“Frankenstein w Bagdadzie” – przeczytaj fragment

Przedstawiamy fragment powieści Ahmeda Saadawiego irackiego pisarza, poety, scenarzysty i dokumentalisty. Frankenstein w Bagdadzie powstał po inwazji Stanów Zjednoczonych na Irak. Bagdad opisany przez Saadawiego, jest miastem pełnym sprzeczności. Ludzie próbują tu żyć normalnie, zdążyć rano do pracy, zrobić zakupy na targu. Ale jest też drugie, przerażające oblicze tego miasta, w którym mieszkańcy zbierają w płótna szczątki rozrywanych przez bomby bezimiennych przechodniów. Ta książka to ostry portret geopolitycznej nieudolności, fałszywej moralności i horroru wojny.

Książka została nagrodzona Międzynarodową Arabską Nagrodą Literacką w 2014 roku, znalazła się też w finale Man Booker International Prize 2018, została przetłumaczona na ponad 30 języków. Do polskich księgarń trafiła nakładem wydawnictwa Znak Literanova 18 września w przekładzie Magdaleny Zawrotnej.

O czym opowiada Frankenstein w Bagdadzie?

Hadi, zapijaczony sprzedawca staroci, włóczy się ulicami ogarniętego wojną Bagdadu i zbiera fragmenty rozerwanych wybuchami ciał. Wieczorami mozolnie je zszywa. Gdy jego dzieło jest na ukończeniu, twór niespodziewanie znika. Wkrótce przez miasto przetacza się fala tajemniczych morderstw.

Niedowidząca staruszka Eliszeba od dwudziestu lat czeka na powrót syna, który zaginął w czasie wojny iracko-irańskiej. Gdy pewnego dnia ktoś puka do jej drzwi, kobieta bez słowa wpuszcza do domu mężczyznę ze zmasakrowaną twarzą, sądząc, że to jej ukochany Daniel. Zło – raz zaproszone do świata ludzi – zaczyna się w nim panoszyć i zbierać upiorne żniwo…

Frankenstein w Bagdadzie to powieść makabryczna, groteskowa i przesiąknięta czarnym humorem. To także ponadczasowe studium wojny i zła, które nigdy nie zasypia.

Przeczytaj fragment powieści Frankenstein w Bagdadzie

Żeby uczynić swoje opowiadanie ciekawszym, Hadi zawsze dodawał kilka realistycznych szczegółów. Pamiętał je dokładnie i przytaczał za każdym razem, gdy opowiadał historię, która mu się przydarzyła. Siedział w kawiarni Aziza Egipcjanina, na kanapie w rogu tuż przy witrynie, głaszcząc wąsy i długą, rozdwojoną na końcu brodę. Uderzał głośno łyżeczką zanurzoną po samo dno w filiżance herbaty. Wypił dwa łyki, nim na nowo zaczął snuć swoją opowieść. Tym razem na cześć kilku nowych gości, których zwabił Aziz, by i oni posłuchali kłamstewek Hadiego, sprzedawcy staroci.

Gośćmi byli: wychudzona niemiecka dziennikarka o wąskich ustach i blond włosach, w grubych okularach korekcyjnych na szpiczastym nosie, która siedziała na sąsiedniej kanapie w towarzystwie swojego młodego irackiego tłumacza i palestyńskiego fotografa, oraz młody dziennikarz o smagłej twarzy – Mahmud Sawadi z miasta Amara na południu Iraku mieszkający obecnie w hotelu Uruba u Abu Anmara. Niemiecka dziennikarka przygotowywała film dokumentalny o pracy irackich dziennikarzy w Bagdadzie i dlatego towarzyszyła Mahmudowi przez cały dzień. Filmowała go, gdy kręcił się po ulicach, zbierając materiał, a on komentował wydarzenia i trudności, jakie napotykał. Nie była przygotowana na słuchanie długiej i skomplikowanej historii opowiadanej przez śmierdzącego alkoholem zbieracza staroci z wytrzeszczem oczu, w znoszonym ubraniu upstrzonym dziurami po papierosach. Tym bardziej że już samo spacerowanie po ulicach Bagdadu przy jej przyciągającej spojrzenia aparycji było raczej ryzykowne. Dlatego nie włączyła nawet kamery, poprzestała na słuchaniu i popijaniu herbaty. Odwracała się przy tym co jakiś czas w stronę tłumacza, który szczegółowo objaśniał jej opowieści Hadiego.

Nie wytrzymała do końca. Dzień był ciepły, wiosenny, wolała więc spędzić resztę wieczoru, oddychając czystym powietrzem na zewnątrz kawiarni. Poza tym musiała wrócić do biura prasowego w hotelu Sheraton i skopiować taśmy, które tego dnia nagrała z Mahmudem Sawadim. Gdy wychodzili, powiedziała Sawadiemu przed pożegnaniem:

– On opowiada film… Zapożyczył swoją opowieść ze słynnego filmu z Robertem De Niro.

– Tak, wygląda na to, że ogląda dużo filmów. To znana postać w okolicy.

– To może powinien jechać do Hollywood?

Powiedziała to, śmiejąc się, a potem wsiadła do białego protona swojego tłumacza.

***

– Dokąd doszliśmy? – krzyknął Hadi po szybkiej wizycie w pobliskiej toalecie.

Nadeszła leniwa odpowiedź Mahmuda:

– Do wielkiego nosa zapakowanego w płócienny worek.

– Aha, nos…

Idąc w stronę kanapy stojącej tuż przy witrynie kawiarni, Hadi zapiął rozporek, po czym usiadł, by wznowić opowieść. Zawiódł jednak nadzieje Mahmuda, który liczył na jakieś potknięcie. Przed przerwą na sikanie opowiadał o tym, że deszcz ustał, więc wyszedł ze swojego pokoju z płóciennym workiem i skierował się w stronę podwórka. Spojrzał w niebo i zauważył, że chmury rozstępują się jak białe bawełniane kłębki, jakby wylały z siebie naraz cały deszcz i zbierały się do odejścia. Kilka staroci i drewnianych szaf utonęło w deszczówce, co oznaczało, że nie będą się już do niczego nadawać, ale nie myślał o nich wtedy. Wszedł do drewnianej komórki, którą sobie zbudował z resztek mebli, metalowych prętów i frontów szaf, wspartej z jednej strony o samotnie stojącą ścianę. Kucnął w rogu. Wnętrze komórki w całości zajmowały ogromne nagie zwłoki mężczyzny. Z różnych miejsc poranionego ciała wyciekała lepka substancja o jasnym kolorze; krwi było tylko trochę – zakrzepłe plamy widniały na ramionach i łydkach, zaś wokół barków i szyi widać było niebieskie siniaki i zadrapania. Kolor zwłok był niejednolity i właściwie nie do określenia. Hadi podszedł bliżej, usadowił się w pobliżu głowy. Nie było nosa. Miejsce po nim, całkowicie zniekształcone, wyglądało, jakby wygryzło je dzikie zwierzę. Hadi rozwinął kilkakrotnie złożone płócienne zawiniątko, następnie wyjął z niego rzecz, której szukał długo przez ostatnie dni, a mimo to teraz nie miał odwagi na nią spojrzeć. Wyjął świeży nos, wciąż oblepiony krwią. Następnie drżącą ręką umieścił go w czarnym zagłębieniu twarzy martwego. Pasował jak ulał, jakby już przedtem należał do tego ciała i teraz do niego powrócił.

Hadi cofnął rękę i wytarł palce o ubranie. Spojrzał na skończone dzieło z pewnym niezadowoleniem. Niemniej tutaj misja się kończyła. Chwila – jeszcze nie całkiem. Musiał przecież przyszyć nos, żeby nie odpadł.

Zwłokom brakowało tylko nosa. Tak więc kończy się jego paskudna, dziwna misja, której podjął się sam, bez niczyjej pomocy. Praca, której nie sposób usprawiedliwić ani zrozumieć, pomimo wszystkich argumentów, jakie wytoczył przed słuchającymi.

– Chciałem je przekazać do Wydziału Medycyny Sądowej. Przecież to ciało ludzkie, które oni pozostawili na ulicy, potraktowali jak śmieć. Ludzie! Przecież to jest osoba. Człowiek, na Boga!

– To nie było ciało ludzkie, ty uczyniłeś je ciałem.

– Uczyniłem je ciałem, żeby nie zmieniło się w śmieci. Żeby było szanowane, jak inni zmarli, żeby zostało pochowane. O ludzie!

– I co się stało później?

– Komu? Mnie czy temu… Jak-mu-tam?

– Wam obydwu.

***

Podniósł się z miejsca, po intensywnym blasku słońca poznał, że było blisko południa. Obmył twarz wodą z kranu znajdującego się niedaleko toalety. Gdy poruszał kończynami, czuł silny ból poranionej twarzy i wszystkich kości. Odwrócił wzrok i dostrzegł, co wydarzyło się na podwórku, kiedy go nie było. Wczorajsza burza porozrzucała wszystko: niektóre szafy przewróciły się na plecy, a kawałki drewnianej szopy leżały rozsiane wokół. Nie wiadomo, gdzie podział się dach. Gdy Hadi zbliżył się trochę, odkrył, że brakowało także innych elementów. Na przykład zniknęły zwłoki.

Rozkładające się ciało ludzkie, które wczoraj udało mu się skompletować. Przecież nie rozpłynęło się w powietrzu ot tak, burza też go nie porwała. Wywrócił wszystko do góry nogami. Zaczął nawet wątpić w swoją pamięć, wszedł więc do pokoju i tam też szukał. Potem przeczesał dom na nowo, a jego serce biło coraz szybciej. Ignorował ból odzywający się w kościach. Teraz był już przerażony. Gdzie, do diabła, podziały się zwłoki? Zatrzymał się na środku podwórka, przestraszony i wstrząśnięty, spojrzał na czyste, niebieskie niebo, potem na wysokie ściany sąsiednich domów, następnie na pozostałość niskiego zadaszenia po zwalonym pokoju w domu Umm Daniel. Łysiejący, stary kot gapił się stamtąd na niego, jakby obserwował poczynania sprzedawcy staroci. Zamiauczał gardłowo. Coś mu w ten sposób powiedział, a następnie odwrócił się i zniknął za zawaloną ścianą.

– I co?

– I tyle. Koniec.

– Jak to tyle? Co się stało z ciałem, Hadi?

– Nie mam pojęcia.

– Paskudna historia, opowiedz inną.

– Nie wierzycie, wasza sprawa. Dobra, na mnie pora. Herbaty na wasz koszt.

Ahmed Saadawi, Frankenstein w Bagdadzie, przeł. Magdalena Zawrotna, wyd. Znak Literanova, 2019.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.