Wojciech Jagielski, Na wschód od zachodu

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak specjalnie dla Czytelniczek i Czytelników readlist.pl prezentujemy fragment książki jednego z najlepszych polskich reporterów, Wojciecha Jagielskiego. Na wschód od zachodu to podróż przez Afganistan, Pakistan, Nepal, aż po Indie.

Premiera książki zapowiedziana jest na 31 stycznia. Czytelniczki i Czytelnicy readlist.pl z jej fragmentem mogą zapoznać się już dziś.

***

Zresztą, w mało którym z hotelików i schronisk Pahargandżu gospodarze dbali o dobrą kuchnię. Starali się nie wchodzić w drogę właścicielom restauracji i kafejek i dzielili się z nimi zarobkiem na podróżnych. Tak w każdym razie postępował Kulwant Singh z Viraatu. Przedkładając indyjskie rodziny nad samotnych wędrowców, zapewniał tym pierwszym dostęp do kuchennych pomieszczeń i sprzętów, pozostawiając gotowanie matkom, żonom, siostrom i córkom swoich gości. Tym, którzy najmowali pokoje w pojedynkę, hotelowy kucharz, na specjalne życzenie i za dodatkową opłatą, przyrządzał najprostsze miejscowe potrawy. Nie przykładał się do nich, czy może nie umiał gotować, bo zamawiane do pokoju dania były bez smaku, a chłopcy na posyłki przynosili je zwykle ledwie ciepłe. Kulwant Singh z poważną miną wysłuchiwał potem w recepcji skarg. Prawdę powiedziawszy, nic sobie z tych narzekań nie robił. Mógł przyjmować pod swoim dachem cudzoziemskich włóczykijów, lecz ani myślał ich niańczyć czy im dogadzać, żeby któremuś nie spodobało się w Viraacie za bardzo i nie przyszło do głowy zasiedzieć się tu zbyt długo.

Mnie nigdy wstrętów nie czynił. Może dlatego że zwykle mogłem określić termin swojego pobytu co do dnia. A może dlatego że za pobyt zawsze płaciłem z góry. Wiedział, że nie zabawię u niego zbyt długo, najwyżej parę dni. Musiało mu to odpowiadać.

Myślę też, że pochlebiało mu trochę, że nie byłem zwykłym podróżnym, powsinogą, jak większość cudzoziemców, którzy przewalali się tysiącami przez Pahargandż. Lubił powtarzać, że przyjeżdżam z dalekiego świata, żeby wywiedzieć się o nowości, rozeznać, co w trawie piszczy, a potem opisać to wszystko w gazecie. Niby od niechcenia podnosił głos, jeżeli w pobliżu kręcił się któryś z gości czy choćby ktoś z obsługi. Żałował tylko, że nie byłem reporterem BBC i nie może pochwalić się mną przed sąsiadami. Znałem dobrze tę nutę zawodu w głosie. Brytyjska rozgłośnia nie tylko w Indiach, ale w całej Azji, od Turcji po Kambodżę i Wietnam, uchodziła za wyrocznię i jedyne źródło prawdy, a pracującym dla niej dziennikarzom okazywano tu czołobitny podziw. W przekonaniu wielu Turków, Kurdów, Persów, Pasztunów, Kaszmirczyków, Birmańczyków czy Khmerów ktoś, kto nie był reporterem BBC, nie miał prawa nazywać się dziennikarzem.

W pierwszej chwili Kulwant Singh nie bardzo wierzył, że jestem korespondentem zagranicznej gazety. Uwierzył dopiero wtedy, gdy za jego zgodą podałem redakcji numer telefonu do jego hotelu, a potem chłopcy na posyłki pędzili do mnie co tchu, żebym zszedł do recepcji, odebrać telefon z zagranicy. Zdarzało się, zwłaszcza wieczorami, że Kulwant Singh osobiście odbierał telefon i przejęty czekał z podniesioną słuchawką, żeby mi ją przekazać. Potem przysłuchiwał się, jak w niezrozumiałym dla niego języku dyktuję korespondencję o Afganistanie, Kaszmirze czy Sri Lance. Kiedy kończyłem i odkładałem słuchawkę, uśmiechał się z powagą, uznaniem, ale także ze zrozumieniem, jak ktoś, kto uważa się za bardziej wtajemniczonego niż inni, nieświadomi znaczenia zdarzeń, które umknęły ich uwadze. „Jak ci ludzie tam żyją?” – pytał, nie oczekując właściwie żadnej odpowiedzi, jedynie po to, by podkreślić swój współudział. Potem sam przynosił mi do pokoju dzbanek z gorącą herbatą z mlekiem, masalą i kardamonem. „Żeby gardło nie wyschło – rzucał niedbale. – Na koszt firmy”.

Ale teraz, kiedy w całym mieście zabrakło wody, sikh nie fundował już herbaty ani nawet nie przyjmował żadnych herbacianych czy kawowych zamówień na śniadanie. Ja zresztą nie nadawałem żadnych korespondencji. Gospodarz wydawał się tym nieco zdziwiony.

– Skąd tym razem pan do nas przybywa? I dokąd to dalej pana droga prowadzi? – zapytał, wpisując mnie do rozłożonej w hotelowej recepcji księgi meldunkowej.

Zwykle zajmował się tym któryś z jego pracowników albo synów, którzy pomagali ojcu w interesach, a przy okazji przyuczali się do zawodu. To, że dla mnie zrobił wyjątek i osobiście zabrał się do kaligrafowania obco brzmiącego imienia, nazwiska, numeru paszportu, terminu i celu przyjazdu było dowodem, że wyróżnia mnie spośród innych gości i że cieszę się u niego szczególnymi względami.

– Do Dharamsali – odparłem.

– Dharamsala… – powtórzył, jakby chciał się upewnić, czy dobrze usłyszał. – A więc wybiera się pan do Dharamsali…

5 (100%) 1 vote