Lato z kundlem, cz. I

Jak wiecie, z racji surowego wychowania i osobistych skłonności niewiele rzeczy w życiu tak cenię jak dobrą książkę i każdą wolną chwilę poświęcam ulubionej pasji. Muszę w tym miejscu jednak przyznać się do pewnej słabości, która nie pozwala mi cieszyć się w pełni literaturą, nawet wybitną. Nie potrafię mianowicie czytać w podróży. W naziemnych środkach lokomocji spoglądam za okno i próbuję nie słyszeć rozmów współpasażerów. W samolotach, zgodnie z zakładem Pascala, modlę się do nieistniejącego Boga, bym mógł ponownie stąpać po ziemi z nieodłączną książką pod pachą.

Ta opowieść rozpoczyna się w pociągu relacji O****-Z**** pewnego bardzo upalnego letniego dnia. Nawet z otwartymi na przestrzał okienkami powietrze w wagonie po prostu stało, przedziały były upakowane poddenerwowanymi letnikami z małymi dziećmi i amatorami sportów ekstremalnych oraz ich lekkimi rowerami i różnymi uprzężami. Udało mi się wcisnąć na fotel przy oknie, naprzeciw sympatycznej starszej pani. Na stoliczku leżała jakaś nieznana mi książka.

Doskonale znacie ten stan ekscytacji, kiedy to rasowy czytelnik próbuje podejrzeć co czytają inni. Ta dziewczyna w autobusie albo ten elegancki mężczyzna rozłożony dwa fotele dalej. Wiedzeni silnym impulsem wykręcamy wtedy głowy, szyja zamienia się w teleskop, nasze oczy wręcz krzyczą napotkanym spojrzeniom: “Nie robimy nic złego!”. Jak jednak przekonać tego byczka, że nie próbujemy bynajmniej zajrzeć jego dziewczynie pod spódnicę, choć przecież naprawdę ma świetne nogi? Czasem intelektualna ciekawość kończy się więc pobiciem. Twarz nie szklanka, a okulary z plastykowymi soczewkami.

Tak samo wierciłem się w pociągu. Pot lał się ze mnie strumieniami, takie to było okropne lato, jednak nie dałem rady rozpoznać tytułu ani okładki. Pani spytała czy aby nie mam przypadkiem ataku padaczki i zaczęła opowiadać o swoim wnuku, niezwykle uzdolnionym artystycznie młodzianie, którego niestety też dotknęła ta straszna choroba i popadł w lekomanię. Co pewien czas kiwałem twierdząco głowę, mogę mieć tylko nadzieję, że w odpowiednich momentach, bo mój umysł niezmiennie zaprzątała tajemnica leżącej książki. Pani zaczęła się zbierać do wyjścia na mojej stacji, jakieś 20 minut przed czasem, książki jednak nie wzięła. Walczyłem ze sobą, literacka kradzież to najgorsza zbrodnia jaką można wyrządzić światu. Uspokajałem siebie tym, że książkę nie tyle kradnę, co ratuję i w ostatniej chwili przed odjazdem składu zdecydowałem się, przytuliłem ją do siebie i wyskoczyłem na peron.

W domu delikatnie położyłem na biurku. Pachniała świeżym papierem, i to nie tym pośledniejszego gatunku, żółtym, a najdelikatniejszym białym. Otwarłem, spojrzałem na stronę tytułową. “Lata z kundlem” rozszyfrowałem tytuł, autor był mi nieznany. Notka z ostatniej strony wspominała o słynnym amerykańskim pisarzu średniego pokolenia, absolwencie Harvardu i profesorze kreatywnego pisania na uniwersytecie w Alabamie.

Pamiętam jakby to było wczoraj. Kartkuję elegancki tomik, moje palce ślizgają się po stronach, marzę o niewielkim zacięciu. I wtedy niespokojne dłonie trafiają na pustkę. W środku znajdują wycięty prostokąt. Brakuje całych arkuszy papieru. Przeczytałem tyle książek szpiegowskich, ale oczywiście tylko tych lepszego gatunku, że znowu się pocę okrutnie, choć klimatyzacja pracuje aż miło. W jaką to aferę się wplatałeś tym razem, Adamie? – Złowieszczo chichocze ta gorsza, zwierzęca część mnie.

Ciąg dalszy nastąpi…

Adam, @naTTjuzbylo