Książki, które mnie ukształtowały

Odkąd pamiętam, czytam. Przewinęło się w życiu tych książek mnóstwo, niektóre całkiem nieźle pamiętam, innych wcale. Są też takie, które wpłynęły na to kim dziś jestem i jak postrzegam świat. Te najbardziej ulubione i najważniejsze.

Pierwsze książki, które pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa to zbiór wierszy Brzechwy i Kubuś Puchatek z ilustracjami tymi najprostszymi i najpiękniejszymi. Czytano mi dużo, bo w bliższej i dalszej rodzinie książek nie brakowało nigdy, a ja podobno z jakimś egzemplarzem pod pachą stale szukałam ofiary. Wszyscy zgodnie przy okazji pokazywali mi literki, z nadzieją że załapię o co chodzi w ich składaniu. Największy problem stanowiło przekonanie mnie, że składać te litery należy od właściwej strony, uparcie trwałam przy odwrotnej. To było zanim skończyłam cztery lata. Potem czytałam już sama i rodzina odetchnęła z ulgą. Do tego stopnia, że nikomu nie przeszkadzał dobór lektur. Znam to uczucie, gdy siedzi się z głową pod kołdrą i przyświeca latarką („jeszcze kilka stron i idę spać”). Wiem jak to jest kiedy mówią: „zostaw wreszcie te książki i idź się pobaw jak normalne dziecko”. Dzięki temu rozumiem własne potomstwo.

Większość ważnych książek w moim życiu przytrafiła się od kogoś. Sama nie wiem dzisiaj, czy stały się ważne dlatego, że pochodziły od tych konkretnych osób czy raczej te konkretne osoby zyskiwały w moich oczach dzięki temu, że nas z daną pozycją poznały…

Dziadkowi zawdzięczam przede wszystkim Makuszyńskiego (w wieku cielęcym), a później Agatę Christie. W tym pierwszym przypadku najczęściej wracam (do dziś!) do mniej znanego Listu z tamtego świata – powieści o dwóch braciach-artystach, malarzu i muzyku, którzy klepiąc biedę, jak to u Makuszyńskiego – serca mieli złote i otwarte na cudze nieszczęścia.

Dziadek był plastykiem, a jego poległy w czasie wojny brat – muzykiem. Zawsze o nich myślę przy tej lekturze. Podobnie jak bohaterowie utworu mieszkali razem, przez kilka lat tułając się od jednego wynajmowanego mieszkania do innego. Dostałam od Dziadka mnóstwo książek, ale to z tą są związane najcieplejsze wspomnienia. Nieco później trafiłam na Awantury arabskieDziewięć kochanek kawalera Dorna.

Książki Makuszyńskiego nauczyły mnie, że drugi człowiek jest ważny. Kimkolwiek jest.

Podobnie jak Będziesz moją siostrą Haliny Filipczuk.

I zwierzęta… Jan Grabowski, nasz rodzimy autor, który pięknie snuł te opowieści. Choćby Puc, Bursztyn i goście (od mamy) – najbardziej ulubiona z ulubionych w tamtych czasach. Marian Orłoń i Mój kochany pan pies, książka niosąca przesłanie, że nie warto iść za głosem „wszystkich” za to warto mieć własne zdanie i go bronić. Oczywiście, nie może zabraknąć Doktora Dolittle Hugh Loftinga i Księgi dżungli Rudyarda Kiplinga.  Potem, już w wieku dorosłym obecnie mąż, a wtedy narzeczony przedstawił mi Regułę przetrwaniaGniazdo rodzinne Vitusa Dröschera. Niezwykle ciekawa, a jednocześnie naukowa narracja o zachowaniach zwierząt. Pierwsza – sztuczki, by przeżyć. Druga – o wychowaniu młodych, opiece nad nimi – wśród rozmaitych gatunków.

Dzięki temu wiem na pewno, że zwierzęta mają własne uczucia, przejawiają inteligentne zachowania i jest w nich więcej niż ludziom się wydaje.

Zanim skończyłam 10 lat odkryłam gdzieś na półce Gelsomino w Krainie Klamczuchów Gianni Rodari. Myślę, że to ta właśnie pozycja, do której wracałam wielokrotnie w kolejnych latach –  i która, w miarę jak dorastałam, przemawiała do mnie za każdym razem pełniej – nauczyła mnie dystansu i nieufności do polityków.

Od taty dostałam Trzech Muszkieterów.  Pokazali mi wagę tych niezwykłych zjawisk, jakimi są przyjaźń  odwaga. I jeszcze czegoś o brawurze ;) I… dewizy „no risk, no fun” – choć wprost o tym w książce mowy nie ma.

Jedna z ciotek podarowała mi Tabliczkę marzenia Haliny Snopkiewicz. Opowieść o kilkunastoletniej Ludce, przeżywającej pierwsze zauroczenie i jednocześnie nagle dopuszczonej do tajemnic dorosłego życia. Podobnie jak Słoneczniki, gdzieś tam w tle nastoletnich bohaterek rozgrywa się codzienność wczesno- i późno- powojennego świata. Te i inne lektury zbiegły się z czasem, gdy obraz świata układał mi się w głowie – ten szerszy obraz, na którym oprócz rodziny widać elementy mające wpływ na jej losy. Czyli znów – polityka. Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby nasze życie dzisiaj gdyby rodzice nie tracili czasu w kolejkach? Jak bardzo zależy życie zwykłego człowieka od cudzych ambicji i gierek? Co my – jako my – w ogóle mamy do powiedzenia na tym świecie?

Wujek poznał mnie z twórczością Lema – zaczęło się od Cyberiady, a dalej odkrywałam już sama. Wracam do nich wciąż. Wzbogacają wyobraźnię. Pozwalają wciąż od nowa wprowadzać się w stan zadziwienia. Inny wujek, wielbiciel literatury marynistycznej – Znaczy Kapitana Borchardta. Nauczył buntu, że nie urodziłam się chłopcem – z tamtego czasu pamiętam rozczarowanie gdy kuzyni obśmiali pomysł, że będę kiedyś kapitanem wielkiego statku. I uczucie, że to niesprawiedliwe, że się ze mnie śmieją. Pamiętam też reprymendę za podbite oko jednego z nich…

Osobny rozdział w czytelnictwie to kryminały. Wspomniana już Agata Christie i najlepsza z najlepszych panna Marple – pierwsze było Morderstwo odbędzie się. Angielska część rodziny dopingując do nauki języka przywoziła rozmaite czasopisma i książki, dzięki czemu bardzo szybko odkryłam przyjemność czytania w oryginale. Zaczęłam właśnie od Agaty. Oprócz przyjemności rozwiązywania zagadek i odkrywania tej cudnie oddanej atmosfery małych angielskich miejscowości nabrałam nadziei, że każdy, bez względu kim jest, może mieć niezwykły umysł. Więc może ja również?

Druga z ciotek któregoś dnia podrzuciła Wielkie zasługi Joanny Chmielewskiej. Spodobało mi się. Lektura lekka, zabawna, w sam raz gdy człowiek nie ma siły myśleć i szuka relaksu. Dlatego wciąż lubię sięgać po jej książki kiedy mam „doła”. Nauczyłam się od niej dystansu do siebie.

Tekst ma tytuł: „Książki, które mnie ukształtowały”. Dlatego sporo miejsca poświęciłam literaturze z czasów dzieciństwa i dorastania, nie ma w nim natomiast lektur wieku dojrzałego.

Ale zdradzę Wam jedną tajemnicę: kiedy wchodziłam w dorosłość, pojawił się pewien człowiek, który przyniósł mi Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa. Oczywiście, zakochałam się natychmiast. Jest moim mężem do dziś, co tylko świadczy o tym, że warto w życiu kierować się literaturą. Natomiast książka ta towarzyszy mi od tamtego czasu zawsze w ważnych życiowych chwilach. Mogę śmiało powiedzieć, że jeśli istnieje coś takiego jak książka naszego życia, to jest nią dla mnie właśnie ta.

Wiele lat później dzieci podsunęły mi Pratchetta i tu zaczęła się kolejna epoka. Ale to już zupełnie inna historia i może opowiem ją innym razem…

Agnieszka Kaniecka, @sluzbacywilnainfo

5 (100%) 1 vote