W świecie równoległym. O nieistniejącej ekranizacji

Wreszcie jest. Lata oczekiwania bez większych nadziei, że ktoś sięgnie po to arcydzieło, by stworzyć na jego podstawie serial (wszak ogrom materii wyklucza ramy jednego filmu). Potem niedowierzanie, że jednak się to dzieje. I nerwowe śledzenie wieści z planu. Czy dobrze oddadzą ducha powieści? Czy aktorzy podołają?

„Się doczekałem się”, jakby powiedział Benedykt Gierosławski.

Za nami pierwszy sezon serialu na podstawie „Lodu” Jacka Dukaja.

Chyba nigdy nie doświadczyłem tego, by czekać z niecierpliwością ale i zdenerwowaniem na jakikolwiek serial. Nawet szum wokół „Wiedźmina” nie powodował przyspieszenia bicia serca. Ot, uda się albo nie, trudno… Lód Jacka Dukaja wydawał mi się zaś od samego początku idealnym wprost idealnym materiałem na kilkusezonowy produkt dla którejś z wielkich platform filmowych. Dla wielu czytelników pomysł może się wydawać szalony – jak przekazać obrazem wielowymiarowość powieści, myśli i wewnętrzne monologi bohaterów; dobrze że choć technologia filmowa pomoże w oddaniu obrazu świata skutego lodem. Podobnym do mnie fanom Lodu powiem tylko – się udało się.

Miłośnikom seriali, którym jak dotąd nie było po drodze z Lodem, należy się krótkie wprowadzenie. Mamy do czynienia z historią alternatywną zapoczątkowaną znanym powszechnie meteorytem tunguskim, który spadł w 1908 r. w środkowej Syberii. Tu jednak Dukaj rusza nowym torem – meteoryt jest bowiem zbudowany z tungetytu, nieznanego minerału, który dosłownie skuwa świat lodem. Z epicentrum uderzenia wychodzą na świat lute – anioły lodu, a Azja i Europa trafiają w okowy wiecznej zimy. Nie wybucha I wojna światowa, Rosja korzystająca z nowych możliwości przyniesionych z nieba, na czele z zimnazem (cudownym metalem) i ćmiatłem (przeciwieństwem światła powstającym w wyniku spalania tungetytu), staje się prawdziwym mocarstwem. Oczywistym staje się, że Polska się nie odradza. W tych okolicznościach, pewnego mroźnego dnia w lipcu 1924 r., czynownicy1Dla słabszych z historii, czynownicy to urzędnicy państwowi w Rosji carskiej. carskiego  Ministerjum Zimy trafiają do obskurnego warszawskiego mieszkania Benedykta Gierosławskiego, studenta i hazardzisty, który dostaje propozycję w zasadzie nie do odrzucenia – ma ruszyć na Syberię, by odszukać swojego zaginionego kilka lat wcześniej ojca, Filipa. Dawnego zesłańca, zwanego dziś Ojcem Mrozem, który rzekomo umie rozmawiać z lutymi…

Tym, którym już się zakręciło w głowie powiem tylko, że dalej jest jeszcze ciekawiej, a stopień komplikacji tylko rośnie.

Docenić należy decyzję producentów, którzy jeszcze przed premierą zapowiedzieli, że serial będzie miał 4 sezony. Co najmniej cztery sezony. Jedna z największych platform filmowych na świecie nie narzeka na brak gotówki, ale rzadko to dziś spotykane, by zadeklarować kilka lat realizacji, zanim pozna się oglądalność i wyniki pierwszej serii. Ba, czasami nawet odcinka pilotowego! Pozwala to z ulgą przypuszczać, że wśród decydentów platformy jest ktoś, kto przeczytał całą powieść, a nie tylko jej streszczenie lub scenariusz.

Odruchowo narzuca się podział na sezony zgodny z narzuconym w powieści przez Dukaja. I wydaje się, że zostanie to utrzymane, skoro pierwszy sezon skończył się widokiem ekspresu transsyberyjskiego wjeżdżającego na dworzec w Irkucku i zapierającym dech widokiem samego miasta, stworzonego najpierw w wobraźni pisarza, a potem przeniesionego na ekran całą mocą komputerów specjalistów od efektów specjalnych.  

Dobrze… ale cóż takiego widzimy na ekranie pomiędzy wizytą czynowników Ministerjum w obskurnej klitce Benedykta a wjazdem do Irkucka? Przed ekipą stanęło trudne zadanie, bowiem większość akcji w tym sezonie toczy się w wagonach kolejowych. Nawet przepych i rozmach kolei transsyberyjskiej nie ukryją tego, że to jednak zamknięta przestrzeń. W pierwszej chwili, po pojawieniu się informacji, że reżyserii podjął się Tim van Patten, poczułem lekki niepokój. Pierwsze skojarzenie z jego pracą, to przecież moje ukochane „The Sopranos” i „The BoardwalkEmpire”, czyli szeroko rozumiane seriale gangsterskie. Potem jednak przypomniały się wszystkie genialne sceny z ww. seriali, w których van Patten mistrzowsko wyreżyserował spotkania czy to Tony’ego Soprano na zapleczu „Bada Bing”, czy też Nucky’ego Thompsona w hotelach Atlantic City. Nie zawiodłem się więc, gdy zobaczyłem sceny rozmów w salonkach pociągu mknącego po zimnazowych torach przez syberyjskie mrozy. Oddać trzeba co cesarskie operatorom zdjęć, którzy po mistrzowsku potrafili nas przekonać, że ćmiatło istnieje i potrafi oddawać niesamowity ciemny blask na ścianach i twarzach bohaterów.

Niespieszne opowiadanie obrazem jest istotne, bowiem rozmów w serialu jest całe mnóstwo. Nawet więcej niż w samej książce. Zabieg to ze wszech miar uzasadniony, bowiem zaznajomieni z lekturą wiedzą, jak wielką w nich rolę odgrywają wewnętrzne monologi bohaterów. Utrzymanie takiej konwencji w serialu było niemożliwe, zbliżyłoby go niebezpiecznie do filmów dokumentalnych z dominującą rolą niewidzialnego narratora / lektora. Przemyśleń bohaterów podawanych z offu nie jest więc wiele; wszystkie w pełni uzasadnia akcja, a dobrym zabiegiem jest ilustrowanie ich obrazami świata zmienionego mrozem i niepowstrzymanym pochodem lutych. Wielbiciele scen rodem z kina akcji nie będą więc zachwyceni (choć jest w serialu miejsce i na eksplozję, i na pościg), ale dla wielbicieli potyczek słownych będą to sceny wprost wspaniałe. Znajdzie się tu także coś dla fanów zagadek kryminalnych w stylu Agathy Christie (skojarzenie z Morderstwem w Orient Expressie samo się narzuca). Mówiąc krótko i górnolotnie – wysoko postawiono intelektualną poprzeczkę odbiorcy. Postanowiono jednak uszanować potencjał literackiego pierwowzoru i nie zaserwowano nam choćby czegoś takiego jak „Latarnik czyli miłość przez K.O” w niedocenianej „Superprodukcji” Juliusza Machulskiego.

Opowiedziałem o serialowym świecie Lodu, więc czas na to, co dla odbiorców najistotniejsze – na bohaterów, a w zasadzie odtwarzających ich aktorów. Wspominam o tym dopiero teraz ze względu na zamysł twórców serialu. Nie mamy bowiem do czynienia z plejadą gwiazd. Przynajmniej na poziomie odbiorcy hollywoodzkich produkcji nierzadko da się zapewne usłyszeć lekki zawód: „Jak to? Żadnej gwiazdy!”. Dzięki temu jednak nikt nie przytłacza swoim statusem samej opowieści, widz zaś skupia się na tym, co jest nam przekazywane, a nie kto nam to przekazuje.

Dla widza znad Wisły serial niesie jednak sporo powodów do uśmiechu. Ktoś gdzieś w otchłani producenckiej naprawdę przeczytał powieść Dukaja. Chyba nawet ze zrozumieniem. Przynajmniej na tyle, że podkreślono: Benedykt Gierosławski to Polak, mimo że Polski w świecie mrozu, lutych i zimna nie ma. Postanowiono więc, że kluczem do obsadzenia będzie narodowość i tym sposobem młodym Gierosławskim został Jakub Gierszał. I to wybór jak najbardziej udany. Czekałem z niepokojem choćby na scenę rozmowy Benedykta z Jeleną Muklanowiczówną, w której oboje karmią się mniej lub bardziej prawdziwymi opowieściami o wzlotach i upadkach swojego życia. To jak Gierszał opowiedział o swoim uzależnieniu od kart sprawiło, że już na zawsze Gierosławski będzie miał dla mnie jego twarz.

Panna Muklanowiczówna, właśnie… Obsadzenie w jej roli jak zawsze świetnej Saoirse Ronan przydało tej postaci właściwego ciężaru – niby wiotka dziewczyna na początku, potem odsłaniająca ukryte głęboko prawdziwe „ja”. Unikamy na szczęście tworzenia z bohaterki tylko pięknego dodatku do męskiego świata. Już teraz czekam wręcz na spodziewany aktorski popis Ronan w sezonie czwartym; będzie miała szansę zabłysnąć talentem.

Wszystkie świetne wybory aktorskie przyćmiewa jednak prawdziwym ćmiatłem postać Nikoli Tesli. Wydawało mi się, że nikt nie zbliży się do poziomu nieodżałowanego Davida Bowie z „Prestiżu” Christophera Nolana. Tak myślałem do momentu, gdy zobaczyłem… Tomasza Kota. Może i nie zagrał przeciwnika Agenta 007, ale dostajemy kolejny dowód, że po znakomitej roli w „Zimniej wojnie” Pawła Pawlikowskiego naprawdę stał się aktorem światowego formatu. Tu nie trzeba nic mówić, to trzeba zobaczyć.

Powyższa rola oraz szerokie grono świetnie dobranych aktorów przewijających się przez kolejne sceny pozwala mi być spokojnym, że w kolejnych sezonach zobaczymy inne znakomite kreacje; szczególnie czekam na moją ulubioną postać – Wojsława Wielickiego, syberyjskiego mentora Benedykta, jednego z wielu Polaków odnoszących sukcesy na dalekiej Syberii.

Nie wypada mi pisać nic więcej. To trzeba zobaczyć. Potem przeczytać powieść. Lub zrobić odwrotnie. Kolejność dowolna. W żadnym wypadku nie będzie się żałować.

Czas „się zauroczyć się” tą wizją, wszak w „z każdem słowem, z każdem tchnieniem i drżeniem głębiej się wjeżdża w Kraj Lutych, i głębiej wchodzi w człowieka Mróz”.

Piotr, @P_e_t_ar

Jacek Dukaj, Lód, Wydawnictwo Literackie 2007

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi