Zapomniany wiking

Początki Islandii to nie tylko piękna historia walki z przeciwnościami i trudami przyrody. To historia wolnych ludzi, uciekających przed prześladowaniami politycznymi w Norwegii. Oddolnie i z mozołem budowanej wspólnoty, nienarzuconej nikomu państwowości, ani religii.

Pierwsze stałe osadnictwo na Islandii datujemy na ok. 874 rok naszej ery. Za pierwszego stałego osadnika uznaje się obecnie Ingólfura (Ingolfa) Arnarssonona, założyciela osady, znanej dzisiaj jako Reykjavik.

Kraina wolnych i równych w rozwijała się w naturalny i harmonijny sposób. W 930 roku powołane do życia zostało Zgromadzenie Ogólne (Althing). Zgromadzenie pełniło rolę ustawodawczą i sądowniczą. Najwyższą formą kary było wygnanie skazańca na banicję, nie obowiązywała popularna w prawie każdym zakątku świata kara śmierci.

Na obrady Althingu zjeżdżały całe rody i  wsie. Althing był najważniejszym wydarzeniem roku. Obecnie uznaje się, że Althing jest najstarszą znaną nam trwałą formą parlamentu, obradował rokrocznie nieprzerwanie przez 800 lat. Wiemy o tym z Księgi Osadnictwa (Landnámabók), spisanej w XIII wieku przez nieznanego z nazwiska autora.

Etymologiczny Sherlock

A co, jeśli to wszystko kłamstwo? Co, jeśli początki Islandii wcale tak nie wyglądały? Taką tezę stawia Bergsvein Birgisson, filolog z wykształcenia i ceniony pisarz islandzki. Birgisson dwukrotnie został nominowany do Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej, przyznawanej dla najlepszej literatury z krajów skandynawskich. W 2013 roku nominacja Birgissona związana była z opublikowaną przez niego pracą pod tytułem Czarny Wiking.

Czarny wiking jest historią Geirmunda Heljarskinna, wikinga, potomka norweskich królów, który opuszcza rodzinne ziemie i rusza w nieznane, by osiedlić się na Islandii. Jest jednak historią, by tak rzec, niepoprawną politycznie. Birgisson zwraca naszą uwagę na liczne nieścisłości w oficjalnej historii Islandii.

Niczym wytrawny detektyw tropi manipulacje i przemilczenia Księgi Osadnictwa. Ma dobre ucho do sag i historii opisywanych przez skaldów, a filologiczne wykształcenie przydaje się do śledzenia etymologii nazw osad, a także samych imion bohaterów.

Czytając Czarnego Wikinga czujemy się, jakbyśmy odkrywali wcześniejsze warstwy palimpsestu, a każde kolejne odkrycie każe nam zrewidować naszą wiedzę na temat powszechnie znanej przeszłości.

Historia zapomnianego wikinga

Kim był czarny wiking? I dlaczego był czarny? Około 845 roku w rejonie Norwegii zwanym Rogaland (południowo-zachodni kraniec Norwegii, na południe od Bergen i na zachód od Kristiansand) na świat przychodzą bliźnięta – Hámundur (Håmund) i Geirmund. Kim byli, że ich imiona przetrwały do naszych czasów? Ich ojcem był Hjör, władca Norwegii.

Ich matka o obco brzmiącym imieniu została wzięta za żonę przez Hjöra podczas jednej z wypraw na północ. Birgisson, posiadając jedynie fragmentaryczne informacje i wiedzę z zakresu filologii i historii sugeruje, że miejscem pochodzenia matki bliźniąt jest Bjarmaland, mroźna kraina na północny wschód od Morza Białego.

Historię Bjarmów znamy nie tylko z sag wikingów, ale również z zapisków starożytnych Rzymian i Arabów. W każdym opisie w oczy rzucają się słowa o ciemnym kolorze skóry Bjarmów. Pozwala to nam przypuszczać, że faktycznie takie geny miała matka bliźniąt i takie też przekazała własnym dzieciom.

Z Księgi Osadnictwa poznajemy historię przydomka Geirmunda: po urodzeniu matka oddała chłopców niewolnicy, od niej zaś wzięła nowo narodzonego białego chłopca. Trudno nam sobie dziś wyobrazić najmłodsze lata chłopców, wyróżniających się swoim wyglądem, porzuconych przez rodziców, a wychowywanych przez niewolnicę. Zgodnie z Landnámabók, Król Hjör dowiedział się o tym podstępie, gdy chłopcy mieli trzy lata. Król miał wtedy rzec, że nie może na nich patrzeć, skórę mają bowiem, niczym Hel. Bogini Hel w mitologii nordyckiej była córką Lokiego, władczynią Helheimu, krainy zmarłych. Przedstawiana często jako osoba o dwukolorowym, biało-czarnym ciele.

I tak szpetny, czarny Geirmund został Heljarskinnem, czyli tym, który ma skórę jak Hel. Tylko czy to był jedyny powód naszego zapomnienia o Geirmundzie?

Rasizm?

Czyżby czarny kolor skóry już tysiąc lat temu był tym złym, godnym jedynie zapomnienia? Czy jedyną winą Geirmunda była jego karnacja? Księga Osadnictwa sugeruje, że Geirmund nie wsławił się niczym szczególnym na Islandii, albowiem przybył na wyspę w końcówce swojego życia.

Inne sagi świadczą coś innego. Nawet Księga Osadnictwa zdaje się sama sobie przeczyć. Wśród pierwszych osadników wymienia Ulfa Zezowatego, przyjaciela Geirmunda i… towarzysza jego pierwszych wypraw na Islandię.

Wiemy jednak, że zanim Geirmund dotarł na Islandię, przez jakiś czas przebywał na innej wyspie, zamieszkanej już od jakiegoś czasu Irlandii. Brał tam udział w wielu intrygach politycznych, zyskując znaczną sławę i nie mniejsze bogactwo. Dotarłszy na Islandię, jeszcze dalej na północny zachód od miejsca osadnictwa Ingolfa, objął w posiadanie znaczne połacie ziemi.

Co takiego się stało, że historia Islandii jedynie napomyka o tym wielkim właścicielu ziemskim? Ale za to jak napomyka! Ta sama Księga Osadnictwa mówi o Geirmundzie, jako o najznamienitszym ze wszystkich osadników na Islandii.

Zaginiona saga

Birgisson zastanawia się, jak to możliwe, że o tym najznamienitszym osadniku niemalże nie pamiętamy? Jak to się stało, że o kimś takim zapomniano podczas pisania historii Islandii? Dlaczego nie był twórcą szanowanego rodu? Jak to się stało, że Geirmund nie doczekał się własnej sagi? A może doczekał, ale ta nie dotrwała do naszych czasów? Birgisson zauważa, że faktycznie,

Geirmund jest najznamienitszym ze wszystkich osadników, ale na ten temat się nie rozmawia i nazywa się go po prostu chłopem. Geirmund powinien być w owym czasie wymarzonym praojcem, ale nikt go nie chce widzieć na swej tablicy genealogicznej. O jego życiu i bohaterskich czynach opowiadały sagi, lecz nikt ich już nie chce powtarzać.

Ale dlaczego? Życie Geirmunda obfitowało w chwalebne czyny i wydarzenia. Księga osadnictwa wspomina m.in. o historii niewolnika Geirmunda. Niedaleko jego domostwa rozbiła się łódź pewnego rodzeństwa, uciekającego przed prześladowaniami z rodzinnych stron. Niewolnik całą zimę opiekował się uciekinierami ze słowami, że Geirmundowi jedzenia nie brakuje. Gdy dowiedział się o tym Geirmund, wezwał do siebie samodzielnego niewolnika i zapytał, dlaczego ośmielił się gościć ludzi na koszt swojego pana. Zgodnie z Landnámabók usłyszał w odpowiedzi: aby tak długo, jak Islandia jest zamieszkana, opowiadano, jak potężnym był człowiek posiadający niewolnika, który ośmielił się coś takiego uczynić bez jego zgody.

Geirmund postanowił darować niewolnikowi wolność i gospodarstwo, którym ten zarządzał.

A jednak historia zapomniała o Geirmundzie.

O czym chcieliśmy zapomnieć?

Ta, w gruncie rzeczy, chwalebna historia Geirmunda zwraca naszą uwagę na wątek zupełnie pominięty w wyidealizowanej historii Islandii. Oto pojawia się nowe słowo: niewolnik. Kim mogli być niewolnicy w krainie wolnych i równych chłopów? Jak to się stało, że Geirmund posiadał niewolników?

Zdaniem Birgissona, nie ma co udawać, że Islandia była krainą wolnych i równych. Geirmund wcale nie był wśród równych na Islandii, ogromne połacie ziemi, którą zarządzał i dziesiątki posiadanych niewolników, a także wolnych nadzorców sugerują, że społeczeństwo islandzkie niewiele różniło się od ówczesnych społeczeństw w innych rejonach znanego Europejczykom świata.

Historia Geirmunda słabo wpisuje się w wygładzoną i wyidealizowaną historię równych ludzi, którym niepotrzebny był jeden przywódca. Nie tylko Geirmund został jednak wygumkowany. Korekta czekała również przybranego brata wspomnianego na początku Ingólfura (Ingolfa), Hjørleifa. W przeciwieństwie do swojego przybranego brata, Hjørleif traktowany jest jako „zakała”: z chciwości plądruje Irlandię i przywozi na Islandię niewolników, którzy się następnie buntują i zabijają swojego właściciela.

Wyłania nam się obraz szlachetnej historii Ingolfa i wstydliwego wątku niewolnictwa, nieszczęścia sprowadzonego na Islandię przez chciwych ludzi, którzy ostatecznie płacą za swoje. Faktycznie jednak historia wyglądała trochę inaczej.

Jeszcze raz przywołajmy Birgissona:

Zaczynamy z wolna pojmować, dlaczego zarówno całe nieposługujące się pismem pokolenia, jak i średniowieczni uczeni nie zdradzali chęci opowiadania o Geirmundzie Heljarskinnie. Po pierwsze był arystokratą, który zawładnął sporą częścią północno-zachodniej i zachodniej Islandii – nijak się to miało do mitu powszechnej równości. Był wikingiem, kierującym się ekonomicznymi przesłankami, który nie tylko miał pod sobą wielu Normanów, ale ponadto hurtowo zasilał islandzką społeczność w niepożądany element – w irlandzkich niewolników. […] Ponadto miał przodków wśród obcego ludu z Północy.

Historia kołem się toczy

Nie możemy jednak zapominać, że – choć oparta na bogatym materiale źródłowym – książka Bergsveina Birgissona jest, jak sam autor zaznacza, projektem na poły artystycznym. Mamy przed oczami nie biografię, a współczesną sagę. Widzimy to w „inscenizacjach”, które autor tworzy, by przybliżyć nam życie w czasach Geirmunda Heljarskinna. Czasami jednak nawet mając świadomość celu, jaki Birgisson przed sobą postawił, trudno nie być skonsternowanym. Jak na przykład przy opisie erotycznych wizji połączonych z opisem erekcji autora.

Niewątpliwie jednak Czarny wiking niesie dla nas pewną wartość dodaną. Niewiele jest w Polsce książek, dzięki którym możemy poznać nie tylko fascynującą historię tajemniczej postaci, ale również panoramę czasów przełomu IX i X wieku naszej ery. Tym bardziej, że jest to historia Północy, o której w ogóle nie uczymy się w szkołach. Jednak największa wartość książki dociera do nas z czasem w postaci pytania: ile mamy takich zapomnianych wątków w naszej historii?

Filip Paszko, @smootnyclown

Bergsveinn Birgisson, Czarny wiking, przeł. Maria Sibińska, Katarzyna Michniewicz-Veisland, Wydawnictwo Poznańskie 2016.