Noce i dnie

– Urządzam jutro wieczorek literacki. Na dobry początek majówki. – Usłyszałem w słuchawce telefonu znajomy głos – Mogę wpaść tak koło szóstej?

Jęknąłem cichutko. To był ciężki tydzień i najchętniej bym w ten długi weekend odpoczął. Spał do południa albo jeszcze dłużej, oglądał telewizję, a na obiad wyskoczył do miłej restauracji wegańskiej tuż za rogiem. Ale jak można odmówić takiej propozycji?

– Literatura rosyjska? – Odważyłem się jedynie zapytać.

– Irlandzka i szkocka – Zaśmiał się jakoś złośliwie albo tylko tak mi się wydawało – Ale rozumiesz, żadnego z tych nowomodnych amerykańskich wynalazków nie bierzemy. Tylko stary kontynent. A, nie załatwiaj niczego. Przyniesiemy. Może jakieś żarcie tylko. I na popicie.

Tej nocy śniły mi się koszmary. Szkockie torfowiska i rezydencje anglo-protestanckiej arystokracji pod Dublinem. Mel Gibson w spódnicy w biało-czerwoną kratownicę, Éamon de Valera z wielką brodą i w oliwkowym mundurze, na czele rewolucji kubańskiej. “Irlanda or muerte!” – dudniło echo w czaszce. Obudziłem się bardziej zmęczony niż poszedłem spać. Jak to wszystko potrwa trochę dłużej, to będę musiał iść do Noce i lekarza. Po jakieś wsparcie farmakologiczne. Głowa nie wytrzymuje takiego przerobu.

W koszyku upchałem jednorazowego grilla, moją ulubioną pepsi cytrynową z promocji, trzy opakowania śląskiej i jakieś sałatki z terminem ważności do jutra. Musi starczyć. Aż tak nie cenię literatury irlandzkiej, a już na pewno szkockiej, by się wykosztowywać. Zastanawiałem się nad fetą i takim ichnim ciastem, przecenione, a całkiem dobre, ale literaturę bałkańską przerabialiśmy dwa tygodnie wcześniej. Wziąłem kartofle więc. Lepiej nie mieszać kulturalnych porządków. I smaków.

Grill się rozpalił. Rozstawiałem plastykowe krzesełka wokół niego. Raz, dwa trzy, cztery, pięć. Jak przyjdzie ktoś jeszcze, to będzie musiał usiąść na ojcowskiej ławie albo na kocyku. W nocy przeniesiemy się pewnie na werandę

Pojawili się pierwsi goście. Filip z daleka wymachiwał cenioną literaturą szkocką, muszę przyznać – była to niezła sztuka z XIX wieku. Inni też coś mieli w torbach, uśmiechali się jakoś tak tajemniczo, najwyraźniej szczęśliwi, że znowu mogą mnie widzieć. Dziwne. Chore. Podejrzane. Ich sprawa. Osobiście wolałbym nie. Ale to już Ameryka, nie miałem nic do gadania.

Rozsiedliśmy się wokół grilla, śląskie się powoli wytapiały. Zmrożona pepsi – z cytryną, przypominam – szroniła się w literatkach. Wieczorek, tradycyjnie, rozpoczął kolega Filip:

– Miło mi wszystkich widzieć ponownie. W poprzednim tygodniu mieliśmy ciężką noc i potem dzień – Zawiesił głos, czekając na owację, nikt inny się jednak nawet nie uśmiechnął; Maria Dąbrowska to literatura jednak nie dla fajnopolaków, bardziej dla ludu pracującego, a nie małomiejskich elit naszej społeczności – to dziś przejdziemy do tematów lżejszych. Kolega Krystian objaśni tajniki stylu Johna Banville’a, a kolega Adaś opowie, dlaczego wyżej od Jamesa Joyce’a ceni Flanna O’Briena. Wieczór zakończymy ekranizacją Trainspotting, oczywiście jeśli Marcin przyniósł vhsa z wypożyczalni, jak obiecał. Ach, gdzież to się podziewa Ryszard  drugi tego imienia? Królestwo za kota!

Jak na zawołanie, pod krzakami za furtką, zabłysły ślepia i rozległ się straceńczy skowyt dopadniętej ofiary. Rysiek dostojnie podszedł do naszego towarzystwa, nowo przybyłych osmagał szopim ogonem, lubieżnie przesunął językiem po zawadiackiej mordce i ruszył na dalsze łowy. Proza życia dosłownie dopada każdego.

Adam, @naTTjuzbylo

4.3 (86.67%) 3 votes