Alistair MacLeod, „Utracony dar słonej krwi”

Wiatr od Morza to wydawnictwo nie tylko z fantastyczną nazwą, ale i z zestawem książek absolutnie niedzisiejszych. Specjalizujące się w szeroko rozumianej literaturze anglojęzycznej, brytyjskiej i kanadyjskiej, choć jest też autorka irlandzka (AnneEnright). Z kolei w gronie opublikowanych przez Wiatr od Morza zwycięzców Bookera z odległej przeszłości znalazła się powieść-laureatka z 1970 roku, czyli “Wybrany” Bernice Rubens, Walijki z żydowskimi korzeniami. Niezły miszmasz ten ich katalog wydawniczy i muszę w tym miejscu wyznać, że najbardziej promowany Michael Crummey (po jednej jedynej przeczytanej co prawda powieści) kompletnie mi nie podszedł. Za to bardzo lubię “Anglików na pokładzie”, brawurową, awanturniczą powieść, której bohaterami są niezwykle pechowi, i nie do końca uczciwi, rybacy z Wyspy Man.

Jak dotychczas jednak zdecydowanie najlepszą znaną mi pozycją sygnowaną przez Wiatr od Morza jest Utracony dar słonej krwi Alistaira MacLeoda. Książka, która obrazuje wszystkie paradoksy linii wydawniczej gdańskiej oficyny. To nie jest oczywiście nowa rzecz, tylko zbiór oryginalnie pochodzący z 1976 roku, autorstwa zmarłego w 2014 roku pisarza, który pisał niewiele, miał na koncie jedną bodaj opublikowaną powieść i kilkanaście opowiadań. Był Kanadyjczykiem, ale tak nie do końca. Pisał niby tradycyjne opowiadania, a jednak przy czytaniu ma się poczucie obcowania z zupełnie inną rzeczywistością. I nie chodzi tylko o przemijający czas.

McLeod urodził się w kontynentalnej Kanadzie, ale jego rodzina wywodziła z Cape Breton, dość sporej wyspy przynależnej administracyjnie do Nowej Szkocji. Pierwszymi Europejczykami byli na niej Francuzi, ale później zasiedlali ją głównie migranci z biedniejszych krain Zjednoczonego Królestwa – albo wygnani ze swoich gór Szkoci albo irlandzcy katolicy uciekający przed kolejną klęską głodu i/lub zawirowaniem politycznym. Rodzice pisarza podobno jako pierwszego języka używali gaelickiego w szkockiej odmianie, a z wyspy emigrowali w poszukiwaniu pracy podczas Wielkiego Kryzysu. Dorosły MacLeod będzie pisał właśnie o Cape Breton i – rzadziej –  o Nowej Szkocji, a jego opowiadania będą mieć za tło morze i podziemne korytarze. Bo na wyspie nie można było być kimś innym niż górnikiem lub rybakiem (w przypadku mężczyzn) albo żoną górnika lub rybaka. No, ewentualnie można było całymi rodzinami uprawiać ziemię.

Opowiadania kanadyjskiego, jednak, pisarza może i nie należą do szczególnie odkrywczych pod względem fabularnym, ale czyta się je znakomicie. Nawet kiedy używa stałych klisz/tematów i fabuł znanych skądinąd. Jak choćby w niedługim utworze o młodym chłopaku, który wygrywa pieniądze w bilardowej rozgrywce i przynosi je rodzicom, po czym zostaje przez nich wyrzucony z domu. To pewnie najsłabsze opowiadanie ze zbioru, a i tak ma dobre momenty. Z ciekawością czyta się o starym kopalnianym koniu sprzedawanym na rzeź albo o Jankesie przyjeżdżającym zobaczyć syna po 10 latach od narodzin chłopaka, wychowywanego obecnie przez dziadków – matka z ojczymem chłopaka zginęli w wypadku samochodowym. W ogóle w tym świecie bardzo często odmiana losu jest wynikiem decyzji podjętej po śmierci, a to kogoś z rodziny, a to kilkudziesięciu górników w katastrofie pod ziemią. Utwory Kanadyjczyka są niby realistyczne i “proste” do bólu, ale wiarygodne psychologicznie i obdarzone tym czymś nieuchwytnym, co dzieli “tylko” dobrą prozę od wybitnej.

Moja ocena talentu Kanadyjczyka byłaby identyczna, nawet gdyby z tomu ostało się tylko jedno opowiadanie, przed-ostatnie. O ojcu, który chciał być kimś innym, na pewno nie rybakiem, ale sytuacja rodzinna, a szczególnie małżonka, mu na to nie pozwoliły. To ciekawe, w tym świecie mężczyźni, chętniej by “uciekali” od tradycji (albo “tradycji”) niż kobiety. Bunt mężczyzny przejawiał się w namiętnym czytaniu książek, przeróżnych – od klasyków literatury po broszurki reklamowe – i zaraził nim stadko swych córek, a wszystko to poznajemy za pośrednictwem jego jedynego syna, któremu też udało się ostatecznie wyrwać z domu. Znowu fabuła brzmi niezbyt odkrywczo, ale po prostu trzeba przeczytać. To proza naznaczona okrutną nostalgią, niby zimna, a emocje buzują, miłość miesza się z nienawiścią i poczuciem beznadziei. Człowiek staje wobec codziennych konieczności. Czy może wygrać? Co oznacza zwycięstwo?  Fragmenty tego akurat tekstu można znaleźć na stronie wydawcy. 

Utracony dar słonej krwi to tylko osiem opowiadań. Ale takich, po których chce się więcej. Wydawca na szczęście doszedł do tego samego wniosku – drugi tom opowiadań Alistaira MacLeoda, zatytuowany Skoro ptaki czynią słońce trafił na półki księgarń kilka tygodni temu.

Adam, @naTTjuzbylo

Alistair MacLeod, Utracony dar słonej krwi, przeł. Michał Alenowicz, Wydawnictwo Wiatr od Morza 2017