Dlaczego warto czytać niszowe książki?

Rzecz o intymności czytania

Długo nie mogłem się zdecydować, czy napisać literackie podsumowanie ubiegłego roku, czy też opisać literackie plany na rok bieżący. Jak zawsze w takich wypadkach wahanie nie skutkuje niczym dobrym i oto piszę słowa nie będące ani jednym, ani drugim. Taki potworek; wciąż jednak o literaturze.

Zastanawiałem się ostatnio nad tym, czym jest dla mnie czytanie i dlaczego to robię. Zrzucam to na karb długotrwale męczącej mnie choroby, bowiem w takich chwilach człowiek miewa czasami żenująco górnolotne przemyślenia. Przypomniały mi się wtedy słowa Paula Celana, że pisanie wierszy jest czymś w rodzaju powrotu do domu. Czymś takim może więc być również czytanie.

Ok. Widzę właśnie las potakujących głów: „Paul Celan. No tak. Racja…”.

Spokojnie. Nie mam pojęcia, co tworzył Paul Celan. Nie znam jego poezji. Bezwstydnie powołałem się na niego, bo pamiętam, że te słowa stały się inspiracją do napisania przez Bono tekstu A Sort Of Homecoming z płyty The Unforgettable Fire. Czyli z czasów gdy U2 jeszcze coś znaczyli i tworzyli ważną muzykę, a jako grubawy licealista byłem ich zaprzysięgłym fanem.

Terror “specjalistów”

Użyłem słów urodzonego w Bukareszcie żydowskiego poety piszącego po niemiecku, by dać wstęp (przydługi, wiem, przepraszam) do opisania tego, co uwiera mnie, gdy z własnej intymnej sfery wychodzę do świata z moim czytaniem. Mam bowiem wrażenie, że świat czytelniczy staje się ostatnio gronem wszechwiedzących znawców każdego wiersza Paula Celana oraz tysięcy innych poetów i pisarzy.

I tego się boję.

Każde pokazanie, choćby na naszym wspaniale się rozwijającym się tagu #readlist2019pl, tego co się przeczytało, powoduje odruchowy lęk, że wywoła to kaskadę pytań, z których pytanie o własne odczucia po lekturze jest najmniej szkodliwe i niewinne. Mamy więc stado pytań drążących i wszechwiedzących sentencji:

  • A jak się to ma do innych prac w tym temacie?
  • A czy autor myśli to samo, co Iksiński?
  • O tym już kiedyś pisał Igrekowski.
  • Styl daleko słabszy od choćby takiego Zetowskiego.
  • To zwyczajny prawacki/lewacki [wstaw dowolne] nonsens.

Chyba dlatego tak bardzo ucieszyło mnie, że nie przeczytałem w 2018 r. żadnej z książek z TOP10 najpopularniejszych książek na #readlist2019pl. Mogłem się ze swoimi lekturami zakopać w norze i płytko kontemplować po mojemu.

Po co czytam?

Nie mam ambicji stania się krynicą wiedzy na wszelkie tematy. Nawet nie na wybrane tematy. Życie jest na to za krótkie. Jeśli dziś interesują mnie okoliczność powstania państwa pierwszych Piastów, to może za chwile będzie to upadek dynastii Romanowów. A jak nie przełom na froncie wschodnim II wojny światowej, to dzieje wypraw krzyżowych.

Z żadnej z tych dziedzin nie zostanę specjalistą. I nie chcę. Nie mam na to czasu i szkoda mi go. Czasami potrzeba mi książki, która będzie może tylko bardziej wysublimowaną formą Krzyżowców dla opornych albo Krótkiej rozprawki o 300 latach Romanowów na 50 stronach. Czytam te a nie inne książki, bo otwierając okładkę lub plik w czytniku czuję dreszcz, że oto zaprowadzi mnie ona do miejsc, które słabo znam. Ja słabo znam, a nie że są słabo zbadane przez świat nauki i badaczy literatury. Niechaj się inni napawają własną wiedzą i niuansami różnych punktów widzenia na dany problem czy zdarzenie historyczne. Nie będę im przeszkadzał – nie moje miejsce, nie mój czas, nie moje problemy. Przybyłem, przeczytałem, idę dalej.

W przypadku książek historycznych – a tych czytam najwięcej – dochodzi mi jeszcze chęć konfrontacji z całym systemem edukacji i nauczania mojego ulubionego szkolnego przedmiotu. Wciąż na nowo dekonstruuję w sobie to, jak bardzo dzieciaki są jednostronnie i wąsko uczone historii. Zresztą za moich czasów było podobnie.

Stosunki polsko-tureckie

I tak, wśród najważniejszych książek, jakie przeczytałem w 2018 r., są Turcja Wielki Step i Europa Środkowa Adama Balcera oraz Wojna trzydziestoletnia 1618-1648. Tragedia Europy Petera H. Wilsona. Dwie doskonałe ilustracje powyższego problemu.

Na hasło „stosunki polsko-tureckie” dobrze wytresowany przez system edukacji rodak na jednym oddechu wyartykułuje: odsiecz wiedeńska, jasyr, przedmurze chrześcijaństwa i oblężenie Kamieńca Podolskiego (podlane sosem obrazów z ekranizacji Pana Wołodyjowskiego). Tymczasem Adam Balcer odsłania przed nami te elementy historii Polski i krajów naszego regionu, które jasno pokazują, że byliśmy raczej bramą dla i do Orientu, a nie przedmurzem przed nim chroniącym. Kreśli na ten przykład fascynujący obraz Lwowa, w którym przez wieki krzyżowały się szlaki handlowe i kulturowe ze Wschodem. Wymienia Polaków, którzy robili kariery na dworze sułtańskim i opisuje jak już na soborze w Konstancji w 1414 r. Paweł Włodkowic dowodził, że możliwe jest ułożenie pokojowych stosunków kraju chrześcijańskiego z niechrześcijańskim. Jak podsumował w wywiadzie dla Gazety Wyborczej:

Miłośnicy przedmurza nie dostrzegają, że kresowi herosi mają w sobie więcej ze stepowych dżygitów niż ze Zbyszka z Bogdańca.

Trafności jego słów dowiodło larum z szeroko rozumianej prawej strony politycznej, gdzie po tej publikacji zaczęto bić na alarm, że oto podważa się nasze dziedzictwo narodu zawsze związanego z Zachodem i marzącego o utopieniu miecza we krwi niewiernych.

Pierwsza wielka wojna

Z kolei monumentalna praca Petera H. Wilsona stanowiła dla mnie rozprawę z kilkoma akapitami dotyczącymi wojny trzydziestoletniej, jakie możemy znaleźć w polskich podręcznikach historii. Zawsze była wspomniana tylko gdzieś przy okazji rządów dynastii Wazów w Polsce, zorientowanej wtedy na wojny z Turcją i pierwsze bunty kozackie. Nawet wojny ze Szwecją omawiane były w oderwaniu od faktu, że w tym samym czasie Szwecja stanowiła jednego z głównych graczy w wojnie trzydziestoletniej, niemal podporządkowującego sobie ówczesne Cesarstwo.

Z kart książki Wilsona poznajemy wojnę, która przeorała ówczesną Europę Środkową, powodując śmierć 1/4 populacji Cesarstwa. Aż do Wojen Światowych na terenie Niemiec przechowywano pamięć o wojnie trzydziestoletniej, jako o największej katastrofie w dziejach. W trakcie lektury łatwo można to zrozumieć, gdy dostajemy opisy nie tylko bitew i potyczek dyplomatycznych, ale także tragedii – jakbyśmy to dziś powiedzieli – ludności cywilnej. Mordowanej, cierpiącej od zaraz i chorób oraz grabionej w imię interesów władców.

Z drugiej strony, Wilson pokazuje jednak, jak te 30 lat położyło podwaliny pod nowoczesne państwa i ich wzajemne relacje. Cóż bowiem ze szkoły możemy wiedzieć o przeobrażeniach nowożytnej Hiszpanii, skoro pojawia się ona na lekcjach chyba tylko przy okazji wyprawy Kolumba, bo o historię wypędzenia Żydów z wiadomych powodów już trudniej.

Tak oto przeczytałem dwie fascynujące książki. Otworzyłem sobie dzięki nim i przewietrzyłem wiele szufladek w głowie. Nie wiem, kiedy teraz sięgnę po kolejne z tych obszarów. Pewnie nie szybko, bo teraz pożeglowałem gdzieś w czasy Rosji XIX w. i Królestwa Polskiego. Wybaczcie więc internetowi specjaliści i posiadacze wiedzy absolutnej – nie odpowiem na Wasze szczegółowe pytania. Ot, po prostu dowiedziałem się rzeczy dla siebie nowych i ciekawych. Teraz zadumałem się nad życiem feldmarszałka Iwana Paskiewicza. Wielkiego wodza armii rosyjskiej pierwszej połowy XIX w., u nas pamiętanego tylko jako groźny ciemiężca Królestwa Polskiego po Powstaniu Listopadowym. I już wiem, jak mało wiemy…

Teraz czas na coś innego. Do zobaczenia i przeczytania w innych książkach.

Piotr, @P_e_t_ar

Spread the love