Paweł Sołtys, “Mikrotyki” – fragment książki

Dzięki uprzejmości wydawcy książki prezentujemy naszym czytelnikom fragment książki Pawła Sołtysa Mikrotyki. Część z was może kojarzyć Pawła Sołtysa jako Pablopavo. Zbiór opowiadań został nominowany do Paszportów Polityki, otrzymał również Nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej – został wybrany książką grudnia 2017 roku.

Książkę możecie zdobyć np. na stronie wydawnictwa Czarne. Opublikowany poniżej fragment pochodzi z opowiadania pt. Hrabal.

***

W ramach rozrywki szliśmy potem ulicą Francuską. Pożółkłe liście, po których toczył się wózek, wyglądały nie na miejscu. W tym upale, przy dzwonkach rowerów, na tle roznegliżowanych klientów różnych kawiarni i dwóch dziewczyn jedzących lody. Miały, od tyłu i po głosach, nie więcej niż siedemnaście lat. Jedna była w dżinsowych szortach i koszulce, a druga, zgodnie z zaleceniem makaronowej torby, w czerwonej sukience. Dziecko przysypia­ło, podsłuchiwałem. Rozmawiały o jakichś idiotyzmach. Dużo było w tej rozmowie anglicyzmów wklepanych polską fleksją, żeby nie wystawały, jakieś wakacje w Mielnie i picie wódki z jakimś Andrzejem. Pojąłem, że jestem dziadem i że to nie są żadne idiotyzmy, tylko życie, choć opowiadane w języku, który już nie jest mój. Ktoś go wziął i przemalował na seledynowo. Byłem przez te kilka minut w Kraju Młodych Dziewczyn. Trochę jak na Słowacji, niby się dogadujesz i rozumiesz, ale to jednak zagranica. Gdy mijaliśmy niepodobną do siebie kamienną Agnieszkę Osiecką, ta w sukience, wskazując Osiecką, zapytała:

 – A to kto?

 – Osiecka – odpowiedziała ta w szortach.

I skręciły w Obrońców, unosząc ze sobą swój język, swój kraj i Andrzeja, który zwymiotował, zamiast się ca­łować.

Za budynkiem, w którym obecnie jest bank, rozstawili się panowie z książkami. Dawniej prowadzili antykwariat Pod Rycerzem przy Zwycięzców, ale zżarł ich czynsz pod rękę z upadającym czytelnictwem. Teraz mieli tutaj dwa stoliki. Jeden z nowościami i drugi antykwaryczny. Patrzyłem na te książki jak na morze albo pustynię. Myś­lałem o języku, o starości, rysowałem sobie w myślach twarz tamtego Andrzeja pijącego wódkę z plastikowego kubka. Jak puszcza oko do dziewczyn, ale pije z kumplami, pręży się cały, bo jest lato, bo ma dwadzieścia lat, jest wysportowany i na razie na lekkim rauszu. Ale słońce grzeje, plastikowy kubek co i raz się napełnia, pachnie olejem ze smażalni, pachnie coraz bardziej, zdaje się, że na ogromnej patelni smaży się parodniowe truchło rekina.

I z tego patrzenia w  nic powoli coś mnie wyciąga. Jakbym bardzo wolno otwierał oczy po przebudzeniu. Czterej mężczyźni w strojach sportowych sprzed parudziesięciu lat pozują do zdjęcia. Twarze mają niewyraźne, nad ich głowami na żółtym, słonecznym tle umieszczono napis w języku, który rozumiem. Trzech z tych piłkarzy (to piłkarze!) jest szarych, a  jednego grafik pociągnął zielenią. Wiem, że nie żyją, ten pomalowany też nie ożył.

– Ile?

– Osiem.

 – Biorę.

Potem wracamy i skręcamy w Obrońców, choć ci męż­czyźni to raczej napastnicy i skrzydłowi.

– Posłuchaj – mówię do dziecka – „…ale świat składa się z samych zwycięstw, ludzie nie robią nic innego, tylko zwyciężają, dlatego na przykład za wypadki samochodowe na całym świecie winę ponoszą zawsze ci drudzy…”. Zamknąłem książkę i spojrzałem na dziecko. Spało. Wydało mi się całkiem podobne do starca leżącego dawno, dawno temu na łóżku pod seledynową ścianą. Skarciłem się w myślach za wyświechtane porównanie. Pochyli­łem się i sprawdziłem, czy dziecko ma puls.