O czytaniu na gorąco, czyli subiektywne podsumowanie roku

Zazwyczaj, gdy nasze telefony dzwonią równocześnie, nie zapowiada to nic dobrego. Przypomnienie o wygasającej umowie, oferta zakupu jedynej w swoim rodzaju pościeli połączona z pielgrzymką do Lichenia czy wizyta krasnolicego wuja wraz z piątką drobiazgu nigdy nie nastrajają nas optymistycznie. Tym razem było inaczej. Wiadomość na wyświetlaczach była tyleż zaskakująca, co nobilitująca: „redakcja readlist.pl prosi o czytelnicze podsumowanie roku”.

Rączo rzuciliśmy się do przygotowań. Po pierwsze, zatemperowaliśmy ołówki. Po drugie, by nie nadszarpywać świeżo zdobytego autorytetu spaliliśmy listy książek, których nie udało się nam przeczytać w roku 2018. Resztki nadpalonych kartek, z których przy odrobinie wysiłku można było odczytać nazwiska Saundersa i Tokarczuk, i Twardocha, i Myśliwskiego, i Eugenidesa, i nawet Zadie Smith wrzuciliśmy do niszczarki, a przemielony papier zakopaliśmy w ogrodzie pod jabłonią. Po trzecie, dla udoskonalenia wątłego warsztatu w skupieniu wysłuchaliśmy Remigiusza Mroza O pisaniu. Na chłodno w wersji audiobookowej.

To ostatnie – sami nie wiemy czemu – skłoniło nas do rozpoczęcia naszej litanii od 

literackich rozczarowań.

W tej prestiżowej kategorii jednogłośnie (ale pewnie tylko dlatego, że jest to jedyna z rozczarowujących książek, którą przeczytaliśmy wspólnie) wygrywa Bardo Agnieszki Szpili. Książka, która jest zlepkiem stereotypów, obiegowych sądów i bulwarowych sensacji. To wszystko przeżylibyśmy jeszcze, gdyby nie rokokowy styl i bombastyczne wywiady z autorką, w których wyraża ona przekonanie, że „ta książka doprowadzi do potrzebnej nam społecznej rozpierduchy”. Cóż, jedyna rozpierducha, o której wiemy, spowodowana przez Szpilę, to ta w naszych głowach. Od czasu tej lektury Bardo nie kojarzy się już nam z piękną, dolnośląską miejscowością, a z grafomanią i brakiem smaku (pewnie zasługą Szpili jest też to, że żadne z nas nie przeczytało do dziś Lincolna w Bardo Saundersa).

Dwa pozostałe rozczarowania wiążą się z głośnymi wydarzeniami literackimi. W kwietniu wybuchła bomba. Jerzy Haszczyński oskarżył Szczepana Twardocha o plagiat. Jedno z nas (to bez wąsa) postanowiło sięgnąć po rzekomy pierwowzór, aby potwierdzić prawdziwość zarzutów. Kolejny raz okazało się, że rację ma mądrość ludowa: „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”, w którym Aniołowie umierają od naszych ran. Yasmina Khadra, podobnie jak Szpila, posługuje się stereotypami, bazuje na tanich sentymentach i nie potrafi zaciekawić czytelnika. Gdyby Twardoch faktycznie splagiatował tę książkę, należałaby mu się nagroda za to, że – jak Chrystus Łazarza – wskrzesił trupa.

W październiku natomiast na readlist.pl królowała akcja #CzytamyCzechów. To z nas, które nie czytało Aniołów…, by bezboleśnie wdrożyć się do niej, postanowiło sięgnąć po literaturę gatunkową. Mainstream Miroslava Pecha wydawał się idealny. Współczesna opowieść o początkującym pisarzu, którego życie stopniowo zamienia się w horror. Żałuję, że dopiero po zamknięciu książki doczytałem na stronie wydawcy, że jest to „social porn horror”. Każde ze słów z osobna rozumiem, a żadne z nich mnie nie brzydzi. Niestety, w połączeniu stanowią koktajl niestrawny tak, że w trakcie lektury lepiej mieć pod ręką Ulgix. Dziękuję, Marcinie Grzywaczu, dzięki Tobie przeczytałem jedną z najgorszych książek w życiu.

Skoro już padło nazwisko największego czechofila wśród twitterowiczów (i na odwrót) od razu musimy dodać, że nie wyrządził nam Mainstreamem wielkiej krzywdy, bo w ogólnym bilansie #CzytamyCzechów przyniosło więcej zysków niż strat. Po pierwsze, miłość do Josefa Škvoreckiego, którą – gdyby nie wspomniana akcja – zapałalibyśmy pewnie, jak wskazuje kolejka książek do przeczytania, dopiero za jakieś 30 lat. Po drugie, lektura jednej z

najlepszych książek roku.

W kontekście dyskusji, jaka rozgorzała na Twitterze po ogłoszeniu „Moli książkowych roku”, książka, którą (zwłaszcza to z nas, które zna się na pszczołach) polecamy, stanowi rozwiązanie idealne. Jest literacko znakomita, esencjonalna i – co wydaje się być trendem na 2019 r. – krótka. Jezioro, bo tę książkę mamy na myśli, Bianka Bellová napisała w sposób tak sugestywny, że w trakcie lektury obrazy same malują się pod powiekami czytelnika. I chociaż fabuła po streszczeniu wydaje się banalna – główny bohater wyrusza w świat w poszukiwaniu swojej matki, a tak naprawdę samego siebie i swojego miejsca w świecie – Bellová nie ma w sobie nic z Paula Cohelo, a Jezioro nie okazuje się Alchemikiem 2. To bardzo ekonomiczna powieść, po pierwsze, mimo że czyta się bardzo szybko, zostaje z nami na bardzo długo, a po drugie, na 224 stronach dostajemy powieść drogi, bildungsroman, baśń oraz manifest ekologiczny. Korzystniej nie będzie!

2018 to rok objawienia się Paula Beatty’ego. Wielu zachwycało się jego Sprzedawczykiem – za obrazoburczość, groteskowość, przesuwanie granic. Otóż, naszym zdaniem, w 2018 poznaliśmy książkę, która nakrywa w wielu tych kategoriach Sprzedawczyka kapeluszem. Fuck America Edgara Hilsenratha to kameralna powieść, która musiała trochę (38 lat!) poleżeć, zanim mogliśmy ją przeczytać po polsku. Poznajemy w niej Jacoba Bronsky’ego, człowieka doświadczonego przez Szoa, który w Ameryce pisze autobiograficzną prozę i każdego dnia wybudza się coraz bardziej z american dream. Fuck America to środkowy palec pokazany amerykańskiemu społeczeństwu i popkulturze. Hilsenrath wypunktowuje rzeczywistość, cały czas mieszając poważne z zabawnym, słodkie z gorzkim, nadzieję z depresją, Zagładę z seksem. Tego sposobu pisania o Holokauście – kpiarskiego i oskarżycielskiego jednocześnie – nie znaliśmy do tej pory w Polsce. Warto było czekać na Jacoba Bronsky’ego, by taki głos, tyleż mocny, co osobny, wreszcie usłyszeć.

Do zupełnie innego momentu historii i w zupełnie inny sposób odsyła kolejna książka, która nas oczarowała. Jeśli jesteście spragnieni wielowątkowych, rozpisanych na setki bohaterów i miliony dni sag, polecamy Nie mówcie, że nie mamy niczego Madeleine Thien. To powieść, która jednocześnie wzbudza zachwyt i trwogę. Jej autorka – kanadyjka chińskiego pochodzenia – przedstawia losy dwóch rodzin, a jednocześnie pół wieku historii Chin, od przejęcia władzy przez Mao, aż do lat 90. Każdy z trojga głównych bohaterów jest muzykiem. Losy każdego z nich w pewnym momencie przetrąci Wielka Polityka. Każdy zostanie zmuszony do rezygnacji z samego siebie. Nie mówcie… to powieść, w której obrazy terroru kontrastują z subtelnym opisem świata wewnętrznego bohaterów oraz muzyką. Misterna konstrukcja narracji, wzorowana na kompozycjach Bacha, sprawi, że nie pożałujecie żadnej minuty poświęconej tej lekturze.

Żyjemy w czasach, kiedy rzeczywistość jest w stanie powtórzyć nawet najbardziej wymyślne fabuły. Czytasz na przykład Dołęgę-Mostowicza albo Haška, włączasz telewizor, a tam… Szkoda gadać! Ma to też swoje plusy. Książki non-fiction czyta się jak najlepsze powieści. Jedną z takich właśnie lektur jest Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy Arlie Hochschild Russell. Gdyby sugerować się tylko Twitterem, tę książkę przeczytali wszyscy – to, oczywiście, gruba przesada, znam jednego, który nie przeczytał, siedzi właśnie koło mnie i podkręca wąsa – dlatego trudno o niej napisać coś nowego. Profesorka renomowanego uniwersytetu w Berkley – ostoi lewicowości i liberalizmu – wyrusza do Luizjany, aby poznać lepiej jej mieszkańców i zbadać, co sprawia, że są tacy konserwatywni. Mimo, że książka jest o mieszkańcach południa Stanów Zjednoczonych, czytając niektóre fragmenty, trudno nie odnieść się do podziałów społecznych w Polsce. Zwłaszcza że odpowiednik Obcego… na naszym gruncie, praca Macieja Gduli, w porównaniu z książką Hochschild Russell wypada jak herbata ekspresowa przy naparze z samowara.

Druga książka reporterska, którą chcemy polecić, jest z 2018 r. tylko dlatego, że jedno z nas (miau!) przeczytało ją właśnie w tym roku. Po raz pierwszy ukazała się w wydawnictwie „Iskry” 1981, wznowienie wydały „Dowody na Istnienie” w 2014 r. Nie oświadczam się Wiesława Łuki bez cienia przesady można porównać do Z zimną krwią Trumana Capote. Polski reporter, docierając do oprawców i świadków, stara się wyjaśnić, dlaczego możliwa była zbrodnia połaniecka. Jak to się stało, że krewny zamordował Stanisława i ciężarną Krystynę w noc wigilijną w obecności całego autobusu świadków? Dlaczego nikt nie puścił pary w trakcie pierwszego śledztwa? W jaki sposób morderca zmusił wszystkich do milczenia? Reportaż Łuki czyta się momentami jak świetny kryminał, a momentami jak thriller psychologiczny. Ma jednak nad tymi gatunkami olbrzymią przewagę. Gdybyśmy wiedzieli, że opisane wydarzenia są elementem świata, który powstał w głowie autora, nigdy nie uwierzylibyśmy w ich prawdopodobieństwo. Wydarzenia opisane przez Łukę nie muszą być prawdopodobne, bo są prawdziwe. A ich realność przeraża!

Moglibyśmy jeszcze polecać i polecać. W 2018 roku przeczytaliśmy wszak Instrukcje dla pań sprzątających Lucii Berlin, listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza Najlepiej w życiu ma Twój kot, zbiór dawnych reportaży Janusza Rolickiego Lepsi od pana Boga, biografię Jacka Kuronia – Jacek pióra Heleny Łuczywo i Anny Bikont czy Rasputina Douglasa Smitha. Wszystko to świetne książki! Boimy się jednak, że jeśli będziemy dłużej pisać w takim tempie, tuż przed publikacją zakwitną kasztany, a to podsumowanie będzie jak karp wigilijny na balu karnawałowym – poniewczasie, ciężkostrawne i nieświeże. Wracamy więc do czytania. Życzymy Wam, żeby w 2019 r. częściej bolała Was głowa od nadmiaru lektur, niż zęby od ich poziomu! Do zobaczenia na hasztagach!

Karolina Dr, @Karolina_Dr

Kot Trumana, @Kot_Trumana

 

Podziel się z innymi