Tropikalna trwoga (hawańskich) tygrysów

Kuba[1] w powszechnej świadomości kojarzy się głównie z cygarami, Fidelem Castro, podobizną Argentyńczyka Ernesto „Che” Gevary na koszulkach i popularnym drinkiem. Oczywiście Kuba to nie tylko Montecristo No. 2, przywódcy rewolucji oraz rum z colą. Co więcej, to nie tylko Buena Vista Social Club, Compay Segundo, martillo, złoci medaliści Igrzysk Olimpijskich w boksie, znakomici bębniarze pokroju Chano Pozo i Pedrito Martíneza czy wpływowi pianiści jazzowi z Chucho Valdésem, Gonzalo Rubalcabą i Davidem Virellesem na czele. Kuba to również interesująca literatura, w dodatku tak różnorodna i nieoczywista, że niemal każdy — niezależnie od ogólnych preferencji estetycznych i szczególnych upodobań czytelniczych — znajdzie tutaj coś dla siebie. Chciałbym zatem zaproponować Czytelniczkom i Czytelnikom krótką wyprawę na wyspę nazywaną perłą Karaibów. Poznajcie pięć hawańskich tygrysów[2], skąpanych w morzu niedopowiedzeń i wielości znaczeń. Bienvenido a Cuba!

Ezoteryczny

Alejo Carpentier (1904–1980) to najstarszy z prezentowanych tygrysów. Mimo iż swego czasu udało mu się osiągnąć sporą rozpoznawalność jako jednemu z koryfeuszy realizmu magicznego, a estymę, którą się cieszył, zestawić można z renomą pisarzy tej miary, co Juan Rulfo i Miguel Ángel Asturias[3], dziś jest zdecydowanie mniej popularny niż choćby Gabriel García Márquez lub Isabel Allende. Dość wspomnieć, że daty ostatnich polskojęzycznych wydań jego trzech najsłynniejszych powieści to rok 1988, 1994 i 2000. Nie rozstrzygając przyczyn takiego stanu rzeczy, należy odnotować, iż Carpentier uprawiał to, co nazywał „lo real maravilloso americano”, czyli pewną wersję realizmu magicznego, jeszcze zanim stało się to modne i znalazło powszechne uznanie. Pozostając — przynajmniej początkowo — pod wpływem kręgu surrealistów i językowych oraz konceptualnych innowatorów (wśród których znalazły się takie oryginały, jak teoretyk surrealizmu i poeta André Breton, dramatopisarz Antonin Artaud, poeta Paul Éluard), w swoich najważniejszych dziełach — „Królestwie z tego świata”, „Eksplozji w katedrze” czy „Podróży do źródeł czasu” — dokonał fascynującego mariażu codziennego z cudownym, zwykłego z niesamowitym, faktów z fantasmagoriami, hieratycznej historii z liryczną legendą, łącząc hipertroficzny, bizantyjski styl baroku z fabularnymi ambicjami i narracyjnym rozmachem kojarzącymi się ze wspomnianym kolumbijskim noblistą.

Chociaż niektórym może się wydawać, że po „Stu latach samotności” i „Domu duchów” wiedzą już wszystko o realizmie magicznym, to takie deklaracje potraktować należy z odpowiednią dozą sceptycyzmu, jeśli nie są poparte lekturą książek tego nadal aktualnego badacza tożsamości latynoskiej, w którego świecie wyobrażonym (światach wyobrażonych?) ludzie przyjmują zwierzęce sylwetki, gnoza przeplata się z wątkami egzystencjalistycznymi, a szamanizm z problematyką kolonialną, gdzie wyprawa etnomuzykologiczna ma u podstaw rozczarowanie kulturą europejską, gdzie przede wszystkim, ciągle i bez końca próbuje się wejść w symbiozę z kulturami prekolumbijskimi, w tym paleoindiańskimi, oraz z poetą Lautréamontem. Nawiązując do słów samego Carpentiera z przedmowy do „Królestwa z tego świata” (w przekładzie Kaliny Wojciechowskiej) — ten taumaturg nie popadł w biurokrację.

Hermetyczny

Interesująco w zestawieniu z Carpenierem przedstawia się sylwetka innego klasyka literatury kubańskiej — José Lezamy Limy (1910–1976), który był nade wszystko poetą i spiritus movens kubańskich ruchów poetyckich. Jego najbardziej znana powieść (choć nad tą kwalifikacją należałoby się poważnie zastanowić) — zatytułowana „Raj” — to na poły autobiograficzna kwintesencja stylizowanej neobarokowej prozy poetyckiej, z przemyślanymi, kunsztownymi konstrukcjami, wyrafinowanym językiem, którego dziś niestety nikt już prawie nie używa, a także rozbudowanymi metaforami, nieoczywistymi porównaniami, starannymi, plastycznymi opisami oraz licznymi refleksjami, niebywale sensualna, choć momentami wręcz ekshibicjonistyczna, zwłaszcza ze względu na fragmenty homoerotyczne, tyle że, jak przystało na klasyka starej daty, nieliteralna. Wystarczy zresztą przeczytać dwa pierwsze zdania, które są symptomatyczne dla całości:

Dłoń Baldoviny rozchyliła tiule moskitiery, zacisnęła się łagodnie, jakby trzymała w ręku gąbkę, a nie pięcioletnie dziecko; rozpięła koszulkę i spojrzała na jego pierś pełną obrzęków i bruzd o niepokojącym zabarwieniu, która wzdymała się i opadała, jak gdyby dokonując potężnego wysiłku, aby odzyskać swój naturalny rytm; rozpięła także rozporek dziecięcej piżamy i spojrzała na uda, na małe, pełne odparzeń genitalia, które puchły coraz bardziej, a zapuszczając dłoń jeszcze głębiej, dotknęła nóg, zimnych i drżących. Była właśnie dwunasta w nocy, zgasły światła domów na terenie koszar i zapłonęły te przy posterunkach, natomiast reflektory obwodnicy przeobraziły się w błądzącego potwora, który zstępując w kałuże wody płoszy skarabeusze[4].

Podobnie jak w wypadku Carpentiera, wprost odwołującego się do Lautréamonta i surrealistów, w twórczości José Lezamy Limy nietrudno dostrzec intelektualną fascynację poetami francuskojęzycznymi, jak awangardowy symbolista Stéphane Mallarmé, niestrudzony cyzelator Paul Valéry czy modernista avant la Lettre Arthur Rimbaud, jak również hiszpańskojęzycznym klasykiem okresu baroku, zapewne największym obok Francisco de Quevedo — Luisem de Góngora y Argote.

Specyficzny styl autora „Raju” jest przede wszystkim… no właśnie, specyficzny, nawet jeśli uwzględnimy fakt, że niektórym kojarzy się z elegancką prozą samego Marcela Prousta. Bądź co bądź wszystkim, którzy zdecydują się podjąć trud lektury, trud ten zostanie wynagrodzony, tak że każdy, kto upora się z tą książką, może liczyć, jeśli nie na katharsis, to przynajmniej na satysfakcję. Czytajmy klasyków, bo żaden z nich już nie żyje.

Ekscentryczno-idiomatyczny

Jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, co zrobiłby James Joyce, gdyby urodził się (prawie) pięćdziesiąt lat później nie w Rathgar w Irlandii, lecz na Kubie, a do tego musiał wyemigrować najpierw do Madrytu, a następnie do Londynu, to nie musicie spędzać bezsennych nocy na bezowocnych rozmyślaniach, gdyż ja już wiem. Otóż gdyby James Joyce urodził się (prawie) pięćdziesiąt lat później nie w Rathgar w Irlandii, lecz na Kubie, a do tego musiał wyemigrować najpierw do Madrytu, a następnie do Londynu, to napisałby „Trzy pstre tygrysy”. „Tres tristes tigres”, gdyż taki jest tytuł oryginału, (w przekładzie anglojęzycznym „Three trapped tigers”, we francuskim „Trois tristes tigres”) to opus magnum Guillermo Cabrery Infante (1929–2005), które ukazało się w 2016 roku w znakomitej serii Wydawnictwa Universitas „Las Américas. Nieznana klasyka literatury latynoskiej”. Książka przytłacza wylewającym się zewsząd szaleństwem, w którym jednak jest erudycyjna metoda i prozatorski geniusz. Ostrzegam — autor nie idzie na żadne kompromisy, nie dba o czytelników i ich dobre samopoczucie, za to pielęgnuje swoje idiosynkrazje i chyba dobrze się bawi, biorąc rozwód z autocenzurą i wykazując się przy tym nie lada odwagą czy wręcz brawurą, którą można by wziąć za zwykłą butę, gdyby cała rzecz nie była tak olśniewająco oryginalna.

Wyobraźcie sobie jakąkolwiek fanaberię stylistyczną, a możecie być niemal pewni, że Cabrera Infante zdecydował się na jej zastosowanie. Pomyślcie o najbardziej zdumiewających postaciach, a zapewniam, że spotkacie je na kartach tej książki. Znajdziecie tu ekstrawaganckie sformułowania, mnóstwo — w większości bardzo pomysłowych i nie mniej pomysłowo przełożonych — gier językowych, wszechobecną intertekstualność, głęboką metafikcję, nachalne makaronizmy, a do tego rozdział, który jest bolerem oraz śmierć Trockiego opisaną przez różnych kubańskich pisarzy, lata później — bądź wcześniej (w konwencji nad wyraz udanego pastiszu, ze szczyptą tak złośliwości, jak i minoderii).

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o słowach uznania dla tłumaczy — Urszuli Kropowiec i Tomasza Pindla — którzy wykonali świetną robotę nie tylko przekładając całość, lecz zamieszczając posłowie, w którym wyjaśniają kilka wątpliwości natury literackiej i faktograficznej. Tomasz Pindel powiedział swego czasu, iż dobra literatura to dziedzina wybitnie indywidualna. Pozostaje wybitnie się zgodzić.

Czytajmy klasyków, bo żaden z nich już nie żyje! Click To Tweet

Reasumując, „Trzy pstre tygrysy” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Tristrama Shandy’ego, „Ulissesa”, João Guimarãesa Rosy, Williama Faulknera, twórców z grupy OuLiPo, zwłaszcza Raymonda Queneau oraz Georges’a Pereca, a także metafikcji w rodzaju „Bladego ognia” Nabokova. Dla mnie największe literackie odkrycie ubiegłego roku.

Outsider, kontestator

O ile Cabrera Infante, pomimo (a może właśnie z powodu) pobytu na emigracji, był pisarzem wernakularnym, ciągle powracającym do tematyki kubańskiej (przez „tematykę kubańską” rozumiem między innymi umiejscowienie akcji, odwołania do rodzimych twórców czy lokalnej muzyki), o tyle trudno coś podobnego powiedzieć o Virgilio Piñerze (1912–1979). Piñera był intelektualnym apatrydą, wiecznym outsiderem, kontestatorem oraz krytykiem artystycznych koterii, zawsze niezależnym od kulturowego mainstreamu. Polski czytelnik otrzymał szansę poznania jego pióra w 2014 roku, gdy Wydawnictwa Universitas opublikowało „Zimne opowiadania. Ten, który przyszedł mnie zbawić” w serii „Las Américas. Nieznana klasyka literatury latynoskiej”, znów w przekładzie Tomasza Pindla.

Teksty Piñery są „zimne” w pełnym tego słowa znaczeniu. Autor, korzystając z pełnego repertuaru środków wyrazu, od elementów makabreski, przez hiperbole, po symbolizm i groteskę, a nawet surrealizm czy swoistą fantastykę, kojarzące się momentami z twórczością Italo Calvino bądź samego Franza Kafki, opisuje zjawiska społeczne i jednostkowe, nigdy się nie angażując w to, co pisze, nie opowiadając się po żadnej ze stron, i nie oceniając. Wyabstrahowana forma jeszcze bardziej pogłębia poczucie wykluczenia, niezależnie od tego, czy mamy akurat do czynienia z mężczyzną strzelającym sobie w głowę, z ludźmi jedzącymi własne ciała, czy z jednonogimi. Same postaci wydają się zresztą tylko pretekstem do ukazania sytuacji, w której się znalazły. Poprzez hiperboliczne, symboliczne, a nade wszystko groteskowe deformacje bohaterów Piñera nie tylko szokuje i karykaturuje, lecz również i przede wszystkim zwiększa siłę oddziaływania swojego przekazu. Dodatkowo autor zawsze podąża własnymi ścieżkami, lekce sobie ważąc zasady konstrukcji opowiadań, przez co czasami odnosi się wrażenie, iż kończy historię w momencie, w którym dopiero powinien zacząć ją rozwijać.

Można by się oczywiście pokusić o stwierdzenie, że pomimo braku dosłownego zaangażowania Piñera jak najbardziej zabiera głos w ważkich sprawach, tyle że czyni to na opak, poprzez pozbawienie samego siebie głosu. Może więc nie mają racji ci krytycy i recenzenci, którzy bezrefleksyjnie przyjmują, że autor wyłącznie opisuje, nie angażując się w ocenę. Nie wykluczam, że zimne opowiadania są tak naprawdę moralitetami. To jednak pozostawiam ocenie wnikliwych czytelników. Niewątpliwie, ze względu na silną obecność elementów makabry i okrucieństwa nie jest to łatwa lektura. Lecz, zważywszy na wyobraźnię autora, jakże fascynująca.

Dobry, zły, a przede wszystkim brzydki

Ostatni z tygrysów — Pedro Juan Gutiérrez (ur. 1950) — to okaz unikatowy, gdyż wciąż żyjący i tworzący, a do tego, pod względem językowym, najbardziej współczesny i najmniej, moim zdaniem, wymagający. Styl autora „Brudnej trylogii o Hawanie” i „Tropikalnego zwierzęcia” — nazywanego mistrzem brudnego realizmu — najczęściej jest porównywany do twórczości Charlesa Bukowskiego, Henry’ego Millera czy Chucka Palahniuka, zwłaszcza ze względu na skłonność do używania stylu telegraficznego, sporą dosadność, nagromadzenie wulgaryzmów i okrucieństwa, wszechobecny sarkazm, a także dobór tematyki (ubóstwo, przemoc, uzależnienia), gdyż Gutiérrez jest przede wszystkim prześmiewczym i tragikomicznym kronikarzem życia spauperyzowanych mas. Jego bohaterowie — ćmy barowe przywodzące na myśl Henry’ego Chinaskiego —  to wyzbyci złudzeń, cyniczni, ale i bystrzy obserwatorzy, starający się przetrwać w piekle codziennej beznadziei, uciekając w to, co tygrysy [sic!] lubią najbardziej, czyli używki oraz ironię. Warto jednak zauważyć, iż pomimo krytycznego spojrzenia na rzeczywistość nietrudno dostrzec fascynację autora Kubą jako ideą (jakkolwiek nieporadnie to brzmi) — jej muzyką, kulturą, postawami mieszkańców i ich często budzącą moralny sprzeciw, a przynajmniej wątpliwości, zaradnością. Antyestetyzm, jak widać, też może być formą afektu.

Co ciekawe, mimo iż pisarz mieszka w Hawanie, jego proza do dzisiaj nie została wydana w kraju jego urodzenia. Polski czytelnik może zatem czuć się uprzywilejowany, gdyż najnowsze wydania „Brudnej trylogii o Hawanie” i „Tropikalnego zwierzęcia” ukazały się, odpowiednio, w roku 2004 i 2005. Niewątpliwie należy sięgnąć po te książki, zwłaszcza jeśli komuś podobał się „Zwrotnik Raka” Millera, „Faktotum” i „Szmira” Bukowskiego albo „Udław się” Palahniuka. Warto poznać również ciemną stronę Kuby.

Zamiast zakończenia — cytat z Bolaño

Chilijski pisarz Roberto Bolaño napisał w „2666”:  

Strach Iwanowa miał charakter literacki, to znaczy jego strach był tym strachem, jakiego doświadcza większość obywateli, którzy nagle pewnego (czy też niepewnego) dnia postanawiają przekształcić uprawianie literatury, a przede wszystkim fikcji, w integralną część swego życia. Strach przed tym, że mogą być kiepscy. A również strach przed brakiem uznania. Ale przede wszystkim strach przed tym, że mogą być kiepscy. Strach przed tym, że ich trud i zapał pójdą w zapomnienie. Strach przed postawieniem kroku, który nie zostawia śladu. Strach przed elementami przypadku i natury zacierającymi zbyt płytkie ślady. Strach przed kolacją w pojedynkę i przed tym, że nikt nie zauważy ich obecności. Strach przed niedocenieniem. Strach przed porażką i ośmieszeniem się. Ale przede wszystkim strach przed tym, że jest się kiepskim. Strach przed znalezieniem się, nieodwracalnie i na zawsze, w piekle kiepskich pisarzy[5].

Mam przekonanie graniczące z pewnością, iż żaden z wymienionych autorów kubańskich nie znajdzie się w tym przerażającym i tłocznym miejscu. My zaś, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, sięgajmy po ich książki, by przez przypadek nie trafić do innego ponurego miejsca, to jest piekła kiepskich czytelników.

Adrian Krysiak, adrian_krysiak[at]wp.pl

[1] Autor pragnie podziękować Agnieszce Gorońskiej z goronska.pl za przejrzenie pierwszej wersji tekstu oraz trafne uwagi. Poza tym autor zgłasza brak konfliktu interesów. W szczególności tekst nie zawiera lokowania produktów, a Adrian Krysiak nie jest opłacany przez lobby kubańskie ani żadne wydawnictwo [wszystkie przypisy pochodzą od autora — A.K.].

[2] Jak podają w posłowiu do „Trzech pstrych tygrysów” Urszula Kropiwiec i Tomasz Pindel, tłumacze książki Guillermo Cabrery Infante: […] słowem „tigre” — „tygrysie” zwracają się […] do siebie mężczyźni na Kubie. Pozostając wiernym tej estetyce, pozwalam sobie na tę drobną dezynwolturę językową.

[3] Carpentier jest laureatem prestiżowej Nagrody Cervantesa, przyznanej tak wybornym literatom, jak Jorge Luis Borges, Ernesto Sábato, Mario Vargas Llosa czy Juan Goytisolo.

[4] W mistrzowskim przekładzie Andrzeja Nowaka.

[5] Przekład Katarzyny Okrasko i Jana W. Rajtera.