Polskie mrozy. O cyklu z komisarzem Forstem autorstwa Remigiusza Mroza

W obiegowej opinii Remigiusz Mróz pisze książki szybciej, niż ludzie je czytają. I pewnie, patrząc na statystyki czytelnictwa w Polsce, coś w tym żarciku jest. Po przeczytaniu pentalogii z komisarzem Wiktorem Forstem pewny byłem jednego – autor, mimo skrajnych opinii czytelników, ma bez wątpienia duży dar opowieści. Na niektórych kartkach rozmienia go co prawda nieco na drobne, ale na innych wspina się, nomen omen, na szczyty i pokazuje czym może być prawdziwe “flow” w literaturze.

Na początku jeszcze kilka słów o szybkości. Bo w przypadku serii z Forstem jak na dłoni widać, że Mróz zaczynał kolejne książki pisać szybciej, niż w jego głowie pojawił się pomysł na zakończenie (o czym zresztą sam wprost napisał na końcu serii). Rzecz naturalna u wielu pisarzy, którzy “płynąc” z głównym bohaterem i całą historią, pozwalają im się rozwijać “samoistnie”, w trakcie pisania. W przypadku kryminałów jest to jednak dość ryzykowne posunięcie.

Krótko o fabule. „Ekspozycja” zaczyna się od mocnego uderzenia. Na Giewoncie dochodzi do zbrodni – ofiara zostaje powieszona na krzyżu. Sprawę prowadzi komisarz Wiktor Forst, który zresztą przez swoją wrodzoną bezczelność – ale nie tylko – szybko zostaje od niej odsunięty. Mimo tego na własną rękę szuka mordercy, który w ustach swoich ofiar zostawia tajemnicze monety, które mają być kluczem do rozwiązania zagadki. Forstowi pomaga charyzmatyczna dziennikarka Olga Szrebska. Ich losy gmatwają się bardzo szybko i dość niesamowicie. Przechodzą bardzo wiele – zwroty akcji są naprawę ogromne, a książka kończy się tak zaskakująco i tajemniczo, że po prostu musimy od razu sięgnąć po część drugą. Tam – czyli w „Przewieszeniu” mamy kontynuację sprawy, ale losy Wiktora Forsta gmatwają się jeszcze bardziej. Łowca sam zamienia się w ściganego, także przez wymiar sprawiedliwości. A książka, podobnie jak w „Ekspozycji”, kończy się znów w taki sposób, że nie sposób nie sięgnąć po część trzecią – „Trawers”, by tylko dowiedzieć się co było dalej. Nawet nie tyle kto konkretnie jest mordercą, ale jak poradzi sobie główny bohater, w tak abstrakcyjnej, jak na kryminały, sytuacji. „Trawers” wieńczy dzieło – wszystko zostaje na końcu wyjaśnione, poznajemy mordercę, poznamy motywy, niemal wszystko staje się ostatecznie jasne. 

Niemal… Mrozowi brakowało widać kontaktu z charyzmatycznym komisarzem i postanowił zostawić sobie pewną furtkę na kontynuację serii w postaci jednego niezamkniętego wątku. W czwartej części pt. „Deniwelacja” losy Forsta nie łączą się już bezpośrednio ze śledztwem z pentalogii – zajmuje się tu inną sprawą – jednak na końcu motyw bestii z Giewontu powraca. Powraca, by w ostatniej z części pt. „Zerwa” domknąć się w całości. I trzeba przyznać, że to zakończenie jest chyba nawet lepsze od „Trawersu” – po zaskakujących zwrotach akcji następuje dość zgrabne wyjaśnienie trudno „wyjaśnianych” wcześniej wątków.

Tyle ogółów, teraz nieco szczegółów. W pierwszej części, pt. „Ekspozycja” (która przecież rzutowała na kolejne) znalazły się liczne wątki społeczne – sekty, ludobójstwo sprzed lat, w tle także wysokiej rangi politycy). Dodatkowo akcja została zagmatwana przygodami głównych bohaterów, którzy sporo podróżując, wpadali w coraz większe kłopoty. Liczne zwroty akcji stworzyły co prawda świetny klimat, jednak, według mnie, autor nie potrafił tak nad nimi zapanować, by w zakończeniu wszystkie puzzle połączyły się w estetyczną całość. Czytając często przyłapywałem się na pytaniu: “hej, ale co się stało z tym wątkiem?”.

Było tak, niestety, także podczas czytania dalszych części pentalogii. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że autor, budując z każdą stroną coraz mocniejsze napięcie, sam na siebie kręcił bicz. O ile jednak podkręcanie fabuły poprzez zaskakujące zwroty akcji jest fantastyczne na etapie początkowym, o tyle na etapie końcowym, gdy przychodzi już czas wyjaśniania tego i owego, czytelnik może czuć pewien niedosyt. Mróz, poprzez tak różnorodną fabułę i dramatyczne wątki,  zastawił na siebie pułapkę. Doszło do sytuacji znanej mi wcześniej z “Instytutu” Żulczyka, gdzie sam autor przyznawał na koniec, że każda próba racjonalnego wytłumaczenia akcji będzie po prostu zawsze słabsza niż samo jej zawiązanie.

Nie zmienia to jednak faktu, że całą pentalogię czytałem z nieukrywaną przyjemnością, a sam wielki finał – “Zerwę” uważam za jedną z najlepszych książek z całej serii. Dość powiedzieć, że choć z reguły kryminałów nie czytam, to po przeczytaniu pierwszej książki o Forście niemal natychmiast wiedziałem, że muszę przeczytać wszystko. Od razu. Jedna po drugiej. Szybko.

Dlaczego? Bo książki Mroza, abstrahując od fabuły,  mają to co w literaturze lubię. Ot, choćby ciekawego bohatera. Każdy wie, że rasowy kryminał musi posiadać rasowego bohatera. I takim bez wątpienia jest komisarz Wiktor Forst. Beznamiętny stoik z permanentną migreną, paczką westów i cynamonowych gum, który, zdaje się, ma wszystko w… poważaniu. I wszystkich. Bohater niepudrowany, z wieloma skazami, czasami nawet odpychającymi. Facet niesympatyczny, seksistowski, z przerośniętym ego, z ludzkimi słabościami – słowem, od razu go polubiłem. Jako bohatera książki, oczywiście.

Doceniam u Mroza także wmontowanie do fabuły tematów społecznych, o których słyszymy na co dzień. A że Mróz książki pisze i wydaje z prędkością karabinu maszynowego – wciąż pozostają one aktualne. Relacje z Ukrainą po zapomnianym przez wielu ludobójstwie na Kresach, kwestia przyjmowania imigrantów, a nawet… sprawa modelek sprzedających swoje ciała bogatym szejkom – książki Mroza to nie tylko kryminały. Owszem, bywa i tak, że czasami wspomniane wątki są wplatane w nieodpowiednim momencie i brzmią na tle morderstw nieco groteskowo – jak np. wzniosła dyskusja policjanta i prokurator nad jednym z trupów o problemie imigrantów. W większości jednak jest to duży plus całej fabuły.

Kolejna sprawa – seks. A raczej jego brak. Proza Mroza, na szczęście, odbiega od znanego w książkach akcji, a moim zdaniem głupiego, motywu bohatera – twardziela, któremu żadna się nie oprze. Zamiast tego mamy dość dziwnego stoika i motyw miłości niejednoznacznej, metafizycznej, pełnej niedopowiedzeń. I za to Mrozowi chwała.

Cykl o Froście nie unika przemocy. Dla niektórych to plus, dla innych minus. Opisy są u Mroza bardzo realistyczne,  autor nie pudruje zła i przedstawia je takie, jakim jest. Nie brakuje więc dramatycznych opisów ofiar zbrodni, czy scen przemocy – bicia, gwałtu itd. To również nadaje pewnej “charakterności” powieściom młodego doktora nauk prawa

I na koniec, last but not least, sceneria – majestatyczne góry. Ze świetnymi opisami. Poznajemy szlaki, realia wspinaczki, pracę ratowników – wszystkie szczegóły napisane bardzo zgrabnie i bez niepotrzebnych dłużyzn. Jeśli do tej pory nie lubiłaś/lubiłeś gór – jest spora szansa, że to się zmieni po przeczytaniu książki z komisarzem Frostem.

Podsumowując: Mróz ma talent, wiedzę i dobry reaserch – czytając poznajemy szczegóły pracy śledczych od kuchni, historię itd. I potrafi tym uwodzić czytelników – nawet takich maruderów jak ja, którzy raczej nie są jego typowymi odbiorcami. Po pierwszą książkę – “Ekspozycję” – sięgałem raczej z czystej ciekawości odnośnie talentu tego tak płodnego autora. Po kolejne sięgałem już z czystej przyjemności.

Kuba Nowak @kuban85