Świnka morska, czyli kilka słów o tzw. literaturze kobiecej

Czym różni się kobieta informatyk od świnki morskiej? Niczym, ni to świnka, ni to morska. To jeden z dowcipów, jakich wiele usłyszałam podczas swoich studiów na politechnice. Były przejawem przekonań moich kolegów i wykładowców o “uzdolnieniach” kobiet w dziedzinach technicznych.

Akurat ten żart wbił mi się w pamięć, bo został wypowiedziany przez najmilszego dla mnie kolegę z roku w towarzystwie moich przyjaciółek. Śmiałyśmy się, ale jedna spojrzała na mnie tak wymownie, że wtedy dotarło do mnie, jak bardzo wszystko jest nie tak. Być może to właśnie ten żart sprawił, że kobiecość stała się dla mnie ważna i głęboko wrosła w moją tożsamość. Przestałam nosić spodnie, ubierałam skromne, ale kobiece stroje a wysokimi obcasami dodawałam sobie wzrostu i… odwagi. Czy się to komuś podobało, czy nie – miał do czynienia z kobietą, nie ze świnką morską. Jeden z kolegów wyznał mi później, że w jego grupie wszyscy (sami mężczyźni) uważają, że jestem “jedyną akceptowaną kobietą na roku”. Ten komplement był jak policzek w twarz, cóż bowiem strasznego zrobiły moje koleżanki, że nie zostały nawet zaakceptowane? Nosiły dżinsy?

Moje doświadczenia nauczyły mnie, że kobiecość jest, mimo wszystko, moją siłą: pomogła mi wzbudzać sympatię w świecie zdominowanym przez mizoginów.

Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy?

Najbardziej kobieca kobieta świata, Marylin Monroe, mówiła podobno, że pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy. Zwłaszcza w czasach “dzikiego kapitalizmu” w każdym sklepie sprzedawcy robią wszystko, żeby klienci czuli się zadowoleni. Wszędzie… oprócz księgarni. Tam, z niezrozumiałego dla mnie powodu, nie jesteś wynoszona na piedestał, tam udowadnia się klientkom, że “kobieca” oznacza “zainteresowana tylko romansami”. W świątyni humanistyki, domenie kobiet, króluje mizoginizm? Jak to?

Na politechnice i w branży IT mizoginizm ściele się gęsto, ale nigdy nie jest formalny. Oficjalnie każdy ma takie same prawa i predyspozycje, bez względu na płeć.

Nie ocenia się mojej płci, ale wyniki i umiejętności; środowiska pracy/nauki nie są tworzone w sposób ułatwiający szykanowanie, nie ma dyskryminujących działów dla kobiet. Teoretycznie wszyscy są równi. Mizoginizm pojawia się w żartach, w nieoficjalnych rozmowach, wtedy, gdy ktoś ma zły dzień, jakieś kompleksy, czy ponoszą go emocje i “w końcu” pozwala sobie na powiedzenie tego, “co naprawdę myśli”.

W księgarniach z działami “dla kobiet” dyskryminację widać gołym okiem. Nie jest zabroniona i nikt nie protestuje. Taki… zwyczaj. Co sprawia, że w dobie kapitalizmu kobiety zaopatrują się w książki tam, gdzie są obrażane, gdzie wyznacza się im niegodne miejsce, gdzie sprowadzane są do roli odbiorcy kultury najmniej wybrednej? Ile zarabia się na sprzedawaniu bylejakości pod szanowaną i uznaną marką jaką jest kobiecość?

Kobiecości nie można zastrzec, jak znaku towarowego “adidas” w urzędzie patentowym, ale to nie oznacza, że nie można jej bronić przed “degeneracją”. Konstytucja mówi wyraźnie, że  Kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym oraz że Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.

Perspektywa kobiet

Wiele kobiet, tak jak ja, uważa, że istnienie działów “literatura kobieca”, które zawierają tylko i wyłącznie romanse, to atak na kobiecą godność oraz nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn w życiu społecznym, czyli łamanie Konstytucji.

Czytanie dobrych książek nas rozwija. Jest okazją do poznania przemyśleń najbardziej inteligentnych ludzi, do uzyskania wiedzy i nowych umiejętności. Czytanie może być okazją do odkrywania światów różnych dziedzin naukowych, zawodowych, do nauczenia się specyficznego języka obowiązującego w danej dyscyplinie i do wejścia w taki świat na prawach równych z innymi.

“Literatura kobieca” to twór z XIX wieku. To wtedy zaczęły powstawać “powieści dla pań służących”. Bohaterkami książek były proste, niewykształcone kobiety zazwyczaj w trudnej sytuacji życiowej, zakochujące się w zamożnym dżentelmenie. Po jakichś perypetiach następował ślub i para żyła długo i szczęśliwie. Twierdzenie, że tylko tego rodzaju książki są kobiece lub dla kobiet, może sugerować, że czytanie innych książek to zajęcie dla mężczyzn. To budowanie obrazu, w którym nawet dziewczyna z książką nie ma nic ciekawego do powiedzenia, a skoro tak, to nie warto liczyć się z jej zdaniem.

W społeczeństwie, które tak bardzo wymaga od nas kobiecości, nie może być ona postrzegana w taki sposób.

Psychologia społeczna pokazuje, że pojedyncze zaangażowanie w jakieś działanie sprawia, że chętnie je powtarzamy, dlatego łatwo przywiązujemy się do autorów, serii wydawniczych czy gatunków literackich. Zachęcanie do czytania książek, ze względu na ich domniemaną “kobiecość” sprawia, że część kobiet “grzęźnie” w powieściach z najniższej półki na długi czas.

Czasem spotykam się z opinią, że to nieistotna kwestia, że świat nie jest sprawiedliwy i trzeba się z tym pogodzić. Dlatego chciałabym zwrócić Waszą uwagę na to czym jest krzywdzący stereotyp. Taki stereotyp to nie tylko odbieranie kobietom należnego im szacunku, co może prowadzić do przemocy wobec nich. Stereotypy pozbawiają kobiet poczucia przynależności do środowisk, do których aspirują, obniżają osiągnięcia, wykluczają np. utrudniając zdobycie wymarzonej pracy. Stereotypy mogą również prowadzić do depresji.

Perspektywa księgarza

Postanowiłam zapytać niektóre księgarnie, dlaczego stosują tego rodzaju “stygmatyzację”. W odpowiedzi otrzymałam informację, że nikogo nie dyskryminujemy, a tylko stosujemy kategorie,po których klienci wyszukują książek! (Publio), albo nie było naszą intencją obrażanie kobiet. (..) Rozumiemy rozgorycznie. Twórcy tej literatury piszą z myślą o kobiecym odbiorcy i tak klasyfikują je wydawcy. (Woblink). Niektóre z księgarni próbowały z innej strony:(literatura kobieca) to raczej pomocnicze pojęcie. Nikt nie zmusza kobiet do jej czytania, ale wiele Pań sprawdza ten dział najpierw :)  W naszej księgarni nie ma działu “dla kobiet”. Widać, że księgarnia sama nie wiedziała, że ma taki dział, ale na szczęście pomogłam im go odnaleźć, na co przeczytałam, że to już podkategoria, o której mówiliśmy wcześniej. Nikt nie nakazuje w nią klikać. Dyskusja naprawdę zbędna. (Gandalf). Jeszcze inni postanowili dać mi radę: Jeśli nie interesują Panią publikacje wydawnictwa Harlequin, to zachęcam, aby po otwarciu kategorii „literatura kobieca ” ustawiła Pani filtr na wydawnictwach (na pasku po lewej stronie), dzięki temu pokażą się Pani książki tylko  wybranych wydawców. A gdy zwróciłam uwagę specjaliście ds. obsługi klienta, że w całej kategorii nie ma wartościowych książek, odpisano mi: kwestia nazwy kategorii to nie jest tylko nasza dobra wola, w dużej mierze zależy ona od wydawców, z którymi współpracujemy, bowiem to oni nazywają kategorię swoich publikacji. (IBUK [PWN]).

istnienie działów “literatura kobieca”, które zawierają tylko i wyłącznie romanse, to atak na kobiecą godność oraz nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn w życiu społecznym Click To Tweet

Dwie twarze Agory

Gdy przeglądam ofertę różnych księgarni, wydaje mi się, że przypadek Publio jest najbardziej kuriozalny. Dziennikarze Gazety Wyborczej i Radia Tok FM nieustannie zwracają uwagę na problem łamania Konstytucji w naszym kraju, ale łamanie Konstytucji w samej Agorze S.A. chyba pozostaje przez nich niezauważone? Na stronach Publio.pl książek Katarzyny Grocholi, Emily Brontë, Joanny Miszczuk, Cecelii Ahern, Joanne Harris, Joanny Chmielewskiej ani nawet Jane Austen nie znajdziecie w dziale “Romans, literatura kobieca”. Za wysokie progi na taką kategorię?

W tym roku ukazała się w Polsce książka Rebekki Solnit Mężczyźni objaśniają mi świat. Została zauważona przez Gazetę Wyborczą. Emilia Dłużewska pisze o społecznym uciszaniu, podważaniu i lekceważeniu kobiecych głosów oraz o tym jak silnie lekceważenie głosów kobiet jest zakorzenione w naszej kulturze. Anna Pałęcka nazywa książkę Solnit jedną z najważniejszych książek roku.

Przemoc zaczyna się mało spektakularnie – pisze Pałęcka, a później dodaje: Przemoc wobec kobiet, choć stanowi samo sedno patriarchatu, wynika dziś najczęściej z przyzwolenia na jej obecność. O bycie nośnikiem takiego przyzwolenia pani Anna oskarża m.in. kobiece czasopisma, które jej zdaniem, dają rady jak go zadowolić.

Receptą na ten stan rzeczy jest dziś solidarność – konkluduje autorka – Jeśli istnieje ideał siostrzeństwa, to realizuje się w momencie, w którym wszystkie znajdujemy punkt wspólny.

Nie znam osobiście żadnej kobiety, która by była zadowolona z określania mianem “literatura kobieca” tylko tych niezbyt udanych książek. Czy to znaczy, że mogę liczyć na solidarność Gazety Wyborczej i wsparcie w nierównej walce z księgarniami?

Kobiece czasopisma?

Trudno mi oceniać wspomniane przez Annę Pałęcką czasopisma kobiece, bo ich nie czytam. Na potrzeby tego tekstu udało mi się znaleźć zeszłoroczny numer “Poradnika domowego”. Moda, zdrowie i inne, nawet dosyć poważne problemy opisane przystępnym językiem. Jest tu nawet, na całej stronie, reklama serii książek pt. “Literatura dla kobiet”. A co w środku? Powieść science-fiction, powieść historyczna, reportaż, biografia (wspomnienia samotnie wychowującego dzieci wdowca) i powieść obyczajowa pod patronatem portalu LubimyCzytać. Nie znajdziemy tych książek na “kobiecych” półkach w takich księgarniach jak Gandalf czy Publio. Czyżby kobiece czasopisma, szerzące “przyzwolenie na obecność przemocy wobec kobiet” były (dla kobiet) mniej dyskryminacyjne, niż… księgarnie?

To chyba dobry moment, żeby serdecznie pozdrowić wszystkich Panów czytających ten tekst.

Płacę, więc wymagam

Skoro w księgarniach dewiza kapitalizmu “klient nasz pan” nie działa i moje uwagi zostały zignorowane, postanowiłam zastosować inną: “płacę, więc wymagam”. Rozpoczęłam bojkot księgarni, które posiadają taki dział. I choć wydaje mi się, że jestem w takim bojkocie osamotniona (nikt nie napisał mi, że chętnie się przyłączy), to wyszło mi to na dobre: księgarnia, w której kupuję swoje książki (kupuję ebooki) jest rewelacyjna!

Na księgarniach oczywiście mój bojkot też nie zrobił większego wrażenia. Zastanawiałam się, czy jako konsumentka mogę odwołać się do Rzecznika Praw Konsumenta. Napisałam do Konsumenckiego Centrum E-Porad (które realizuje zadania publiczne finansowane ze środków UOKIK). Dostałam taką odpowiedź:

Uprzejmie informuję, że w mojej opinii tego typu opisy są pewnego rodzaju umownym określeniem używanym zwyczajowo w obrocie handlowym, bez negatywnego wydźwięku dla płci. Podobnie jak określenie „prasa męska” obejmuje bardzo często prasę z bardzo dolnej półki, nie niosąc jednak za sobą negatywnego wydźwięku, a będąc jedynie umownym określeniem dla pewnego rodzaju czasopism.

W mojej ocenie trudno dopatrzyć się w takim wypadku naruszenia dobrych obyczajów, dóbr osobistych kobiet czy też konstytucyjnych praw i wolności. Niemniej jednak jest to moje osobiste zdanie, które niekoniecznie może być podzielane przez władzę sądowniczą.

Dla oceny zasadności Pani zastrzeżeń sugerowałbym złożenie skargi konsumenckiej do Komisja Etyki Reklamy.

Komisja Etyki Reklamy

Jako, że jestem aktywna głównie na Twitterze poszukałam tam reklam z “literaturą kobiecą” i wybrałam ten tweet:

Zespół Orzekający Komisji Etyki Reklamy, działającej przy Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy oddalił moją skargę.

W swojej skardze, protestowałam przeciwko nazywaniu “literaturą kobiecą” tylko romansów a nie całej literatury napisanej przez kobiety, zwracałam uwagę, że jeśli ten termin ma określać taką literaturę jako literaturę wyłącznie dla kobiet, to z kolei jest to dyskryminacja płci męskiej. (Oba argumenty dotyczą art. 4 Kodeksu Etyki Reklamy) Protestowałam również przeciwko narażaniu całej literatury kobiecej (jako tej pisanej przez kobiety) na uszczerbek (art. 7 Kodeksu Etyki Reklamy).

W przesłanej mi uchwale przeczytałam, że skargę przedstawiał i popierał arbiter-referent:

Arbiter-referent wniósł o uznanie reklamy za sprzeczną z dobrymi obyczajami oraz zarzucił, że reklama nie była prowadzona w poczuciu odpowiedzialności społecznej, co jest niezgodne z art. 2 ust. 1 Kodeksu Etyki Reklamy.

Wniósł również o uznanie reklamy za niezgodną z art. 4 Kodeksu Etyki Reklamy, w myśl którego „reklamy nie mogą zawierać elementów, które zawierają treści dyskryminujące, w szczególności ze względu na rasę, przekonania religijne, płeć lub narodowość.”.

Skarżący, czyli w tym przypadku Helion S.A. bronił się tak:

w odpowiedzi na Państwa pismo z dnia 21 września 2016 roku i skargę K/80/16 pragniemy zaznaczyć, że stanowczo nie zgadzamy się z argumentacją konsumenta.

“Literatura kobieca” nie oznacza bynajmniej, że napisana została przez kobiety i wyłącznie dla kobiet, podobnie jak “literatura kryminalna” nie jest pisana przez kryminalistów i dla kryminalistów, książka dziecięca przez dzieci i czytana wyłącznie przez dzieci, a literatura anglosaska wyłącznie dla osób znających język angielski.

Co więcej określenie “literatura kobieca” funkcjonuje w obiegu klasyfikacji książek na całym rynku książki (http://bit.ly/2d2MQQ [niedziałający link]) i jest powszechnie obowiązującym określeniem, którego wprowadzenie do księgarni sensus.pl miało na celu zachowanie standardu rynkowej kategoryzacji publikacji, których głównym odbiorcą są Czytelniczki.

Zaznaczymy jednocześnie, że pejoratywne określenia osoby skarżącej tj. “podrzędna literatura”, “powód do wstydu” obrażają czytelników książek i stanowią jawne lekceważenie artystycznego dorobku autorów książek oraz gustów setek tysięcy Polaków.

Nie zgadzamy się również z zarzutem, że określenie “literatura kobieca” naraża na uszczerbek obiekty o znaczeniu historycznym i artystycznym. Mylne jest bowiem założenie, że ten rodzaj klasyfikacji książek “rzuca cień na całą literaturę pisaną przez kobiety”, ponieważ płeć autora nie jest kryterium branym pod uwagę podczas kategoryzacji publikacji.

Ufam, że nasze wyjaśnienia są satysfakcjonujące dla Komisji Etyki Reklamy. Zapewniam jednocześnie, że klasyfikacja książek w strukturze katalogu księgarni sensus.pl (klasyfikacji, która rozumiana jest przez osobę skarżącą jako reklama) jest daleka od jakiejkolwiek dyskryminacji ze względu na rasę, przekonania religijne, płeć czy narodowość. Ma jedynie pomóc Czytelnikom w odnalezieniu interesujących ich produktów w strukturze sklepu.

Uzasadnienie Komisji:

Zespół Orzekający nie dopatrzył się w przedmiotowej reklamie naruszenia norm Kodeksu Etyki Reklamy zarzucanych przez Skarżącą.

Zespół Orzekający uznał, że przedmiotowa reklama była prowadzona w poczuciu odpowiedzialności społecznej oraz zgodnie z dobrymi obyczajami.

Zespół Orzekający nie dopatrzył się w przedmiotowej reklamie utrwalania negatywnych stereotypów. Zdaniem Zespołu Orzekającego wykorzystane w przedmiotowej reklamie określenie „literatura kobieca” nie obejmuje tylko literatury przeznaczonej dla kobiet, czy też napisanej wyłącznie przez kobiety.

W związku z powyższym, na podstawie pkt 37 ust. 1) lit b) Regulaminu Rozpatrywania Skarg Zespół Orzekający orzekł jak w pkt 1 uchwały. (czyli odrzucił moją skargę)

Od decyzji Komisji nie odwoływałam się, mimo, że przysługiwało mi takie prawo.

Muszę przyznać, że do wszystkich tych rozmów i składanych skarg nie przykładałam się szczególnie. Nie skontaktowałam się z żadnym prawnikiem, który pomógł by mi rzetelnie i być może bardziej przekonywująco sformułować mój punkt widzenia. Wszystkie wypowiedzi opierałam na swoich odczuciach i Konstytucji (korzystając z faktu, że nieustannie się o niej mówi i teoretycznie sama Konstytucja jako ustawa zasadnicza powinna bronić moich praw). Zadziwia mnie, że tak trudno zobaczyć w określaniu tylko książek z najniższej półki “literaturą kobiecą” utrwalania krzywdzącego stereotypu.

Feminizm, siła kobiet?

Książka Rebekki Solnit wydawała mi się odkrywcza, ale – jak później zrozumiałam – o kwestiach, które porusza, feministki mówią już od lat 70-tych. O powiązaniu zwyczajowej dyskryminacji kobiet z przemocą wobec nich mówi też Konwencja antyprzemocowa ratyfikowana przez Polskę w 2015 roku: Konwencja uznaje, że realizacja równouprawnienia kobiet i mężczyzn de iure i de facto stanowi kluczowy element zapobiegania przemocy wobec kobiet. Zobowiązuje też nasze państwo do podjęcia działań niezbędnych do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn.

Czyli feministki powinny mieć świadomość problemu, a ich organizacje na pewno coś z tym robią, prawda? Fundacja Feminoteka, której statut mówi, że jej celem jest przede wszystkim działanie na rzecz likwidacji dyskryminacji ze względu na płeć w literaturze, kulturze, sztuce oraz życiu publicznym, na moje pytanie, dlaczego nie reaguje na “literaturę kobiecą” w księgarniach odpowiada, że reaguje i podsyła mi linki do paru artykułów, w których problem tej literatury jest poruszany. Przy czym… nic tam nie ma o księgarniach! Takie gadu-gadu o tym, jak to jest z literaturą pisaną przez kobiety, dla kobiet, o “kobiecych sprawach”, i czy to “inwektywa” czy coś innego.

Czyny, nie słowa

Skuteczne rozwiązywanie problemów nie może się kończyć na ich omawianiu, potrzebne są konkretne działania, proaktywność, poszukiwanie spraw, choćby najdrobniejszych, na które mamy wpływ. Przemoc różni się od agresji tym, że ofiara jest całkowicie bezradna i to ta bezradność jest najczęstszą przyczyną urazu psychicznego. Dlatego to tak ważne, żeby móc coś zrobić. Cokolwiek. Ciągnące się rozmowy o pogodzie nie poprawią sytuacji, stworzenie prowizorycznego parasola – już tak.

Próba sił z biurokracją i zastanymi schematami jest trudna, poniosłam porażkę. Moja skarga do Komisji Etyki Reklamy została odrzucona, Konsumenckie Centrum e-Porad odrzuciło moje zapytanie jako zbyt skomplikowane, a księgarnie Publio i Gandalf praktycznie mnie wyśmiały. Przytłaczający jest też fakt, że – pomimo moich apeli – tak mało osób przyłączyło się do mojego protestu.

A jednak parę rzeczy się udało: choć kategoria “literatura kobieca” na sensus.pl nadal istnieje, to kolejne reklamy na Twitterze z linkami do tych książek przestały się pojawiać. Ogromnie ucieszyło mnie też poparcie arbitra-referenta w Komisji Etyki Reklamy. Być może bardziej rzetelne, lepiej przygotowane argumenty zmieniłyby decyzję Komisji? Na stronie księgarni Woblink kategoria “Powieści dla kobiet” jest… pusta! Z “kobiecej” kategorii zrezygnowało wydawnictwo Muza. Powolutku coś się zmienia. Jedna z księgarni zmieniła nazwę “literatura kobieca” na “literatura erotyczna” i stworzyła kategorię “literatura męska” (sic!) umieszczając tam… same słowniki (sic!)!

Gdyby organizacje feministyczne zorganizowały się i wywierały większą presję na księgarnie być może już dawno XIX-wieczne pojęcie “literatura kobieca” przestałoby wpływać na nasze społeczeństwo w księgarniach. Każda skarga, z której trzeba się tłumaczyć; każdy, choćby najmniejszy bojkot to koszty, które księgarnia ponosi w takich sytuacjach, a racjonalnie zarządzane przedsiębiorstwa muszą ich unikać. Tak samo jak złej reklamy. Gdyby fundacje kobiece prowadziły listy księgarń, które swoimi działami “kobiecymi” budują niekorzystne dla kobiet stereotypy, znaczyłoby to dużo więcej niż moja skromna lista “dyskryminacyjna” na Twitterze.

Dwa lata temu nietrafione określenie “świnka morska” zostało wyrzucone ze słowników i  zastąpione innym: “kawia domowa”. Czas pozbyć się krzywdzącego określenia “literatura kobieca”. Zacznijmy od księgarni! Click To Tweet

Kobiecość jest dla wielu kobiet atutem, wartością, z której możemy być dumne. Określenie to nie powinno być zawłaszczane przez żaden gatunek literacki, jego użycie nie powinno godzić w godność żadnej z nas. Głos kobiet jest ważny, a sklepy, w tym księgarnie, powinny być miejscem, w którym doznajemy tylko uszczęśliwienia.

Dwa lata temu nietrafione określenie “świnka morska” zostało wyrzucone ze słowników i  zastąpione innym: “kawia domowa”. Czas pozbyć się krzywdzącego określenia “literatura kobieca”. Zacznijmy od księgarni!

Hetmanka, @HetmankaPL


[Aktualizacja 07-02-2018]

 

5 (100%) 1 vote