Ze śmiertelnego zimna. O pisarzach kryminalnych z krajów nordyckich

Na początku była ciemność. Mróz. Nie Remigiusz, ten taki za oknem. Trolle i noc polarna. Ikea i państwo opiekuńcze. Gunde Svan i Björn Borg. Wojenna neutralność i nagie Szwedki na plażach całej Europy. Wtedy nadszedł Kurt Wallander.

Apokryficzna opowieść o renesansie europejskiego kryminału zaczynałaby się jakoś tak. Ktoś mocniej obeznany w temacie wspomniałby o krajowych programach wsparcia kultury i ponadpaństwowej solidarności nordyckich autorów, ale bez Henninga Mankella i serii zapoczątkowanej Mordercą bez twarzy świat z pewnością nie byłby taki sam. No, literacki. Pewnie nadal rządziłyby amerykańskie, produkowane seryjnie przez ghostwriterów, thrillery wydawane w latach 90. z cudownie kiczowatymi okładkami, koniecznie z jedną piersią kobiecą niemalże obnażoną… Także polscy autorzy, w tym rzecz jasna Mróz, niestety tym razem chodzi o twórcę, a już na pewno nasz rynek wydawniczy, ratujący wyniki sprzedaży kryminałkami, Szwedowi zawdzięczają naprawdę wiele.

Mimo wszystko nie można stwierdzić, że Mankell całkiem samotnie przedefiniował współczesny kryminał i nadał mu aktualnie najmodniejszą formę. On sam powoływał się na twórczość spółki autorskiej Per Wahlöö i Maj Sjöwall, którzy na przełomie lat 60. i 70. opublikowali cykl książek o Martinie Becku, oficerze sztokholmskiej policji. Były one mocno lewicowe w wydźwięku, nie dziwi więc, że niektóre powieści zostały dość szybko wydane w PRL w słynnej serii z Jamnikiem i można je dziś kupić u bukinistów za parę groszy. Wyjściowe schematy kryminalne zostały zapożyczone z klasycznej powieści noir w wydaniu amerykańskim, a głównego śledczego “uczłowieczył” już np. niezmordowany Simenon w postaci Maigreta, ale to Mankell umiejętnie wplótł wątki społeczne i aktualne tematy wielkiej polityki w kryminalną fabułę. Czasem aż nazbyt skutecznie, o czym w następnym akapicie.

Bo też jakich światowych problemów nie rozwiązywał skromny policjant z Ylstad! Rozpad Związku Radzieckiego, koniec apartheidu, handel ludźmi, samowola światowych koncernów – gdyby nie upór prowincjonalnego gliny z nadwagą, trudnymi relacjami z córką oraz kłopotami sercowymi (kalka kalkakalka, ale najbardziej lubimy, to co dobrze znamy) świat byłby bezsprzecznie gorszym miejscem. W tym miejscu muszę w końcu wyznać: bardzo lubię powieści Mankella, ale tak do 3/4 każdej książki. Potem nagromadzenie szczęśliwych trafów i ostateczna interwencja Wallandera w dosłownie OSTATNIM MOMENCIE irytują, a w gorszych momentach – tak, to o tobie piszę “Zaporo” – śmieszą, co cudownie spastiszował Michaśka Literatka (czyli Michał Witkowski) w niedocenianym Drwalu, kiedy jeszcze zdarzało mu się bywać w literackiej, nie tylko celebryckiej, formie.

Håkan Nesser, ledwie o dwa lata młodszy od Mankella, zupełnie inaczej podszedł do tematu. Jego bohater Van Veeteren też jest gliniarzem z niewielkiego miasta; w kolejnych książkach osiąga coraz bardzie zaawansowany wiek średni, jego rodzina dawno się rozpadła, jednak tonacja i nawet punkt wyjściowy są zupełnie inne. Przede wszystkich powieści Nessera nie dzieją się w “prawdziwym świecie”, choć paradoksalnie szczegóły codziennej pracy policji i tła, często obskurnego, są jeszcze bardziej dopracowane. Po prostu, choć kryminały te są jak najbardziej współczesne i historia Europy się w nich co rusz odbija, kraj w jakich się rozgrywa ich akcja… pozostaje nieokreślony. Najmocniej przypomina Niderlandy, ale bohaterowie książek, policjanci, ofiary, mordercy i świadkowie, mają nazwiska zapożyczone z całej Europy. Tak jakby historia w pewnym momencie skręciła w boczną ścieżkę i poszła minimalnie innym torem.

To jedna z przyczyn tego, że cykl o (emerytowanym) komisarzu policji Van Veeterenie budzi skrajne opinie. Jedni się zachwycają, inni kręcą głową. Mi bliżej do pierwszej opinii, ale muszę przyznać, że styl i sposób prowadzenia narracji potrafią być nużące. Nesser jest chyba tak ogólnie lepszym pisarzem niż Mankell – także, a może przede wszystkim w “normalnych” książkach spoza cykli – i zdarza mu się eksperymentować. A to z formą, a to z bohaterami i ich spojrzeniem na dochodzenie. Nie układają się jego powieści w jedną całość; każda, zachowując ciężkawą atmosferę, charakteryzuje się pewną autonomią, odrębnością. Może to być atutem, ale nie dla każdego. I w sumie się nie dziwię. Pokochasz albo znienawidzisz. 

Hallgrimur Helgason w swojej powieści o ekscytującym tytule i jednak trochę gorszej treści: Poradnik domowy kilera. Jak przestać sprzątać ludzi i wziąć się za zmywanie złośliwe podsumował, że “Islandia to kraj w którym dochodzi do jednego morderstwa rocznie, czasem i to nie, a autorami kryminałów obrodziło jak podczas klęski urodzaju” (cytuję z pamięci) i następnie wymienił kilkunastu kolegów po fachu, jednak co ja mogę, że jednego bardzo lubię i cenię? Arnaldur Indriðason – tak się pan nazywa i w moim odczuciu jest obecnie najlepszym autorem “północnych” kryminałów.

Doszło tu bodaj do sprzężenia zwrotnego, bo jego książki wiele czerpią ze stylistyki Mankella, ale w późniejszych latach to Szwed zdaje się zapożyczał pewne motywy u Islandczyka – jedno opowiadanie starego mistrza jest aż niepokojąco podobne do fabuły Grobowej ciszy młodszego rocznikiem twórcy. Erlendur Sveinsson – zgadliście, glina w wieku średnim, od dawna bez rodziny (jego dorosłe dzieci próbują po latach ułożyć sobie stosunki z ojcem) – metodycznie prowadzi śledztwa, które tyleż mówią o psychice zabójców, co ścigającego i pokazują, że nawet małe społeczności miewają swoje demony. 

U Indriðasona szczególną rolę odgrywa klimat, i ten dosłowny, i ten metaforyczny. Na Islandii jest jeszcze mniej światła, pogoda jeszcze bardziej niepewna niż w Skandynawii, otoczenie bardziej surowe, może dlatego Reykjavik wydaje się miastem szczególnie ponurym? A może na taki odbiór wpływa charakter Sveinssona, melancholijnego typa na pograniczu wiecznej depresji, do tego trapionego mroźną rodzinną zagadką z przeszłości? Oczywiście, jak w każdym z opisanych cykli, jedne powieści są trochę lepsze, inne trochę gorsze, ale przynajmniej w przypadku jednej z nich Islandczyk dokonał rzadkiej sztuki i de facto  “wyskoczył” ponad gatunkowe ramy. Głos, chronologicznie piąta część cyklu, jest w zasadzie pełnoprawną powieścią głównego nurtu, w której kryminalny wątek jest jedynie fabularnym pretekstem służącym do opisania… samotności?

Tytuł tego tekstu nawiązuje do jednej z pierwszych powieści Johna le Carré, pisarza który przedefiniował z kolei gatunek powieści szpiegowskiej. Ale o tym przy jakiejś innej okazji.

Adam, @naTTjuzbylo

Per Wahlöö i Maj Sjöwall, Śmiejący się policjant, przeł. Halina Thylwe, Wydawnictwo Amber 2010;

Henning Mankell, Morderca bez twarzy, przeł. Anna Marciniakówna, Wydawnictwo W.A.B. 2011;

Håkan Nesser, Karambol, przeł. Małgorzata Kłos, Wydawnictwo Czarna Owca 2014;

Arnaldur Indriðason, Głos, przeł. Jacek Godek, Wydawnictwo W.A.B. 2016.

 

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Spread the love