet z autografem, z targów książki przywiózł: “Dla najwierniejszego czytelnika, Leszek” na stronie tytułowej i elegancki zakrętas nazwiska pod dedykacją.

Ale to już nie było to, co dawniej. Nie chodziło o zbyt niską rentę i większe wydatki. Po prostu stary nie mógł znieść myśli, że teraz każdy może sobie kupić książkę. Zwyczajnie wejść, i to nawet nie do księgarni, do kiosku albo wręcz spożywczaka i wyjść z jakimś tomikiem. Prozy prawdziwej albo obyczajowej, kryminałem albo – o zgrozo – fantasy. Nie trzeba już było jeździć na drugi koniec miasta, przesiadać się z tramwaju w tramwaj. Nie trzeba było znać wszystkich dostawców i kierowców z województwa. Nie trzeba było oglądać zdjęć dzieci ekspedientek i załatwiać im – dzieciom, nie ekspedientkom, one preferowały pokoje w hotelach z miłym męskim towarzystwem, biedny szczęśliwy tatulek – szkół z internatem. To już naprawdę nie było to.

Dziś to ja jestem ojcem. I patrzę z wielką dumą na moje dzieci. Widzę jak sprawnie poruszają się po najtrudniejszym życiowym labiryncie.

Tym zbudowanym z regałów.

Adam, @naTTjuzbylo

4.7 (94.29%) 7 votes