Moje najważniejsze książki

To nie jest tak, że jesteśmy, jacy jesteśmy, bo geny. Choć geny mają wpływ na to, kim jesteśmy, pewnie nie mniejszy na to wpływ mają czynniki zewnętrzne: doświadczenie, otoczenie, środowisko i inni ludzie, słowem: życie. Jednak wpływ na to, jacy jesteśmy, może brać się również z obcowania z dobrami kultury. Zapewne część z nas jest w stanie wymienić filmy, które miały istotny wkład w kształtowanie naszego ja, pewnie każdy ma też w głowie muzykę, przy której przechodzą go dreszcze. Na niektórych pewnie działają tak inne gatunki sztuki, teatr, balet, czy choćby malarstwo. Dla wielu z nas równie wielką rolę może odgrywać literatura. Niniejszym chciałbym opowiedzieć wam i kilku książkach, które miały na mnie konstytutywny wpływ. Innymi słowy, powiem wam o kilku najważniejszych książkach mojego życia.

Gdy się nad tym głębiej zastanawiam, wydaje mi się, że bardzo duży wpływ na nasze “ja” mają lektury wyniesione jeszcze z czasów dzieciństwa. Pewnie część z Czytelniczek i Czytelników na pytanie o najważniejsze książki pomyśli (choć niekoniecznie wymieni) Kubusia Puchatka, Małego Księcia, czy przygody Ani z zielonego wzgórza. Być może taka socjalizacja za pośrednictwem wytworów kultury ma na nas przemożny wpływ. To w dzieciństwie uczymy się o sile przyjaźni, miłości, lojalności. Już od dziecka dzięki książkom uczymy się być lepszymi ludźmi.

Mam z tym tego rodzaju problem, że Kubuś Puchatek nigdy mnie nie wciągnął, Mały Książę nie podobał, a Ani z zielonego wzgórza po prostu nie czytałem. Dużo za dzieciaka czytałem, choć nie do końca pamiętam tytuły. Pamiętam, że mając jakieś 10 lat czytałem Dywizjon 303, który strasznie mnie wynudził (kto wie, czy to nie stamtąd wyniosłem niechęć do polskiej literatury o polskiej historii?). Czytałem natomiast całą serię książek o trzech nastoletnich detektywach (wspaniałe historie, polecam każdemu dzieciakowi powyżej 10 lat), czytałem również świetne książki paragrafowe. Szybko zacząłem również czytać horrory, co było tym prostsze, że na handlowano nimi na straganie niedaleko mojego miejsca zamieszkania.

Jakoś tak w wieku 16 lat, a więc już po zainteresowaniu się tym, jak ten świat jest urządzony, zacząłem czytać non-fiction. Długi czas byłem pod wpływem (nie przez przypadek mógłbym użyć synonimu: upajałem się) filozofią Nietzschego, później dostrzegłem zbieżność myśli Nietzschego ze starszym od niego znajomym Karola Marksa, Maxem Stirnerem. Dopiero jednak kilka lat później odkryłem rewolucyjne przesłanie nietzscheańskiej ruchliwej armii metafor i metonimii.

Stąd wpadłem prosto w postmodernizm, choć w nieortodoksyjnym wydaniu ze stemplem Richarda Rorty’ego. To ożywcze połączenie postmodernizmu z pragmatyzmem amerykańskiego filozofa doszczętnie zburzyło mój dotychczasowy gmach zbudowany na filarze praw naturalnych. Przygodność, ironia i solidarność to typowa rozprawa filozoficzna, która na pierwszy rzut oka wydaje się trudna w odbiorze dla osób nieobytych w tego rodzaju literaturze. Nic bardziej mylnego; podczas czytania Przygodności… można mieć wrażenie, jakoby celem Rorty’ego było nie tylko wprowadzenie filozofii pod strzechy, ale przede wszystkim zarysowanie liberalnej utopii, do której warto dążyć. I właśnie z tego względu Przygodność, ironia i solidarność była książką, której już zawsze będę wdzięczny. To ona nauczyła mnie zawsze podawać w wątpliwość fundamenty, na których opieramy własne idee. To dzięki niej nauczyłem się krytycznie oceniać nie tylko własne działania, ale przede wszystkim wspólne wyobrażenia, jakimi kierujemy się jako społeczność. Wreszcie nauczyła mnie solidarności i wartości z inkluzywnego traktowania innego. Solidarność to, twierdzi Rorty,

zdolność do postrzegania coraz większej liczby dawnych różnic (plemiennych, religijnych, rasowych, obyczajowych i tym podobnych) jako nieistotnych w porównaniu z podobieństwami, gdy chodzi o cierpienie i upokorzenie – zdolność do myślenia o osobach zdecydowanie różniących się od nas jako o objętych zasięgiem “my”.

To dążenie do coraz powszechniejszego określania dotychczas obcych nam ludzi mianem “my” ma również inne implikacje. Otóż “my” oznacza pewną wspólnotę. Ta, powiedzmy, “wspólnota cierpienia” (a więc współodczuwania) prowadzi nas do wspólnoty przekonań, choćby owe przekonania tworzyły walzerowskie moralne minimum (nawiasem: Moralne maksimum, moralne minimum Michaela Walzera również gorąco polecam), a w konsekwencji do czegoś, co Stanley Fish, kolejny dla mnie ważny autor, określa mianem wspólnoty interpretacyjnej.

Wspólnota interpretacyjna przewija się również, choć nie jest określona wprost, w rewolucyjnej pracy pewnego fizyka, który niejako z przypadku zajął się filozofią. Filozofią nauki, gwoli ścisłości. Struktura rewolucji naukowych Thomasa Kuhna wywarła ogromny wpływ na nasze rozumienie rozwoju nauki. Główna teza Kuhna sprowadza się do spostrzeżenia, że rozwój nauki ma nie tyle linearny, co skokowy charakter. Zmiana paradygmatu naukowego okupiona jest zawsze dużym wysiłkiem intelektualnym, wynikłym z przesilenia w ramach obecnego paradygmatu. Paradygmat ów (od samego określenia Kuhn po latach się dystansował, zdając sobie sprawę, że może ono wprowadzać w błąd) to konstelacja grupowych przekonań w ramach danej dyscypliny naukowej. Jednym z elementów rewolucji naukowej jest konstatacja, że nowy paradygmat umożliwia rozwiązanie problemów, które są niemożliwe do rozwiązania na gruncie dotychczasowego paradygmatu.

Choć wydawać się może, że książka z tak hermetycznej dziedziny, jak historia i filozofia nauki nie ma prawa zainteresować szerokiego grona odbiorców, gorąco zachęcam wszystkie Czytelniczki i wszystkich Czytelników do zapoznania się z teoriami Kuhna. Kuhn tylko pozornie pisze o nauce. Przede wszystkim pisze o ludziach i o oporze, jaki się pojawia, gdy słyszymy o czymś, co nie pasuje do naszego paradygmatu. Nic lepszego o błędzie konfirmacji nie znajdziecie. A jeśli macie obawy, że będzie to książka zbyt trudna w odbiorze, zachęcam do sięgnięcia po Drogę po strukturze, czyli zbiór esejów i wywiadów z Kuhnem, dopełniający Strukturę…, w formie dużo bardziej przystępnej.

Do zmiany mojego paradygmatu przysłużył się nie tylko wspomniany już Richard Rorty. Oprócz liberała Rorty’ego, równie wielki wpływ (mniej więcej w tym samym okresie) wywarł na mnie filozof o przeciwnym nastawieniu. W ramach wstępu musicie wiedzieć, że odrodzenie liberalizmu w filozofii w drugiej połowie XX wieku spowodowało reakcję. Lata 80. były okresem gorącej dyskusji między liberałami a komunitarystami. Komunitarystyczna korekta nie byłaby możliwa bez monumentalnej książki Michaela Sandela. Sandela bez żadnej przesady można określić mianem najjaśniejszej gwiazdy na firmanencie filozofii politycznej.

Już zaczęło się z przytupem. Najpierw John Rawls, a później Robert Nozick sformułowali dwie monumentalne i konkurencyjne liberalne teorie sprawiedliwości. A później przyszedł Sandel i napisał Liberalizm a granice sprawiedliwości. Jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałem. To Sandel uzmysłowił mi, że etyka zasługi nie jest wystarczająca, by uznać społeczeństwo za sprawiedliwie urządzone. Michael Sandel, w przeciwieństwie do liberałów twierdzi, że gdzie

występuje tendencja do odtwarzania podziału wyjściowego, tam można nazwać ją sprawiedliwą tylko przy dodatkowym założeniu, że wyjściowe uposażenie było sprawiedliwie rozdzielone. Tego założenia jednak nie sposób uzasadnić. Wstępna dystrybucja zasobów jest w danej chwili pod silnym wpływem okoliczności naturalnych i społecznych […] i, jako taki, nie jest ani sprawiedliw[a], ani niesprawiedliw[a], lecz po prostu arbitraln[a].

Liberalizmie a granicach sprawiedliwości musicie jednak wiedzieć jedno. To polemika. No i to typowa książka filozoficzna, choć dużo z niej można wyciągnąć w kwestii praktyki politycznej. Jeśli chcecie autorskie pozycje Sandela (które równie mocno polecam!) to sięgnijcie po Czego nie można kupić za pieniądze oraz prawdziwą bombę w postaci Sprawiedliwości. Jak postępować słusznie? Z pewnością się nie zawiedziecie.

I choć książek, które są dla mnie ważne jest cała masa, powyższe znajdują się na specjalnej półce mojego ja. A wy z jakich książek się składacie?

Filip, @smootnyclown

PS Nie tego się spodziewaliście, co? Myśleliście, że dostaniecie jakąś dobrą fikcję, która zmieni wasze życie? No dobra, niech wam będzie: Siedem minut po północy Patricka Nessa, O pięknie Zadie Smith i Między nami Chrisa Cleave’a.

5 (100%) 4 votes