The Lady is a Tramp. Przygoda na Alasce

Wsiąść do pociągu byle jakiego,
Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet,
Ściskając w ręku kamyk zielony,
Patrzeć jak wszystko zostaje w tyle.

Magda Czapińska „Remedium”

Może czasami budzicie się z myślą, by wszystko rzucić i wyjechać np. w Bieszczady albo do Indii, pasać owce lub medytować w klasztorze. Większość z nas traktuje te myśli jak rodzaj wytchnienia, które daje poczucie ulgi na chwilę, i nawet nie myśli wprowadzać ich w czyn, chyba, że mowa o urlopie – taka dwutygodniowa podróż po Indiach, albo wczasy w agroturystyce – czemu nie? Ale tak zostawić wszystko na zawsze? Niektórzy jednak, raczej nieliczni, nie dają się zbyć tak łatwo i swoje szalone, czysto eskapistyczne marzenia realizują.

Do takich osób należy Lili – francuska bohaterka powieści Wielki marynarz, która jako młoda dziewczyna zdecydowała się na odważny krok – wyjazd na Alaskę, aby… łowić ryby. Szalony pomysł, prawda? Nie tylko jak na młodą dziewczynę. Pewnego dnia porzuciła miasteczko w Prowansji „Manosque-wśród-Wzgórz, Manosque-jak-Nóż”1Catherine Poulain, Wielki marynarz, przeł. Agata Kozak, Wydawnictwo Literackie 2017, str.7 Dalsze cytaty w tekście pochodzą właśnie z tego wydania i wyróżnione są kursywą. i ruszyła do Stanów Zjednoczonych, na Alaskę, by zatrudnić się na statku rybackim, a kiedyś pojechać do wymarzonego Point Break.

Bo to jest koniec. Dalej już nie ma nic. Tylko morze polarne i ławica lodowa. I słońce widoczne o północy. Chciałabym tam dotrzeć. Usiadłabym na samym końcu, na szczycie świata. Zawsze sobie wyobrażam, że nogi będą mi dyndać nad przepaścią… Zjem lody albo kubek popcornu. Zapalę papierosa. Będę patrzyła ze świadomością, że dalej nie da się pojechać, bo tu kończy się Ziemia.

Zrobiła tak również autorka powieści Catherine Poulain, kiedy w wieku 20 lat opuściła rodzinne strony (także w Prowansji). Coś gnało ją w świat – pracowała m.in. w fabryce konserw na Islandii, w barze w Hongkongu, zbierając jabłka w Kanadzie, a wreszcie dotarła na Alaskę. Tam przez 11 lat pracowała na statkach rybackich. Trwałoby to nadal, a powieść Wielki marynarz prawdopodobnie by się nie ukazała, gdyby pewnego dnia urzędnik imigracyjny nie odprowadził jej do samolotu lecącego do Francji, z biletem w jedną stronę. Uroki pracy na czarno.

Dziś zajmuje się wypasem owiec, zbieraniem winogron w winnicach regionu Médoc. No i pisaniem. Jej późny debiut, mocno autobiograficzna opowieść  – zapewnił jej tłumaczenia na wiele języków, liczne nagrody oraz nominację do Nagrody Goncourtów dla debiutu (to nie ta wielka nagroda, ale jej młodsza siostra), a także sukces komercyjny. Dzięki pieniądzom zarobionym na pisaniu Poulain kupiła swój pierwszy w życiu dom i wydaje się, że osiądzie w nim na stałe.

Już od ponad roku książka dostępna jest także w Polsce, jednak nie zdobyła sobie należytej uwagi.

Od jutra łowimy. Od jutra… Za kilka godzin zaczną się krzyki, strach ściskający brzuch, takle zsuwające się w głębiny, hałas, fale i wściekłość, wir, w którym napięte ciało staje się automatem, mechanicznym tworem z ciała i krwi podtrzymywanym jedynie chęcią przetrwania.

Powieść trudno sklasyfikować. Z jednej strony jest to przygodowa opowieść o dziewczyńskim doświadczeniu w męskim świecie. Razem z bohaterką czujemy przeszywające zimno, mokre nogi w przemakających kaloszach i smród rybich wnętrzności unoszący się na pokładzie. To zdecydowanie nie jest typowo kobiece zajęcie, choć zdarzają się kobiety–szyprowie, ale Lili nie marzy o żadnym innym. Jako kobiecie na statku pełnym mężczyzn, znacznie większych i silniejszych od siebie, nie jest jej łatwo. Początkowo śpi na podłodze, bo jako żółtodziób jest najniżej w hierarchii, stopniowo jednak swoim zapałem i wytrzymałością zyskuje sobie szacunek załogi. To co zdumiewa podczas lektury, to niesamowita determinacja tej drobnej kobiety. Daje sobie radę w męskim świecie, w zimnie, niewygodzie, bólu. Oczywiście, często postępuje głupio, czy nierozsądnie, jednak hardości ducha można jej pozazdrościć.

Wypatroszyłam pierwszego halibuta w życiu. Opłukuję wnętrze białego brzucha. Na stole leży serce, jeszcze bije. Waham się. Zjadam to serce, które nie może umrzeć. Samotne serce, które teraz jest we mnie, w cieple.

Czytelnik może odnieść wrażenie, że Lili często igra z niebezpieczeństwem by poczuć pełnię życia. Pragnie wolności i przygody, dzikości. Fizycznego wysiłku i zmęczenia po dobrze wykonanej pracy. Nie chce być żoną uwiązaną w jednym miejscu. Jednak dla marynarzy pozostaje kobietą i chcąc nie chcąc musi opędzać się od facetów wiążących z nią różne nadzieje. Spotyka ją dziwna miłość, w smutnym świecie, do wielkiego faceta z problemami. Bardzo to nietypowy „wątek romansowy” i nie wszystkim przypadnie do gustu.

Stawiać opór. Walczyć o życie z żywiołami, które zawsze będą od nas potężniejsze, silniejsze. Szukamy wyzwań, chcemy iść do końca, umrzeć albo przeżyć.

Z drugiej strony książka pokazuje życie rybaków z Alaski z niemal dokumentalną precyzją. Przygotowania, wyławianie sieci, oprawianie ryb, codzienne życie na morzu. Ale i smętne miasteczko Kodiak, które poza rybami ma do zaoferowania jedynie bary pełne pijanych rybaków. Spotykamy tam i rdzennych Amerykanów, i weteranów wojny w Wietnamie, i bezdomnych, którzy w wyniku nałogów stracili wszystko. Kobiet niewiele, żony marynarzy zwykle mieszkają daleko.

A jednak, mimo wszystko, na statku to nie jest życie – nie masz nic swojego i tylko wynajmujesz się na kolejne łodzie. Ciągle pakujesz i rozpakowujesz tobołek ze swoim biednym życiem. Stale zaczynasz od początku, za każdym razem… Ostatecznie to cię wykańcza, doprowadza do rozpaczy i wykańcza.

Ciężka fizyczna praca rybaków, po kilkanaście, kilkadziesiąt godzin bez snu czy odpoczynku, to przeżycie ekstremalne, nie da się go porównać do niczego w „normalnym świecie”. To doświadczenie wspólnej pracy ponad siły zbliżające ludzi, dające chwilowe i złudne poczucie braterstwa. Po powrocie – trzeba odreagować. Trudno by codzienne życie na lądzie sprostało intensywności przeżyć na morzu, dlatego marynarze uciekają. W nałogi albo na kolejny statek. Wydaje się, że nie ma z tej drogi powrotu. Alkohol i ryby – to życie marynarza. Ewentualnie narkotyki. Czasem jeszcze wakacje z żoną na Hawajach.

Zimnica, wiatr, fale, które zwalają się na ciebie i tak przez cały czas… Walka i zabijanie ryb!

Na kartach książki czuć wiatr, przelewające się przez statek fale, zapach morza, smród ryb i  przeszywające zimno. Wszystkie te doświadczenia podane są z pierwszej ręki, w naturalistyczny sposób. Jeśli zamarzą wam się kiedyś eskapistyczne przygody, ta książka sprawdzi się jako ich namiastka. Mimo nieco afektowanego stylu, powinna być też dobrą lekturą dla miłośników męskich przygód w typie np. Hemingwaya oraz dla wszystkich kochających morze.

Anna Lipińska, @PoProstuAnia

Catherine Poulain, Wielki marynarz, przeł. Agata Kozak, Wydawnictwo Literackie 2017

Tytuł nawiązuje do piosenki z 1937 roku, której tekst napisał Lorenz Hart. ‘Tramp’ to po angielsku włóczęga.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi