Spacer po rozmarzonej stalowej strunie

I

Czerwcowe słońce stało w zenicie ponad miastem, a choć bujna – po wczorajszej gwałtownej wieczornej burzy – zieleń znacznie ułatwiała oddychanie, to ulice były całkiem puste. Jedynie ze szkół wybiegały rozradowane dzieci, odpruwające z mundurków dziwne symbole i machające arkuszami papieru, jak się domyślałem świadectwami ukończenia kolejnej klasy. Młode nauczycielki stały w oknach i machały swoim podopiecznym, jedna w drugą hoże, posągowo zbudowane blondynki. Niestety, jak już się miałem okazję przekonać, niegolące pach i z licznymi bliznami, duchowymi oraz fizycznymi, po dokonanych aborcjach.

Wyszedłem z hotelu, portier w dziwacznym, chyba jeszcze przedwojennym, mundurze rozpoznał mnie i skinął głową. Prywatny detektyw, nawet tak ceniony w pewnych kręgach jak ja, musi znać każdego i z każdym żyć dobrze. Dałem mu więc dolara, a oczy staruszka, bo musiał mieć pod sześćdziesiątkę, zrobiły się wielkie jak oczęta nauczycielek w hotelowym barze wczoraj wieczorem. Spokojnie przekroczyłem jezdnię, ruch był niewielki nie tylko z powodu upału i już miałem wskoczyć do mojej syrenki, kiedy usłyszałem gromkie zapytanie:

– Towarzysz Filip Mar, hmm, Lowe? – Mężczyzna w skórzanym płaszczu, modnym w Nowym Jorku dobre 15 lat wcześniej i w szarym kapeluszu nieznanej mi marki, machał teczką. Z jego twarzy widziałem tylko olbrzymi, czerwony nochal. – Proszę z nami. – Dopiero teraz spostrzegłem po drugiej stronie auta drugiego typa, o czarnych włosach i śniadej twarzy, choć chyba nie Włocha, może Jugosłowianina. Obróciłem się ku niemu.

Wtedy zapadła ciemność.

II

Marylin Monroe uśmiechała się do mnie. Zamknąłem ponownie oczy. Przecież nie żyła od, ilu to, lat? Chyba pięciu. Tył głowy piekł okrutnie i szarpał mi wszystkie nerwy. Po tylu uderzeniach powinienem już niczego nie czuć, skóra powinna u nasady czaszki stwardnieć jak u nosorożca, ale za każdym razem pomagała dopiero aspiryna rozpuszczona w szklaneczce irlandzkiej whisky. Miałem niewielką nadzieję, że znajduję się u siebie, w wynajmowanym domu na Yucca Avenue i to tylko zły sen. Znowu otwarłem oczy. Rzeczywiście Marylin uśmiechała się do mnie. Ze ściany, na której wisiał jej słynny fotos ze starego numeru “Playboya”. Kto trzyma takie rzeczy prze tyle lat? Jakiś wariat.

Pomacałem się po ciele i ze zgrozą odkryłem, że jestem całkiem nagi. Czyżby dopadła mnie jakaś zboczona banda? Tyle się teraz słyszy o wolnym seksie i lecie miłości, a przecież mieliśmy, przynajmniej wczoraj, chyba wczoraj… zaraz zaraz… 22 czerwca, a to już, jeśli wierzyć memu wykształceniu, nie astronomiczna wiosna.

Z jękiem wstałem z posadzki na której się znajdowałem. Żelazobeton nie pokryty żadnymi kafelkami. Śmierdziało węglem i zrobiło się strasznie gorąco, ale to na pewno nie było sauna w jednym z wykwintnych klubów towarzyskich bogatszej części Los Angeles. Drzwi płakały rdzą i odpryskującą paskudną zieloną farbą, jednak nie byłem w stanie ich sforsować. Obok biegła rozgrzana do czerwoności rura grzewcza, wisiał na niej kombinezon roboczy, pod stały zabłocone walonki.

Przypomniałem sobie, gdzie się znajduję. I w jakim celu.

III

Rezydencja znajdowała się nad samym oceanem. Daleko od autostrad okalających miasto i na tyle wysoko, by nie dochodziły do niej wyziewy codzienności z biednych, kolorowych dzielnic LA. Liczne eukaliptusy wydzielały tak upajającą woń, że nie zdziwiłbym się ani trochę, gdybym wypatrzył pośród gałęzi śpiącego misia koalę z całą rodziną, łącznie z prababką. W rozległym ogrodzie pracowało kilkoro Japończyków, jednak drzwi pseudowiktoriańskiego domostwa otworzyła mi młoda Filipinka w eleganckim stroju służącej. Spod spódnicy do kolan wystawały jej zgrabne łydki w nylonowych pończochach. Podałem wizytówkę.

– Proszę za mną, panie Marlowe. Pan już czeka. – Podążyłem za nią, powyżej i od tyłu wyglądała równie smakowicie jak z przodu. Zaprowadziła mnie do gabinetu wielkości dwóch sypialni w moim bungalowie. Olbrzymie mahoniowe biurko stało pod oknami wychodzącymi na prywatną plażę, ściany ozdabiały portrety angielskich przodków, może nawet prawdziwe. Smithowie to była uznana w tym okręgu rodzina. I właśnie jeden z rodu wszedł bocznymi drzwiami.

David Burton Smith IV, miejscowy sędzia pokoju i aktualna głowa rodu, żylasty pięćdziesięciolatek błysnął zębami, które kosztowały maleńką fortuną i uścisnął mi dłoń zaskakująco mocnym uściskiem. Nie ukrywał postępującej łysiny pod żadnym tupecikiem ani peruką, mimo to jego oczy spoglądały na człowieka władczo i co zaskakujące po tylu pokoleniach krzyżowania się w obrębie dwóch czy trzech tutejszych familii, nad wyraz inteligentnie.

– Niech pan siądzie, panie Marlowe – Wskazał mi nie wielki fotel przed biurkiem, a skórzaną kanapę w drugim kącie pokoju – Czego się pan napije?

– Whisky z lodem, bez wody. – Odpowiedziałem automatycznie, cokolwiek zdziwiony jego zachowaniem. Nie wezwał służącego ani, najpewniej chińskiego, kucharza i sam otworzył szafę z trunkami.

– Proszę. – Postawił szklaneczkę na stoliku przede mną. Pociągnąłem małego łyka i zapach szkockich torfowisk natychmiast owionął moje nozdrza. Dziewiętnastowieczna, z okolic Edynburga, jeśli mogę coś powiedzieć na ten temat.

– Słyszał pan o moim synu? – Skinąłem głową. Oczywiście. David Burton V dwa lata wcześniej porwał samolot Pan American i z okupem wynoszącym pół miliona dolarów oraz, jak spekulowano, małym pakietem akcji starego, uciekł do Hawany. Dalsze losy porywacza pozostawały nieznane. Przynajmniej oficjalnie.

– Nie ma go już na Kubie. Zniknął. – Melancholijnie poinformował mnie starszy ze Smithów. – I zapłacę panu potrójną stawkę oraz oczywiście wszystkie koszty, jeśli go pan znajdzie. Normalną, gdyby się nie dało.

Aż zastrzygłem uszami. Zapowiadała się świetna fucha. Ten rok miałem nietęgi i w gorszych momentach myślałem nawet o wzięciu kilku spraw rozwodowych albo o zaciągnięciu się do FBI, Edgar był mi winien przysługę. Parę dni poudaję, że szukam smarkacza, a potem zgłoszę się po wypłatę. nie jest to może nazbyt etyczne zachowanie, ale żadna to zbrodnia. Rachunki trzeba płacić. I wtedy Smith dorzucił tym swoim, cały czas spokojnym tonem:

– Podobno znajduje się obecnie w Polsce.

Szklaneczka wyleciała mi z ręki i rozprysła się na marmurowych płytach. Choć klimatyzacja pracowała z pełnymi obrotami, po całym ciele spływały mi strużki zimnego potu.

– Nie. Nie może pan ode mnie tego wymagać. – Zmiąłem kapelusz i ruszyłem ku drzwiom. Jednak było to terytorium Smitha i to on miał tu ostatnie słowo.

– Chyba pan nie chce, panie Marlowe, by pewne osoby dowiedziały się jak naprawdę wyglądała pana służba wojskowa w czasie wojny?

Wróciłem na kanapę, a Smith już przygotowywał kolejnego drinka.

 

IV

Kotłownia. Tak nazywano takie pomieszczenie i w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej było jednym z najgorętszych miejsc nie tylko dosłownie, na tyle zdążyłem się rozeznać w miejscowych realiach. Grzano tu przez cały rok, o dowolnej porze można było kupić bimber, sprzedać zegarek albo wymienić dolary na polską złotówkę po cenach wyższych niż urzędowe. Z niektórych można było zostać wyniesionym, ale bankowy kurs był tak oburzający, że warto było ryzykować.

Z okienka u góry spływały zakurzone drobinki światła i mogłem mieć tylko nadzieję, że to był nadal ten sam dzień, nie któryś z następnych. Straszliwie śmierdziało, fetor zdawał się pochodzić z beczki w rogu piwnicy. Podszedłem do niej z duszą na ramieniu, spodziewając się najgorszego, wyobraźnia płatała mi okropne figle, głód domagał się zaspokojenia choćby krwistymi flakami, i uchyliłem wieko. Kapusta. Wróciły wspomnienia.

Kiedy ojciec, w tamten pamiętny czwartek, stracił wszystkie nasze oszczędności i rzucił się z okna dwudziestego trzeciego piętra, przygarnęła mnie polska rodzina. Nie było źle, nadal wymieniamy pocztówki na święta, ale jak najszybciej zdobyłem stypendium futbolowe i uciekłem na studia. Z tego okresu pozostała mi głównie znajomość języka polskiego, niechęć do bigosu i absmak na ciepłą wódkę. Nos złamano mi już na uczelni.

Mówiłem Smithowi, że nie nadaję się do tej roboty, ale się uparł. Pociągnął za sznurki tu i tam, i wylądowałem na Okęciu, oficjalnie jako asystent oraz tłumacz słynnego reżysera i podwójny towarzysz zapijaczonego scenarzysty o nazwisku Chandler. Tak więc codziennie dojeżdżaliśmy udostępnioną nam syreną do szkoły filmowej w Łodzi, gdzie moi rzekomi podopieczni rozprawiali o filmach, a ja rozpytywałem o Smitha juniora. Łódź była centrum filmowym całego kraju, więc moje śledztwo sprowadzało się dotychczas do picia płonącego spirytusu ze słynnym aktorem, sekundowaniu jego bokserskiej walce z dużo młodszym rudowłosym adeptem sztuki filmowej i romansowaniu z aktorkami. Jedna Kalina zawróciła mi w głowie, ale potem się dowiedziałem, że tak tu mają wszyscy i wróciłem do wódki. Ciepłej, co było robić? Ford obiecywał, że załatwi zimną. Jak na prywatnego łapsa coś mało przypominam Roberta Mitchuma, mówili mi tu wszyscy. Ciekawe, podobną opinię miała moja żona Laura. Kiedy jeszcze byłą moją żoną.

Ponure rozmyślania przerwał odgłos ruchu za drzwiami, w judaszu błysnęło błękitne oko. Ciężka sztaba opadła z gromkim stukotem i zobaczyłem przystojnego faceta w mundurze.

– Kapitan Żbik – Stuknął obcasami jak niemiecki oficer w 43 roku. – Bardzo mi przykro z powodu tego nieporozumienia.

https://www.flickr.com/photos/junktimers/
autor: Adrian Kot

V

Jechaliśmy warszawą na południe. Za oknem unosiły się łany zboża, przynosząc ulgę oczom. Żbik, a może Sowa, bo czasem używał takiego nazwiska, był niezłym kierowcą i co pewien czas zgrabnie wyprzedzaliśmy nieoświetlone furmanki. W oddali było widać niewielkie wzniesienia. Zbliżaliśmy się do Zakopanego. Według mojego partnera to tam miał znajdować się młody Smith.

Ostrożnie zgasiłem papierosa w popielniczce i wyrzuciłem za okno. Smakował okropnie, był bez filtra i nosił cokolwiek zabawną nazwę “sport”. Amerykańskich już nie miałem, jak zresztą i ubrania oraz portfela. Zwrócono mi jedynie dokumenty i kilka niebieskich jak jej oczy banknotów z wiejską babą w chuście. Dolary, jak i cała reszta, rozpłynęły się w powietrzu. Wszystko, co z zagranicy miało swoją wartość i pilnowałem, by ani jedna iskra nie spadła na szary garnitur z Bytomia oraz wojskowy płaszcz, które to części garderoby oferowano mi w zamian. Chodakom na moich stopach ogień nie był groźny. Lepszych butów nie dało się zdobyć, przejściowe trudności w zaopatrzeniu.

– Ten Smith – W ustach milicjanta zabrzmiało to jak “Szmidt” – to niezły gagatek. Owinął sobie wokół siebie całą warszawską śmietankę towarzyską i nawet playboi z kabaretu pod Egidą, teraz czmychnął w Tatry. Za kadrą lekkoatletek, rozumie pan? – Dałbym sobie uciąć głowę albo coś innego, że obleśnie uśmiechnął się pod wąsem, ale przecież był gładko ogolony.

W tym miejscu urywa się rękopis opowiadania ze słynnym amerykańskim detektywem.

Adam, @naTTjuzbylo

5 (100%) 1 vote