Nie tylko Potop. Henrik O. Lunde, „Dynastia wojowników. Wojny Szwecji 1611-1721”

Trudno zapomnieć historię Szwecji między 1602 a 1918 rokiem.
Łatwiej zapomnieć o Afryce w średniowieczu.

LinnHansén z tomu Przejdź do historii, przeł. Justyna Czechowska

Fascynujące jest obcowanie z książkami, które rozbijają skorupę historycznej wiedzy, jaką nasiąkamy przez lata obcowania z rodzimym systemem edukacji. „Dynastia wojowników” rzuca więcej światła na tych tajemniczych Szwedów, którzy nagle pojawiają się w polskiej historii wraz z Potopem, tylko po to, by ich w pole wywodzili Zagłoba z Kmicicem i Wołodyjowskim, a potem równie szybko z tejże historii znikają.

W trakcie lektury uwierała z początku informacja, że ze względu na ograniczenia językowe autor nie korzystał w szerokim zakresie ze źródeł polskich (a także rosyjskich). No jakże to – pomyślałem – pisać o wojnach inflanckich, Potopie i generalnie walce o dominium Maris Baltici bez polskich źródeł?! Z czasem zacząłem jednak tę swoistą ułomność błogosławić. O szwedzkich harcach na polskich ziemiach wiemy mnóstwo z naszej historii, więc pozostało cieszyć się znanymi już wydarzeniami z zupełnie innej perspektywy, obserwując walkę o inne niż polskie interesy.

Właśnie walka i militarny ogląd zmagań między państwami są głównym elementem tej książki. Autor na pierwszy plan wysuwa opisy bitew i kampanii prowadzonych przez wodzów – królów, czyli przede wszystkim Gustawa II Adolfa i Karola XII. Na szczęście Lunde w opisie genialnych zwycięstw nie gubi jednego ze swoich głównych celów, czyli chęci wyjaśnienia tego, „w jaki sposób rolniczy kraj liczący co najwyżej półtora miliona mieszkańców był w stanie przez niemal stulecie pozostawać jedną z czołowych potęg wojskowych w Europie”. Ten bowiem element jest najbardziej fascynujący – niewielki kraj, z klimatem niełatwym dla rolnictwa, który każda kolejna wojna osłabiała z siły roboczej, potrafił rzucać na kolana wielokrotnie większą i ludniejszą Rzeczpospolitą, siać zniszczenie i trwogę w Cesarstwie w czasach wojny trzydziestoletniej i postawić na krawędzi rodzącą się potęgę Piotra Wielkiego.

Jak to było możliwe? Wszystko zaczyna się od… pieniędzy. Konflikt przełomu XV i XVI w. zakończony rozpadem unii z Danią i wstąpienie na tron znanej i nam dynastii Wazów stworzyło warunki do przejścia króla, a więc i całego kraju, na luteranizm. To jednak nie czynnik religijny o tym zdecydował, a zwyczajnie możliwość zagarnięcia majątku kościoła. Tak więc Szwecja nie zerwała z Watykanem dla wartości religijnych czy też dla królewskiej miłości, jak Henryk VIII w Anglii, a dla daleko mniej romantycznych pieniędzy. Dynastia Wazów mądrze wykorzystała pieniądze pozyskane z sekularyzacji dóbr kościoła i wprowadzając szerokie reformy, głównie wojskowe i podatkowe, stworzyła w krótkim czasie nowoczesne, według ówczesnych standardów, państwo i lokalnego mocarza. Jednak epoka nie pozwalała  spocząć na laurach i zadowolić się sprawnym państwem. Wielkość i potęgę mierzyło się głównie podbitymi terenami, więc dalszy rozwój niezmiennie wiązał się z rozszerzaniem terytorium, co w szwedzkim wydaniu poskutkowało marzeniem o uczynieniu z Bałtyku wewnętrznego szwedzkiego jeziora.

Początkowe sukcesy i mordercza skuteczność szwedzkich wojsk w każdej z wojen szybko jednak grzęzły w obliczu przeciwności wszelkiego rodzaju. Zagłębiając się w opisy kolejnych bitew i wojen zaczynamy odkrywać powtarzający się schemat – Szwecja nie była w stanie pokonać swoich wewnętrznych ograniczeń ludnościowych i fiskalnych, a co za tym idzie – dokonywać szerszych podbojów. Niemożliwe było przeprowadzanie w odpowiedniej dla walk wiosenno-letniej porze działań na tyle szerokich, by definitywnie pokonać przeciwnika, a więc konieczne było przezimowanie na terenie wroga, który zbierał wówczas siły do kontrataku. Zgromadzenie większego wojska nie było zaś możliwe ze względów demograficznych i pieniężnych. Jeden rok nieudanych plonów szwedzkich chłopów oznaczał niższe podatki, a więc braki w zaopatrzeniu wojskowym. Kolejne krwawe bitwy zmniejszały zaś liczbę poddanych Wazów, którzy mogli pracować na ich chwałę i wyższe podatki. Nie pomagały pomysły, takie jak w trakcie wojny trzydziestoletniej, gdy starano się w sposób systemowy finansowy ciężar wojny przerzucić na mieszkańców podbitych ziem. Błędne koło toczyło się coraz szybciej…

Pojawia się więc pytanie, jak udało się Szwecji mimo wszystko być potęgą na europejskim poziomie? Sprawnie działające państwo to bowiem chyba za mało. Skłaniałbym się ku tezie, że w znacznym stopniu decydowały o tym wybitne jednostki na królewskim tronie. Wspomniani Gustaw II Adolf i Karol XII byli geniuszami wojskowości, na poziomie zarówno taktycznym jak i strategicznym; w końcu przydomki takie jak „Lew Północy” zobowiązują. To ich zdolności sprawiały, że szwedzkie armie biły swoich daleko liczniejszych przeciwników. Doskonale widać to po wynikającej z nadmiernej brawury śmierci Gustawa pod Lutzen, gdy tak naprawdę skończyła się szwedzka dobra passa i okres dominacji w wojnie trzydziestoletniej.

Opowieść o Szwecji XVII i XVIII w. to historia wielkiej determinacji małego narodu. Kronika wytrwałości w dążeniu do realizacji zakładanych planów. Zabrakło właściwie niewiele. Wszak wojna trzydziestoletnia mogłaby być o połowę krótszą, gdyby Gustaw nie zginął pod Lutzen. A z ogromem Rosji nie wygrał nikt, nie tylko Karol pod Połtawą. 

Piotr, @P_e_t_ar

Henrik O. Lunde, Dynastia wojowników. Wojny Szwecji 1611-1721, przeł. Jan Szkudliński, Wydawnictwo Poznańskie 2015.

Spread the love