Amerykański weekend: Nowy Jork – miasto inspirujące pisarzy

Nowy Jork to wielkie miasto, Stany Zjednoczone to wielki kraj. Ludzie znikają jak igły w stogu siana.

Czasem jest tak, że przeciętne albo i słabe książki – tak jest z Gdyby ulica Beale umiała mówić Jamesa Baldwina, powieścią w której słuszny gniew niestety przeważa nad wartością literacką – bardziej pobudzają do refleksji niż dzieła powszechnie uznawane za wybitne. Historia miłości Tish i Fonny’go, z której zaczerpnąłem motto tego tekstu, właśnie ponownie wydana w Polsce po czterdziestu latach na fali zainteresowania filmową adaptacją, porywa jedynie momentami, ale jest kolejną literacką wyprawą do Nowego Jorku. Jego ulic, metra, dzielnic, rasowej i klasowej niejednoznaczności. Do miasta wielkiej sławy i bezprzykładnych klęsk.

Nowy Jork to pewnie najważniejsze “literacko” miasto drugiej połowy XX wieku, na ile zasłużenie? Oczywiście Wielkie Jabłko to jedno z najważniejszych miast świata, moloch zjadający swoje dzieci; w wersji optymistycznej – tygiel, w którym powstaje nowa lepsza rzeczywistość, ale czy znaczenie samego miasta nie podnosi sztucznie wartości literatury o nim? Gdyby zacząć wymieniać wszystkie ważne książki nowojorskie, to albo nigdy nie skończyłbym tego tekstu albo Internet uległby samozniszczeniu. Nie czuję się więc na siłach, by podejść do tematu bardziej systemowo, przyjąć jakieś jednoznaczne kryterium, bo ja wiem, geograficzne albo tematyczne. Proszę traktować moją opowieść, tak jak na to zasługuje, czyli jako zbiór zapisków o autorach mniej lub bardziej znanych.

Jeden ze stałych nowojorskich motywów, niezależnie od roku powstania książki, to klaustrofobiczne, zaszczurzone mieszkanko wstrząsane przez przejeżdżające tuż za oknem składy metra, wynajmowane za horrendalną kasę, w którym bohaterowie tkwią latami, od dawna bez większej nadziei na zmianę. Jakoś tak zaczynają się trzy wczesne minipowieści Paula Austera, autora w Polsce wręcz kochanego, a dla mnie jednej z największych zagadek współczesnej literatury. Jakim cudem autor tak przeciętny, tak manieryczny i momentami nieznośny, mógł napisać tak sugestywne utwory jak nieświęta trójca wchodząca obecnie w skład Trylogii nowojorskiej? Ot, tajemnica, której nie zamierzam sprawdzać. Bo jeszcze się okaże, że Austera trzeba czytać koło dwudziestki, potem wywołuje głównie śmiech? 

O ile Auster jest pisarzem może aż nadmiernie fetowanym, to do dziś nie wiem jaki zamysł stał za opublikowaniem w Polsce kilkanaście lat temu 15 opowiadań nowojorskich Damona Runyona. O ile Auster czerpie z tradycji czarnego kryminału, to Runyon, dziennikarz i świadek epoki, opisuje czasy, w których się tenże kryminał rodził. Nie są to jednak pulpowe kryminałki w stylu Hammetta czy Chandlera, a humoreski. Runyon stworzył własny język półświatka, w którym nie występuje czas przeszły i pełno w nim slangowych wtrętów. Tak samo każdy z bohaterów ma jakąś niesamowitą ksywkę, typu Mały Izydor, Harry Koń czy Buki Bob. To utwory niesamowicie śmieszne i pozwalające… docenić znaczenie tłumacza. 

Kryminalnymi nawiązaniami nie gardził też w swoich fabułach E.L. Doctorow, rodem z Bronksu. Jeden z licznego grona amerykańskich pierwszorzędnych pisarzy drugorzędnych zaczynał jako twórca ocierający się o postmodernizm, chętnie przekraczający gatunkowe ramy, życie zakończył jako pomniejszy klasyk nowojorskiej literatury. Przynajmniej jedna z jego powieści, Ragtime, może zostać uznana za utwór wybitny, a co ważne dla niniejszego wywodu – jest ona zapisem życia miasta w pierwszych dwóch dekadach XX wieku. Pisarz lubił mieszać fikcję z wydarzeniami i bohaterami historycznymi, czasem nadmiernie epatował melodramatyzmem, ale w tym wypadku ta mieszanka się sprawdza niesamowicie. Ragtime to pełnowymiarowa panorama swoich czasów, ujęta na zaskakująco niewielu stronach.

O ile Doctorow to pisarz, jednak mniejszego znaczenia i może zostać całkiem niedługo zapomniany, o tyle Saul Bellow jeszcze długo będzie wymieniany w gronie najwybitniejszych pisarzy amerykańskich. Całkiem zasłużenie, choć muszę przyznać – nie zawsze jego styl, zwłaszcza w późniejszych latach nadmiernie inteligencki, mi odpowiada. Zbyt wiele w tych książkach samego autora, z jego egotyzmem i codziennymi życiowymi śmiesznostkami. Planeta pana Sammlera jest na tym tle utworem wyjątkowym, pewnie dlatego, że główny bohater – “stary polski Żyd” – automatycznie nie może mieć z Bellowem wiele wspólnego. To nadal powieść o sporych aspiracjach intelektualno-filozoficznych, w tle pojawia się Holocaust, ale przede wszystkim to opis Nowego Jorku, tworzony na żywo, końca lat 60. XX wieku. Gigantycznego miasta wstrząsanego rewolucją seksualną i działaniami na rzecz równouprawnienia rasowego (co w groteskowy sposób dotknie i pana Sammlera). Książka pełna ironii, ale i długimi fragmentami niezwykle czuła wobec swego bohatera. Perełka.

Najambitniejszą znaną mi powieścią związaną z Nowym Jorkiem są jednak Podziemia Dona DeLillo. Zaczynają, a może raczej kończą, się w 1951 roku, w czasie legendarnego meczu baseballowego i przez kilka dekad śledzimy losy ludzi z tym meczem, dokładnie z piłką którą go rozgrywano, związanych. Jest to jednak książka nadmiernie przekombinowana, której świeżość ulatnia się dość wcześnie, kiedy już zrozumiemy mechanizm narracji. Nie zmienia to faktu, że powiązane z nią chronologicznie i tematycznie nowojorskie opowiadania z tomu Anioł Esmeralda są bodaj najlepszym kawałkiem prozy Amerykanina. W innych jego powieściach Nowy Jork bywa scenerią spisków, zwłaszcza po upadku Wież tamtejsze biurowce często pojawiają się w tej roli. Tajemnej magii miasta nie zdołał się oprzeć nawet sam Thomas Pynchon, który akcję jednej ze swych późnych powieści – W sieci – umieścił w Nowym Jorku u schyłku naiwnie ufnej ery dotcomów.

Paradoksalnie historie z Nowego Jorku, mimo zawsze mocno naszkicowanego tła, z reguły mają wymiar uniwersalny. Choć to nie tak, że mogłyby się rozgrywać wszędzie, już prędzej każdy może odnaleźć w nich siebie. Czy to efekt wieloetniczności tego miasta? A może zwyczajnie jego ogromu? Próbowali się w tym mieście pomieścić przecież nie tylko amerykańscy autorzy, ale i zagraniczni w tym tak uznani jak Zadie Smith – pomińmy milczeniem efekty – czy nowa gwiazda literatury angielskojęzycznej Marlon James – patrz: znacznie bardziej wiarygodne, choć i tak słabsze od jamajskich, momenty bardzo dobrej Krótkiej historii siedmiu zabójstw – ale moją podróż zakończę autorem polskim.

Środkowy fragment Niskich Łąk Piotra Siemiona, książki niezwykle trudnej do oceny, nadmiernie chwalonej pod koniec lat 90., dziś rażącej zbytnimi uproszczeniami, choć niepozbawionej przewrotnego uroku, rozgrywa się w Nowym Jorku i jego bliskiej okolicy. I jest to jeden z najzłośliwszych opisów losu emigranta, nie tylko w literaturze polskiej, jaki znam. Nie tyle nawet ocierający się o granicę dopuszczalnego, co wyraźnie ją przekraczający. Tu ciemna strona Nowego Jorku, niekoronowanej stolicy finansowej naszego świata, ma wyjątkowo paskudny charakter. Co nie przeszkadza kolejnym falom przybyszy, z Ameryki i innych kontynentów, marzyć o odmianie losu właśnie  w tej metropolii. Dlatego też w Nowym Jorku, jak pisze narratorka Gdyby ulica Beale umiała mówić … ulice nigdy nie są puste. Także te książkowe.

Adam, @naTTjuzbylo

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi