Lato z kundlem, cz II

W pierwszym spazmie strachu chciałem zniszczyć, rozszarpać książkę. Wstyd przyznać, ale pogiąłem mocno okładkę, kilka stron się naddarło, mogło się też tak zdarzyć, że niechcący wpadła do wody. Będę się za to smażyć w piekle, w jednym kotle z czytelnikami Remigiusza Mroza i autorami literatury kobiecej publikującymi pod żeńskimi pseudonimami. Kiedy już jednak atak lęku przeminął, wyprostowałem okładkę i wziąłem się za prasowanie poszczególnych kartek. W trybie prywatnym otwarłem Google’a i próbowałem dowiedzieć się czegoś o książce. I jak pewnie się domyśliliście, nie znalazłem absolutnie nic. Ani o autorze, ani o powieści, ani nawet o wydawnictwie. Wyszukiwarka nie wypluwała żadnych wyników. Wstukałem więc pierwszy akapit:

Słońce unosiło się nad pofałdowaną wyżyną i w jego zimnym blasku powietrze aż wibrowało od tajonego majestatu. Mały chłopiec radośnie zbiegał gruntową drogą w dolinę, ścigając się z własnym cieniem. Znowu zaspał i do szkoły ruszył bez śniadania, na szczęście mama już wczoraj usmażyła mu kilka naleśniczków na drugie śniadanie. Wesoło podgwizdywał, ciszę zachowując jedynie przy małym, ciemnym zagajniku na zakręcie. Jak opowiadali starsi uczniowie, w tym miejscu działy się czasem rzeczy straszne! Ale to w nim pewnego dnia znalazł opuszczonego, zagubionego…

I też nic. Co gorsza wciągnąłem się w opowiadaną historię. Niby nic wielkiego, ale Lata z kundlem okazały się postmodernistyczną z ducha powieścią, zgrabnie łączącą wysmakowaną technikę pisarską i psychologiczną głębię dziewiętnastowiecznych klasyków z cywilizacyjnymi wyzwaniami współczesności. Poznajemy koleje losu bezimiennego chłopca, który przez życie kroczy ze swoim najbliższym przyjacielem, tytułowym kundlem, też zresztą bez imienia, co już jest trochę dziwne, i razem przeżywają szereg przygód i wtajemniczeń jakże (nie) typowych dla tego wieku. Finałowa scena jest wręcz rozdzierająca. Na wpół dorosły chłopak żegna się z przyjacielem, usypia go i chowa do specjalnego pojemnika, a kobieta w kombinezonie służb miejskich pakuje go na pakę ciężarówki.

Tak się wciągnąłem w fabułę, że na bok poszedł czytany aktualnie Peter Nadas. Nie miałem sił ani chęci wczytywania się w kunsztowne, dwustronicowe zdania Początku, tak wiele mówiące nam o człowieku i jego nieheroicznej wielkości, mój umysł zaprzątała tajemnica “Lat z kundlem”, a zwłaszcza brakujących stron, wyciętych na schowek, tychże stron dla mnie niedostępnych równie ostatecznie jak spełnienie dla bohaterów powieści zniemczonego Węgra, szarpiących się między własną seksualnością i koszmarem dnia codziennego. Z urywków zdań u góry, z dołu i po bokach próbowałem domyślić się dalszego ciągu akcji, jednak było to zadanie na miarę złamania enigmy. Krążyłem po ulicach wojewódzkiego miasta K**** jak duch, dwukrotnie wydawało mi się, że widzę w rękach innych ludzi „moją”  – bo na tym etapie byłem już tak zafiksowany na punkcie “Lat”, ze uważałem je za wymysł mego umęczonego umysłu – powieść i z mieszaniną nadziei oraz gniewu ruszyłem  w ślad za nimi jak Philip Marlowe lub panna Marple. W przypadku kobiety skończyło się wylegitymowaniem przez policyjny patrol, w przypadku mężczyzny dość nieprzyjemnym zdarzeniem w parkowej toalecie.

Rozesłałem wici wśród znajomych antykwariuszy. Chodziłem po najdziwniejszych zaułkach miasta wojewódzkiego K****.  Wszedłem do każdego lokalu handlującego książkami, nawet do punktów taniej książki, które są zmorą całego rynku i żaden bibliofil nie powinien się w nich zaopatrywać. Rozmawiałem z antykwariuszami w bonżurkach i podejrzanymi typami rzucającymi całe stosy książek z miejsca na miejsca, jakby to było mięso! I w końcu jeden z nich, zmęczony moim nagabywaniem, wciągnął mnie na zaplecze, byłem już tak zakręcony, że sam z siebie zacząłem się rozbierać, i „po starej znajomości, panie Adamie” dał mi adres „w którym dowiem się wszystkiego”, jednak zaznaczył, że „nikomu ani słowa i wszystkiego się wyprę”, bo inaczej „branża go zniszczy”.

Podjechałem tramwajem kolejne dwa przystanki dalej. Była to już okolica nie tak nowoczesna jak centrum. Zamiast kostkami bauma chodniki wyłożono szarymi płytami, świeciły się jedynie lampy pobliskiej odnogi śląskiej trasy średnicowej. Ostrożnie, pilnując by nie wejść w psią kupę, zanurzyłem się w bramie zabytkowej, nieremontowanej jednak od 75 lat, kamienicy. Śmierdziało zatęchłym moczem i świeżym chlorem. Minąłem sklep z militariami i tanią pralnię. Rzeczywiście był tam mały sklep, antykwariusz mnie nie okłamał. Bez szyldu, z wystawą zasmarowaną białą farbą. To tu miałem poznać prawdę. Pchnąłem masywne, zakratowane drzwi, dzwonek nad nimi zabrzęczał jakoś złowieszczo.

Za ladą stał sterany życiem, na oko pięćdziesięcioletni, mężczyzna. Trudy codzienności i wypity alkohol nie były jednak w stanie zabić inteligencji bijącej z jego błękitnych oczu, a skórzany fartuch, nałożony na dżinsy i sweter w serek, budził ciepłe wspomnienia z dzieciństwa. Kiedyś wszyscy szanowani rzemieślnicy wyglądali podobnie, z kieszeni fartuchów wystawały im liczne narzędzia, dla kilkulatka bardziej interesujące i tajemnicze niż, rzeczywiście banalny w swej mechanice, proces ludzkiej prokreacji. Co istotniejsze, za jego plecami, na regale pod ścianą, stał cały rządek książek. “Moich” książek. Drżącymi rękoma wyciągnąłem poharatany bliźniaczy egzemplarz z plecaka i poałem mężczyźnie. Uśmiechnął się porozumiewawczo:

– Proszę się nie martwić, zaraz dopasujemy nowy. – Stał odwrócony tyłem do mnie i szperał na półce – Jakiego czytnika pan ma? Kindle’a?

Dopiero wtedy zrozumiałem jakiego okrucieństwa jestem bezbronnym świadkiem. Ludzie, nie – nie ludzie, zwyczajne zwierzęta – kupują czytniki, ale tak się wstydzą czytania e-booków, że chowają je w “książkach” takich jak ta. Spełnia wszelkie wymogi elegancji, wygląda profesjonalnie i można nawet przewracać strony, o czym przypomina specjalna apka. Kosztuje co prawda taki gadżet sporo, ale zadowoleni użytkownicy nie tracą towarzyskiego prestiżu i wysokiego statusu w społeczeństwie preferującym papier i traktującym książki jako długofalową inwestycję.

Kupiłem. I czasem używam.

Adam, @naTTjuzbylo