Przywieje ich tu północny wiatr

Przywieje latem 1956 roku. Lekarza. Studenta mechanizacji rolnictwa. Plastyka. Inżyniera. Studenta konserwatorium i muzyka – miłośnika bobrów. 

Kontrabas, dwa saksofony, perkusja oraz dwa pudła wielkości trumien z rozłożonym na części wibrafonem. Pociąg relacji Poznań – Sopot. Zatłoczony mocno zresztą. W wagonie nie ma miejsc. Perkusista prosi współpasażerów, żeby się nie rozpychali, przez szacunek dla zmarłych, którzy przewożeni są w skrzyniach (!).

Motyw pogrzebowy powtarza się zresztą kilka dni później, bo muzycy sekstetu Komedy ubrani na czarno niosą jak trumnę rzeczoną skrzynię, oklejając ją wcześniej tytułami najbardziej znanych polskich szlagierów. Tak właśnie zaczyna się parada otwierająca pierwszy Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej w Sopocie. Tak wygląda pierwsza scena książki, w której Magdalena Grzebałkowska zaprasza czytelnika w świat Krzysztofa Trcińskiego. To przygoda na ponad pięćset stron reportażu. 

Północne wiatry powiewają przez całą książkę, bo skandynawskie wpływy i wzorce są Komedowej ekipie niezwykle pomocne. Tamtejszy jazz stanowi ogromne źródło inspiracji, a współpraca ze szwedzkimi muzykami zawsze przynosi fantastyczne rezultaty!

Osobiste życie jazzu skończyłam z dziurawym sercem. Dziurawym zupełnie niespodziewanie. Bo zupełnie nie oczekiwałam, że w gąszczu faktów i historii, w prowadzonej dość ascetycznie narracji, wybuchnie prawdziwa emocjonalna bomba. Ale tak zaskoczyć potrafi czytelnika tylko reportażysta pokroju Magdaleny Grzebałkowskiej. Pisząc bez kalek i kopii, stworzyła portret artysty całkowicie różny od tego, jaki znamy z poprzedniej książki o Beksińskich. Tak samo jednak nasycony emocjami.

Grzebałkowska nie boi się publicznie stawiać znaków zapytania, potrafi powiedzieć, że czegoś nie wie, że gdzieś nie dotarła. To rzadkość. Autor stawia się dziś z reguły na równi z Wszechwiedzącym, tutaj nie doświadczymy tego rodzaju literackiej pychy. Bardzo mało zachowało się materiałów źródłowych dotyczących samego Komedy i jazzu polskiego. W moich książkach wolę czasami pozostawić pytanie, choć te, które stawiam raczej są pytaniami już bez odpowiedzi. Jeśli czegoś nie wiem, to zawiadamiam o tym czytelnika. Nie pozwalam sobie na to, żeby napisać, że na pewno było tak czy inaczej. Nie można nic wymyślić1Wypowiedź Magdaleny Grzebałkowskiej pochodzi z: https://www.polskieradio.pl/10/6326/Artykul/2121110,Magdalena-Grzebalkowska-i-czego-nie-wiadomo-o-Komedzie oraz https://culture.pl/pl/artykul/magdalena-grzebalkowska-od-pisania-robie-sobie-przerwe-na-zycie-wywiad. Mimo tego „braku” czytając mamy wrażenie, że udaje nam się chociaż przez chwilę dotknąć Komedowego absolutu, że jesteśmy w tym jazzowym bałaganie razem z nim i bierzemy udział w tworzeniu wielkiej historii.

Postać Komedy staje się też pretekstem do snucia szerszej, wspaniałej opowieści o raczkującym w Polsce jazzie. O tym jak ta alternatywna scena trafiała do różnych odbiorców i jakie na swej drodze napotykała przeszkody. Jego duch unosi się cały czas w książce, ale towarzyszą mu inne osobowości dużego formatu należące do bohemy artystycznej tamtego czasu. Sporo miejsca w książce zajmuje również bujna charakterystyka żony kompozytora – Zofii. Jej postać to chyba temat na oddzielną książkę. Jak twierdzą zgodnie wszyscy: Zofii się nie lubi, bo jest apodyktyczna, chce zawłaszczyć Krzysztofa, a gdy się wypije zdarza jej się krzyczeć, że muzyk jest ryżym chujem i kuternogą.

Mimo takiej wielości wątków i tematów, podczas lektury nie zaznamy chaosu. Wszystko bowiem jest pieczołowicie uporządkowane i opisane tak, że bez trudu wchodzimy w świat jazzowych akrobacji tamtych lat.

Osobistego życia jazzu wychyla się, jakby niechcący, kilka fantastycznie opisanych postaci. Poza żoną Komedy, autorka portretuje wspaniale wszystkich otaczających kompozytora muzyków i artystów. Dużo tu anegdoty, fotografii, zapisów rozmów okraszonych opowieściami o trudnej codzienności muzyków parających się jazzem. Bo Grzebałkowska podkreśla fakt, iż muzycy, mimo sławy, na koncertach zarabiają niewiele. Większą część z koncertu zabiera Państwowe Przedsiębiorstwo Imprez Estradowych, a oni nie są muzykami zawodowymi, nie należą do żadnego związku, więc ich gaże mogą być minimalne.

W związku z tym radzą sobie jak mogą, czasami nie mając za co kupić obiadu: „Chodzą wszędzie pieszo, bo nie mają pieniędzy na bilety. Czasem głodują. Teresa Trzaskowska:

Myśmy się wtedy bardzo przyjaźnili; ja z Andrzejem i Zofia z Krzysztofem. Żyliśmy niemal razem, wciąż bez pieniędzy. Jak już zupełnie nic nie było Zosia gotowała cienką zupę i zapraszała nas na obiad. A ja coś ugotowałam, to zapraszałam do nas. Zofia zapamięta: Kiedyś(…) roztropnie zabrałam z cudzego domu jabłko. Upatrzyłam je sobie na przyjęciu u Lidii i Jurka Skarżyńskich. Nadgryzłam, by mi go nikt nie ruszył, a potem, gdy nadarzyła się okazja, schowałam do kieszeni płaszcza i wyniosłam. Następnego dnia zjedliśmy na obiad racuszki. Nie wstydzę się tego.

Wreszcie, co bardzo istotne, nie ma tu żenujących opisów dotyczących muzyki i instrumentarium tworzonych czasem w afekcie przez ludzi, którzy do muzyki wzdychają, ale niewiele o niej wiedzą. I komentuję sprawę jako muzyk zawodowy, perkusistka. Żaden z opisów nie jest naciągany i nie kaleczy ucha. Może poza użyciem słowa „pałeczki” w odniesieniu do wibrafonowych pałek. Żaden szanujący się perkusista nie zdrobni rzeczownika, który stanowi jago narzędzie pracy. Ale to zupełnie nieistotne. Bo czyta się tą książkę z wielką przyjemnością, doświadczając Krzysztofa Komedy, jego ducha, osobowości… i osobności.

Skryty jest. Niektórzy myślą, że się wywyższa. Inni znów podejrzewają, że ma kompleksy, bo lekko kuleje. I dlatego taki oschły, zmienny w nastrojach. Są tacy, z którymi nie rozmawia, są też tacy, z którymi rozmawia, ale nawet wtedy dużo nie mówi. Patrzy, słucha, rzadko rzuci słowo, jeszcze rzadziej całe zdanie. Zawsze jednak trafia w punkt. Najczęściej wydaje się nieobecny. Siedzi w środku samego siebie i nikomu się nie zwierza z tego, co czuje, o czym myśli. Przezywają go Nietoperz, bo wygląda, jakby spał w dzień.

Jeśli mamy więc ochotę na wędrówkę po meandrach życia i twórczości pana Trzcińskiego i interesuje nas jak muzyka jazzowa rozwijała się w naszym kraju, kto ją tworzył i promował – książka Magdaleny Grzebałkowskiej będzie z pewnością idealnym przewodnikiem po tym fascynującym świecie.

JagBuk, @Jagbuk

Magdalena Grzebałkowska, Komeda. Osobiste życie jazzu, Wydawnictwo Znak 2018.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi