Książki najważniejsze

Napisanie o dziesięciu najważniejszych książkach miało być proste i przyjemne. Wolne żarty – wcale nie jest łatwo pisać o lekturach tak intymnych, tak bardzo związanych z emocjami, ludźmi, określonym czasem. Nie jest też wcale tak łatwo wybrać. Tym bardziej że książki towarzyszą mi i prywatnie, i zawodowo. Do rzeczy więc.

1. Hugh Lofting, Doktor Dolittle i jego zwierzęta

Szczerze mówiąc, zupełnie nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy nauczyłam się czytać i jaka była pierwsza samodzielnie przeczytana przeze mnie książka. Pamiętam za to cowieczorny rytuał: ja w łóżku, tata na fotelu z książką i głośne czytanie. Oprócz książeczek z serii Poczytaj mi mamo, w pamięci szczególnie utkwiły mi tomy przygód doktora Dolittle i jego zwierząt. Nie mogłam się doczekać wieczoru, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie z dwugłowcem, jakie się potoczą przygody cyrkowe, i co z Jaskółczą Pocztą. I chyba mogę śmiało stwierdzić, że to właśnie to wieczorne czytanie i powieści Hugha Loftinga rozpaliły we mnie ogromną miłość do książek, która w zasadzie nieprzerwanie trwa do dziś.

2. Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn

A jak już zaczęłam czytać sama, to w końcu mogłam się dorwać do tej, wtedy dla mnie, grubaśnej książki z dziećmi latającymi na miotłach na okładce. Kiedyś brat cioteczny przeczytał mi z niej o niejakim Ollem, którego bardzo bolał ząb, ale bał się pójść go wyrwać. Od tamtej pory chciałam poznać ją całą. Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren to była miłość od pierwszej lektury. Nie wiem, ile razy czytałam tę cudowną książkę, ale za każdym razem cieszyłam się nią tak samo. Nadal się nią cieszę, bo to jedna z moich „comfort read”, zawsze poprawia mi humor.

3. Lucy Maund Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza i kolejne tomy cyklu

Kolejną ważną książką, po wielokroć czytaną, a w zasadzie całą serią, jest historia Ani Shirley autorstwa Lucy Maund Montgomery. Anię podsunęła mi, gdy miałam jakieś 12 lat, mama, która ją uwielbiała, i to uwielbienie przeszło na mnie. Zachwyciłam się dziewczynką o ogromnej wyobraźni, szukającej w życiu piękna i miłości. Mogłam książki o niej czytać i czytać w nieskończoność. Przez lata szkolne miałam swój rytuał – jak tylko zaczynały się wakacje, ja zabierałam się za Anię. Pochłaniałam każdy kolejny tom łapczywie, jakbym czytała pierwszy raz, dobrze wiedząc, jakie przyjemności będą mnie czekać z każdą kolejną stroną. Teraz wakacje trwają dużo krócej, innych lektur nie brakuje, ale zawsze w ciągu roku znajduję czas, żeby po którąś część przygód mojej imienniczki sięgnąć z wielką przyjemnością.

4. Tomasz Mann, Czarodziejska góra

Literatura niemiecka nie jest mi zbyt bliska, ale to właśnie Czarodziejska góra Tomasza Manna od pierwszego sięgnięcia po nią, od pierwszych stron stała się jedną z moich najukochańszych książek, książek najważniejszych. Nie czytam jej, niestety, co roku, ale za każdym razem lektura Czarodziejskiej góry jest dla mnie pasjonująca, urzekająca, za każdym razem zachwyca i to coraz bardziej. Ciężko w kilku zdaniach napisać o takim dziele, o tym, co w nim kocham (nie boję się tu tego słowa), bo każda jej warstwa, każdy wymiar są dla mnie szalenie fascynujące. Począwszy od samego miejsca akcji – sanatorium w Davos – mikroświata rządzącego się swoimi prawami i rytuałami (nie jestem wstanie ogarnąć tego, jak bardzo za każdym razem zachwycają mnie opisy zwyczajów panujących w Davos, że tak uwielbiam z pozoru prozaiczny opis czynności, jak specyficzne owijanie się w koc podczas leżakowania, którego Joachim uczy Hansa Castorpa), poprzez rozwój postaci Castorpa, jego uczucia do Kławdii, na filozoficznych rozważaniach skończywszy. Nie napiszę tu nic odkrywczego, mogę się tylko przyznać do bezkrytycznego zachwytu tą powieścią, która dla mnie od pierwszej lektury stała się ideałem, poprzewracała w tym, czego wcześniej szukałam w książkach.

5. Gabriela Garcii Marquez, Sto lat samotności

Kolejna książka, którą kocham i o której ciężko napisać w kilku zdaniach, a która również jest arcydziełem, to Sto lat samotności Gabriela Garcii Marqueza. Jedne z najlepszych pierwszych i ostatnich zdań w literaturze pochodzą właśnie z tej powieści. Książka zachwyciła mnie treścią, ale też językiem, rytmem, tym cudownym rodzajem narracji do tego stopnia, że wiedziałam, że muszę o niej pisać w pracy magisterskiej. Na szczęście promotorka była za. Sposób opisu rzeczywistości poprzez odwołanie się do subiektywnego odbioru świata, do kultury, geografii, wymieszanie tego, co realne, z magicznością, ale bez poczucia fałszu – byłam oszołomiona. Nie przeszkadzały mi mnogość bohaterów, ich powtarzające się w pokoleniach imiona. To jedna z tych książek, które odbieram bardzo emocjonalnie, której piękno i smutek aż boli, wiem, że może to brzmieć dość słabo, ale jest za każdym razem gdy wracam do historii plemienia, które nie mogło dostać swojej drugiej szansy na ziem.

6. Judy Budnitz, Gdybym Ci kiedyś powiedziała

Najpierw była okładka. Zwróciła moją uwagę od razu, gdy tylko rzuciłam okiem na półkę w księgarni. A gdy w opisie przeczytałam, że to powieść pełna realizmu magicznego, nie wahałam się ani chwili. Zaczęłam czytać niemal od razu, zapominając o stosie lektur na studia, i czytałam dopóki nie skończyłam. Gdybym Ci kiedyś powiedziała Judy Budnitz to książka, która mnie opętała. To powieść pełna niezwykłych historii, opis losu czterech pokoleń kobiet, wypełniona magią, oniryzmem, siłą przyrody, uczuć, tego jak bardzo można kochać i do czego miłość może doprowadzić. Czytałam ją z wypiekami na twarzy, dłonie mi się trzęsły, a po policzkach płynęły łzy i wcale nie przesadzam. Później przez długi czas nie przeżyłam tak żadnej książki, nie sądziłam też, że mogę, przy całej mojej nadwrażliwości, odbierać lekturę tak intensywnie. To ta książką, którą polecam każdemu i wciąż się dziwię, że tak mało czytających znajomych o niej słyszało.

7. Jerzy Pilch, Moje pierwsze samobójstwo i dziewięć innych opowieści

Należę do tej części, która pisanie Jerzego Pilcha kocha, choć miłością nie zawsze łatwą i niebezkrytyczną, czasami jeden raz nie wystarczał. A zaczęło się od Mojego pierwszego samobójstwa i dziewięciu innych opowieści, książki, która poskutkowała nie tylko wielkim, niekończącym się uczuciem do Pilchowej frazy, ale też pojawieniem się w moim życiu jednego z najlepszych ludzi. To od pogaduch na temat Mojego pierwszego…, a później i kolejnych tekstów Pilcha zaczęła się przyjaźń, jakiej do tamtej pory nie doświadczyłam. Najdłuższe rozmowy i dyskusje o kulturze, o literaturze i nie tylko, wcześniej nawet nie sądziłam, że aż tak można. Jeden z najlepszych zniknął, nie ma już dyskusji do trzeciej nad ranem, ale wszystko najważniejsze, co mi dał, zostało, tak jak zachwyt nad Pilchem. I jeśli jakiś etap mojego życia tak bardzo zależał od książek, to właśnie tamten, i chyba żadna inna książką nie wpłynęła na mnie pozaliteracko tak bardzo, dlatego Moje pierwsze… zawsze będzie jedną z tych najbardziej kochanych (nawet jeśli inne książki Pilcha literacko cenię bardziej), najważniejszych, bo bez niej, choć nawet dla mnie brzmi to wydumanie, byłabym teraz zupełnie inna.

8. Mircei Cărtărescu, Travesti

A skoro Pilch, skoro przyjaźń i dyskusje z jednym z najlepszych, to nie może tu zabraknąć Travesti Mircei Cărtărescu – najbardziej popodkreślanej, najbardziej przedyskutowanej książki. To, co tam się działo w treści, ale przede wszystkim w języku, o mój Boże! To czyste szaleństwo, nie pamiętam, jaka inna książka mnie tak przeorała. Opowieść Wiktora – dojrzewającego chłopca, trudy i męki buzujących hormonów, wszelkie okropności tego czasu – przeplatająca się z surrealistycznymi, oblepiającymi wizjami Wiktora-pisarza, to gorzka, ironiczna opowieść o szukaniu własnej tożsamości, o szaleńczemu oddaniu się sztuce, rezygnacji w jej imię z życia. To też powieść bardzo cielesna, erotycznie brudna. To wciąż fascynujący koszmar, z którego nie można się wybudzić. Jeśliście nie czytali jeszcze, to koniecznie polecam do nadrobienia.

9. Terry Pratchett, Wyprawa czarownic i inne książki z cyklu Świat Dysku

W liceum książki kupowałam bardzo rzadko, co wiązało się po pierwsze ze skromnymi funduszami, po drugie, to był taki czas, że bardziej niż książki interesowały mnie ciężkie brzmienia i chłopcy w glanach. Dlatego bardzo dobrze pamiętam książki, które wtedy kupowałam. Wśród nich była, wybrana zupełnie przypadkiem, bo akurat byłam trochę wkręcona w fantastykę, Wyprawa czarownic Terry’ego Pratchetta. Książkę pochłonęłam błyskawicznie, w bibliotece zaczęłam szukać kolejnych książek z serii i przepadłam. Świat Dysku fascynuje mnie do tej pory, wracam do ukochanych tytułów, mam jeszcze trochę nieprzeczytanych, bo boję się kończyć. Pratchett zachwycił mnie oczywiście tym, jak idealnie, w ironiczny sposób w wykreowanym przez siebie świecie odzwierciedlił naszą rzeczywistość i ludzkość z jej wszelkimi przywarami, słabostkami, wadami, ale i dobrymi cechami. Uwielbiam też zabawę gatunkami, odwołania do klasyki literatury i do popkultury. Wyprawa czarownic jest szczególnie dla mnie ważna, bo to mój pierwszy Pratchett, ale nie jestem w stanie wskazać jednej ulubionej książki z serii ani też ulubionej postaci. I po co w sumie, skoro mogę się cieszyć całym Światem Dysku.

A co z numerem 10?

I z tą 10. mam największy problem, kłopot wielki, bo tak naprawdę książek ważnych mam w życiu oczywiście więcej niż 10. Wyłamię się więc trochę i napiszę tu o kilku. Bo przecież nie mogę tu nie wspomnieć o przecudnych Zmorach Emila Zegadłowicza, których lektura była dla mnie ogromną przyjemnością i zachwytem. Podobnie jak Nienasycenie Witkacego czy Zasypie wszystko, zawieje… Włodzimierza Odojewskiego. Nie mogę zapomnieć o Widmokręgu Wojciecha Kuczoka, który przywrócił mnie polskiej literaturze współczesnej, gdy bardzo się od niej oddaliłam, a co za tym idzie, o książkach Wiesława Myśliwskiego, Jacka Dehnela, Olgi Tokarczuk, Madame Anotniego Libery… A przecież jest i klasyka, i ukochana Lalka Bolesława Prusa, jest Emil Zola z Germinalem. Są kryminały Marthy Grimes, jest cała seria o Harrym Potterze. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać tytuły, które wywarły ogromny wpływ na moje czytanie i na mnie, a i tak pewnie pominęłabym wiele. Bo przecież jeszcze fantastyka – Tolkien, Sapkowski, Aaronovitch, bo reportaże, bo poezja… Bo Musierowicz z Idą sierpniową trafiła o mnie w idealnym momencie. Zakończę więc, zanim zacznę wypisywać wszelkie tytuły, które chodzą mi po głowie, bo tekst nie będzie miał końca. A jeśli ktoś chce mnie poznać choć trochę, ta lista co nieco o mnie opowie.

Anka, @cafelitteraire1