Polska literatura traci oddech. Podsumowanie 2018 roku

To podsumowanie roku absolutnie prywatne, w którym opowiadam o najlepszych książkach, niezależnie od daty pierwszego (polskiego) wydania, przeczytanych przeze mnie w 2018 roku.

Powieść

Najlepszą powieścią jest Sprzedawczyk Paula Beatty’go, która jest pamfletem na polityczną poprawność, napisaną jednak – NOWOŚĆ – z lewicowej, czy jak to się teraz mówi: progresywnej perspektywy, co sprawia że jest znacznie śmieszniejsza od prawicowych wprawek w tym temacie.

Przy tym to cały czas bardzo dobra książka, napisana rewelacyjnym językiem, za co gratulacje należą się tłumaczowi Piotrowi Tarczyńskiemu.

Zbiór opowiadań 

Tu kandydat jest zdecydowanie mniej oczywisty. Utracony dar słonej krwi Alistaira Macleoda to tom opowiadań (pierwsze wydanie pochodzi z roku 1976, polskie tłumaczenie zaś tego zbioru z 2017) o świecie, którego już nie ma. W tym wypadku wzmacnia to tylko siłę przekazu. Nawet korzystając z utartych schematów Kanadyjczyk potrafił uwieść czytelnika, a przynajmniej jedna z nowel jest absolutnie mistrzowska. Więcej możecie przeczytać tutaj

Niedawno wyszedł drugi tom jego opowiadań w nieocenionej oficynie Wiatr od Morza.

Non fiction

Zwycięzcą jeszcze bardziej niezwyczajnym, bo nie dość że objawił się dopiero w ostatniej dekadzie grudnia, to jeszcze mam pewność, że to nie jest książka dla każdego, jest tytuł Please kill me. Punkowa historia punka Legsa McNeila i Gillian McCain. Traktuje on może nie do końca o punku. Skupia się raczej na zespołach protopunkowych albo klasykach rocka, jak Velvet Underground. Jest to pozycja mocno zanurzona w nowojorskiej scenie muzycznej lat 60. i 70. XX wieku.

Ponadto, książka ta jest zbudowana z wypowiedzi muzyków i innych postaci punkowego środowiska. Obok hermetycznych grypsów jest sporo ćpania, seksu i rzygania, a pewne wątki aż proszą się o zamknięcie po latach, ale i tak jest to mocny opis pewnej dekady… 

Wreszcie, to rzecz podnosząca ocenę nierównej jak akordy punkowego gitarzysty Serii Amerykańskiej Czarnego.

Historia

Nic bardziej przekrojowego, co odmieniłoby moje spojrzenia na dzieje świata, jakoś w tym roku nie trafiło do moich rąk. W tym miejscu wspomnę więc o dwóch książkach, które równie dobrze mogłyby trafić do kategorii wyżej.

Pierwszą z nich są Depesze Michaela Herra, czyli niby reportaż o wojnie w Wietnamie, a tak naprawdę rzecz wybitna literacko. Tylko czy to reportaż?

Wielka rzeka, wielkie morze Lung Yingtai to z kolei zbiór króciutkich szkiców albo esejów rodzinnych, które razem tworzą nie tylko bardziej ludzką, ale też uczciwszą, historię Chin połowy XX wieku.

Kryminał

Cieszy powrót do formy Iana Rankina i stały wysoki poziom Arnaldura Indriðasona, bawią wyprawy w odmęty wyobraźni Marka Krajewskiego. Martwi nadmiar skandynawskich serii, które coraz częściej są jak amerykański thriller w heroicznych czasach kapitalizmu łóżkowo-szczękowego – wtórne.

Najciekawszy kryminał przeze mnie przeczytany w ostatnich dwunastu miesiącach napisała jednak Anna Kańtoch. Nie spodziewałem się niczego, a Wiara – jak najlepsze kryminały – jest ciekawsza w warstwie społecznej niż kryminalnej. To tylko lekko zawoalowane ostrzeżenie – nie spodziewajcie się szczególnie sensownego finału. Opis lat 80. momentami mnie, przedszkolaka tamtej dekady, rozczulał.

Niespodzianka

Jakubem Żulczykiem to miałem tak, że bardzo mi się podobało hardcorowe Radio Armageddon (wiem: manieryczne, przyciężkawe długimi fragmentami), ale jakoś później kompletnie było mi z nim nie po drodze. Medialna droga pana Jakuba zwyczajnie mnie odstręczała, okładkowe blurby nie zachęcały. A Wzgórze Psów to bardzo dobra powieść, mimo – tradycyjnie nadmiernej – objętości, i kilku chwytów jak z serialu Neftlixa. Oh wait…

W sumie nie wiem, dlaczego książkę Kańtoch wstawiam w gatunkową ramę, a Żulczyka omawiam jako normalną powieść?

Refleksja

Pomimo zwycięzców dwóch poprzednich kategorii nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że polska literatura znowu traci oddech. Po naprawdę zwyżkowych latach 2005-2015, kiedy nasi pisarze w końcu nie odstawali przynajmniej poziomem od kolegów po klawiaturze z krajów ościennych, mamy wyraźnie słabszy czas. Niedawni debiutanci okrzepli na listach sprzedaży, zwyczajowo chwaleni autorzy piszą rzeczy do bólu poprawne, zwycięzcy nagród nie przekonują talentem.

Czy nie za daleko idąca byłaby teza, że szeroko rozumiana sytuacja polityczna w naszym pięknym kraju też nie ułatwia sprawy?

Apel

Czytajcie Mariana Pankowskiego!

Na listach podsumowujących Niepodległość szukałem jego nazwiska, niestety jak się trafiał to bardzo rzadko. Nie jest to pewnie pisarz najłatwiejszy, ale językowe pomysły miał rozczulające.

Taki Rudolf to i dziś wywołałby skandal. Gdyby tylko chciało się komuś tę minipowieść ponownie zauważyć.

Adam, @NaTTjuzbylo

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.