Polka, która się nie integruje. Katarzyna Tubylewicz, „Moraliści”

Migracja to dzisiaj pole batalii politycznej w Europie. W Polsce nie jest to problem tak istotny, imigranci są ciągle nieliczni. Mimo to i my zostaliśmy wciągnięci w debatę na ten temat, bo cała Europa o tym mówi. Chcąc nie chcąc zajmujemy w tej dyskusji jakieś stanowiska, choć większość z tych stanowisk jest słabo uzasadnionych. Wynika to na ogół z braku dostępu do informacji na temat tego, co faktycznie dzieje się na Zachodzie. Większość ludzie czerpie swoją wiedzę z filmików na Youtubie, newsów na Facebooku i innych szczątkowych, często przekręconych i niepewnych źródeł informacji.

Na szczęście coraz częściej pojawiają się w Polsce ciekawe książki na ten temat, jedną z nich jest zbiór wywiadów i reportaży Katarzyny Tubylewicz Moraliści. Autorka mieszka od dawna w Szwecji, ale, sądząc po książce, nie integruje się najlepiej. Nie rozumie Szwedów, przygląda się im ironicznie. Szczególnie drażni ją to, czego sama nie posiada, otwartość Szwedów na innych i ich szacunek dla odmienności.

Najwięcej stron w książce zajmują wywiady na temat imigrantów. Dominującą postawą Tubylewicz jest mieszanina ciekawości, nieufności i wręcz strachu przed obcością. Proporcje niestety przechylają się bardziej na stronę nieufności i niechęci niż ciekawości. Autorce na szczęście daleko jednak do polskich prawicowców, którzy a priori uznają każdego migranta za mordercę i gwałciciela. Ten prymitywny pogląd jest w Polsce tak mocno rozpowszechniony, że każdy, kto go podważa wnosi do dyskusji coś ożywczego i odświeżającego. W tym sensie książka jest odświeżająca. Nareszcie ktoś opowiada o obozach dla uchodźców bez histerycznej, wściekłej nienawiści. Jest lepiej niż TVP. To już jakiś sukces… Z drugiej strony jednak Tubylewicz koncentruje się głównie na aspektach negatywnych. Jej rozmówcy patrzą na imigrantów inaczej niż ona, chcą pomagać, szanują innych. Tubylewicz ocenia ich jednak ironicznie, nie rozumie ich postawy i nie widzi nic pozytywnego. Podkreśla, że niektórzy migranci wyrzucają śmieci przez okno, że w ośrodkach dochodzi czasem do bójek, że kobiety są niepiśmienne.

W centrum opowieści stoją nawet nie migranci, ci bowiem są jedynie drugim planem. W centrum stoją Szwedzi, którzy zdecydowali się pomagać. Autorka jest zadziwiona i skonfundowana, że w ogóle można pomagać uchodźcom. Nie rozumie tego. Po co pomagać tym ludziom, skoro oni są źli i mają złe intencje? – zdaje się sugerować. Autorka praktycznie w ogóle nie rozmawia z osobami z obozów dla uchodźców. Uchodźcy nie są dla niej ludźmi, raczej “problemem społecznym”, trochę tak jak Żydzi przed wojną dla antysemitów nie byli ludźmi, osobami a “problemem żydowskim”. Tak samo dla liberalnych publicystów, polityków itd także nie ma imigrantów, nie ma osób, które uciekają do Europy. Jest “problem z imigrantami”, “problem z integracją” itd. Inni ludzie są ujmowani jako problem, nie rozmawia się z nimi, nie traktuje się ich poważnie, nie szanuje się ich. Bo statystyka, bo inne obyczaje itd.

Postawa Tubylewicz wobec Szwedów jest mieszaniną szacunku i szyderstwa. Sam tytuł Moraliści jest ironiczny i nieco szyderczy. Autorka jest mocno sceptyczna wobec szwedzkiej wiary w to, że można pomóc innym ludziom przychodzącym z innych kultur. Idealizm szwedzkiej lewicy budzi mieszane uczucia u Tubylewicz. Dostrzega, że niektórzy z uchodźców nie wyrażają wdzięczności za udzieloną pomoc. Można odnieść wrażenie, że jej zdaniem brak wdzięczności niektórych osób za otrzymaną pomoc poddaje tę pomoc w wątpliwość. Powinni codziennie klękać przed Szwedami, dziękować z pomoc, nie pragnąć niczego innego jak siedzieć cicho.

Jednym z wątków książki jest sceptycyzm wobec “poprawności politycznej”. Zdaniem Tubylewicz poprawność polityczna prowadzi do zamiatania problemów pod dywan, oznacza ignorowanie konfliktów kulturowych. Szwedzka lewica rzekomo chowa głowę w piasek, unika mocniejszego wysunięcia postulatu integracji. Unika powiedzenia: „wszyscy muszą się integrować”, unika karania czy wydalania ludzi za niektóre wykroczenia, unika na przykład sprawdzania wieku migrantów, którzy podają się za dzieci. Autorka nie bierze poważnie pod uwagę kwestii, że sprawdzanie wieku za pomocą badań rentgenowskich jest szkodliwe dla zdrowia. Rentgen powinno się wykonywać jedynie jako zabieg konieczny dla leczenia. Zadaniem medycyny nie jest kontrola populacji, nie jest sprawdzanie ludzi a pomaganie im. Jeśli przyjmujemy, że można robić krzywdę ludziom (nawet tak niewielką jak badanie rentgenowskie) dlatego, że mogą kłamać i są źli – przyjmujemy bardzo niebezpieczną logikę.

A więc zdaniem autorki problemem Szwecji jest nadmiar poprawności politycznej. Ten wątek brzmi chyba najmniej przekonująco. Pojęcie poprawności politycznej nie jest w ogóle czymś czego kiedykolwiek broniła lewica. „Poprawność polityczna” to tak naprawdę gęba, którą prawica, zwłaszcza skrajna populistyczna prawica, przykleja lewicy. Lewicowcy nigdzie na świecie nie bronili żadnej „poprawności politycznej”. Bronili zupełnie czegoś innego. Bronili szacunku dla innych. Sprzeciwiali się mowie nienawiści. Lewica sprzeciwia się nazywaniu całych grup ludzi gwałcicielami, mordercami, nosicielami pasożytów. Mowa nienawiści to język, który odbiera innej osobie status człowieka. Inna osoba jest traktowana wtedy jako nosiciel cech grupy, a sama grupa, do której ta osoba należy, jest zredukowana do zbioru urojonych stereotypowych określeń.

Tak rozumiana mowa nienawiści jest dzisiaj niestety normą w Polsce. Staje się także coraz bardziej powszechna na świecie.  Warunki dyskusji o imigracji wyznaczają hejterzy. Każdy, kto kwestionuje dominację hejterów jest natychmiast oskarżany o to, że jest zwolennikiem „poprawności politycznej”, staje się jakoby pożytecznym idiotą, który sprzyja islamskim terrorystom i nie broni Europy przed „inwazją imigrantów”. Tego typu oskarżenia są formułowane przez ludzi, którzy zachwycają się Wojciechem Cejrowskim kiedy mówi, że „Ukraińcy to mordercy i gwałciciele”. Celebrują Marine Le Pen, która porównuje obecność muzułmanów we Francji do okupacji niemieckiej, zrównuje religijnych muzułmanów z faszystami. Krytycy poprawności politycznej uwielbiają także Donalda Trumpa, który twierdzi, że Meksykanie to złodzieje i gwałciciele.

Jednym słowem krytycy wymyślonej “poprawności politycznej” domagają się po prostu wolności do gardzenia innym, wolności dla nienawiści i przemocy werbalnej. Uważają, że istnieje spisek mainstreamowych mediów, które nie pozwalają im głosić swoich nienawistnych, pogardliwych stereotypów. Być może w Szwecji wygląda to inaczej. Być może tam dyskusja na ten temat przebiega inaczej. W Polsce ta dyskusja wygląda tak właśnie. Przy czym, co ważne, w Polsce nie ma i nigdy nie było żadnych ograniczeń dotyczących mowy nienawiści. Przestępstwa polegające na karaniu propagowania faszyzmu są wykrywane jedynie w przypadku najbardziej skrajnych przypadków, nie dotyczą w ogóle większości spraw.

Zdaniem Tubylewicz w Szwecji lewica nie potrafi stawić czoła problemom właśnie ze względu na swoje klapki na oczach. Nie widzi jak źli są uchodźcy, nie patrzy na nich tak jak patrzy przerażona obcością, zamknięta w sobie Tubylewicz. Więcej newsów o gwałtach, więcej opowieści o tym jacy straszni są muzułmanie sprawi, że dyskusja o imigracji zostanie uzdrowiona. Zdaje się to sugerować, że to właśnie prawica miałaby znaleźć jakieś rozwiązania. Diagnoza ta przechyla się, niestety, w stronę dyskusji pod banalnym i nieprawdziwym hasłem „multikulturalizm poniósł porażkę, bo inni się nie integrują”. Choć trudno zrozumieć, co do dyskusji o imigrantach wnosi opowieść o zbyt rzadkim wyrzucaniu śmieci przez niektóre osoby w ośrodkach dla uchodźcach.

Najbardziej w książce Tubylewicz uderza brak głosu tych, o których pisze. Dziwi, że autorka nie pomyślała o tym by porozmawiać z migrantami. Jakie są ich doświadczenia? Jak oni widzą Szwecje? Jak widzą samą Tubylewicz? Czy Tubylewicz wynosi śmieci regularnie? Czy ładnie pachnie? Czy zachowuje się grzecznie? Czy nie jest przypadkiem prymitywna? Nie wiemy co sądzą imigranci, bo ci straszni imigranci w ogóle nie pojawiają się w książce, której są głównym tematem. Tubylewicz dziwi się, że niektórzy leżą całymi dniami w ośrodkach i nic nie robią. Nie znajdziemy jednak wyjaśnienia dlaczego tak się dzieje. Autorka nie pomyślała, by zapytać o to właśnie ich. Wiadomo leżą, bo są źli i leniwi. A może leżą, bo, halo halo, są ludźmi tak jak my? I na przykład całe ich rodziny zostały wymordowane gdzieś w dalekim kraju? Albo jeśli nie zostały wymordowane to są oddzielone od nich i nie wiadomo kiedy się znowu zobaczą? Co by zrobiła Tubylewicz, gdyby jej rodzina została wymordowana a ona sama musiała uciekać do Afryki? Niestety samo ujęcie imigranta jako człowieka może być dla wielu, w tym chyba także dla Tubylewicz, “lewacką poprawnością polityczną”. Lepiej tego nie robić, bo to tylko rozzłości prawicę. Lepiej mówić, że nie wyrzucają śmieci tak jak trzeba.

Czasem jednak do umysłu Tubylewicz docierają informacje o uchodźcach. Dzieje się to jednak zawsze za pośrednictwem osób, które z tymi imigrantami rozmawiały. Nie jest to rezultat kontaktu z migrantami, tych Tubylewicz się boi. Rozmówczynie autorki mówią jednak o tym, ile energii widzą w ludziach, którzy w końcu wydostają się z obozu, dostają azyl. Pokazuje to, że system zmuszający ludzi do spędzania roku lub nawet dwóch lat w ośrodku dla uchodźców, w stanie tymczasowości i zawieszenia – nie jest najlepszy. Trudno nie leżeć i nie patrzeć w sufit, jeśli człowiek ma perspektywę czekania dwóch lat w zupełnie tymczasowym miejscu, bez rodziny, bez żadnej pewności co do własnej przyszłości.

W sumie książka wydaje się być w większym stopniu projekcją lęków autorki wobec imigrantów i szyderstwem ze Szwecji niż opowieścią o Szwecji. Mimo to warto ją przeczytać, możemy przede wszystkim dowiedzieć się czegoś o nas samych, o Polakach, którzy nie potrafią, nie chcą, zrozumieć świata i są zamknięci na innych.

T.K. Neuropkin, @neuropek

Katarzyna Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie, Wydawnictwo Wielka Litera 2017

Spread the love