Spacer po rozmarzonej stalowej strunie, cz. II

[Niniejszy tekst jest drugą częścią opowiadania. Jeśli nie czytałaś/-eś pierwszej części, tutaj możesz to nadrobić]

VI

Pot spływał ze mnie litrami. Co podniosłem rękę, spod pachy ruszał strumyk z siłą najnowszego środka czyszczącego albo górskiego potoku na wiosnę. Musiałem strasznie śmierdzieć. Nieznośnie swędziało w kilku miejscach, najsilniej w tych niewymawialnych. Oby to nie była choroba weneryczna, ledwie co wyleczyłem się z poprzedniej. Może to tylko pchły odziedziczone po poprzednikach? Gdybym wierzył w katolickiego Boga, modliłbym się o taką łaskę.

Zakopane okazało się być milutką miejscowością wypoczynkową, położoną w najdumniejszych polskich górach – Tatrach. Może i wyglądało jak skrzyżowanie Las Vegas z 1946 roku i Utach z początku wieku, ale bezsprzecznie posiadało dyskretny urok. Tutejsi mormoni, nazywani nie wiedzieć czemu “góralami”, wykazywali się wiarą równie mocną co ich amerykańscy pobratymcy, jednak pili zdecydowanie więcej niż religijni spadkobiercy nauczania Josepha Smitha. I wytworzyli fascynującą kulturę domów ornamentowanych.

O ile wiedziałem, pastor Smith nie był spokrewniony z poszukiwanym przeze mnie Smithem. W każdym razie ostatnie wydanie “Who is who” nic o tym nie wspominało. Ale obaj widocznie doznali objawienia. Albo obrażeń głowy.

Przytuliły się do mnie dwie efektowne blondynki. Sowa albo Żbik zrobił nam zdjęcie i po odbiór odbitek zaprosił ładniejszą. Na dzisiejszy wieczór.

Po dansingu.

VII

To co nazywają tu dansingiem, przegrałoby w trzeciej rundzie z najpodlejszą speluną w murzyńskim Harlemie, a najpóźniej w czwartej zostałoby znokautowane przez meliny Brooklynu, Polakom jednak siermiężność i niedoróbki stylu zdają się nie przeszkadzać, w końcu to już Wschód. Siedzą przy stołach z ceratą i obowiązkowym ceramicznym wazonem z poniemieckiej wytwórni porcelany, palą papierosy chyba ze słomy, obgadują każdego wokół. Z rzadka podnoszą się, by zatańczyć do najnowszego przeboju Mieczysława Fogga – to taki tutejszy Sinatra – albo Ireny Santor. Mało sobie nóg nie połamią, wracają jednak szczęśliwi do stolików. Panowie w koszulach non iron, panie w domowych kreacjach z zasłon. Sympatyczni młodzi ludzie pełni lepszych widoków na przyszłość, o zębach trawionych próchnicą.

Jak zdążyłem się zorientować, najgroźniejszym rodzajem Polaka jest intelektualista. I właśnie wczoraj się do mnie jeden taki przysiadł. Niby chciał tylko ognia, ale kiedy odkrył, że nie jestem Polakiem, od razu zaczął nawijać:

– Mów mi Janush. Ja-nnu-sh. – Wybełkotał – Jestem pisarzem. I to nawet znanym. – Kieliszek w jakiś sposób zmaterializował się tuż przed nim, jego zawartość już wędrowała w rozwartą gardziel – Ale co z tego? Co z tego? – Zawył na pół sali.

Rozejrzałem się niespokojnie, ale nikt nie zwracał na nas uwagi. Widocznie byli przyzwyczajeni do pijackich wyskoków tego typka i “Janush” mógł kontynuować swój gorączkowy monolog:

– Weźmy, że napiszę “Hamleta”. Ba, coś lepszego niż “Hamlet”, Bo ja mam panie talent, nie co ten nędzny angielski aktorzyna. No więc napiszę. I co z tego będę miał? Jajco. Psińco. Taki chuj. Turnus wakacyjny w Domu Literata w Konstancinie. Bony dolarowe. Medal kombatanta kultury i bohatera ludu. Trzeciej klasy. Tyle… Ale w takim Nowym Jorku, to ja bym panie dopiero pokazał! Im. Im wszystkim. I sobie też. W parku bym mieszkał, na gazetach spał, ale byłbym kimś.Kimś kimś kimś…

Chyba odpływałem ze zmęczenia, rozumiałem coraz mniej. Bełkotliwy głos dobiegał gdzieś spod stołu, zdania urywane charkotem z samej tchawicy. Mój przygodny znajomek, zdaje się, rzygał w najlepsze. I natychmiast ścierał wymiociny krawatem, taki porządny. Co inteligencja, to inteligencja. Bez ich etosu ten kraj już dawno padłby na pysk. Jakiś od razu kolorowszy się zrobił ten krawat, ale wolałem się ulotnić zanim uzyska kolory jak po LSD.

https://zakopane.fotopolska.eu/316765,foto.html
zdjęcie pochodzi z serwisu https://zakopane.fotopolska.eu

VIII

Obudziło mnie pukanie do drzwi, bynajmniej nie dyskretne. Wparował przez nie Żbik albo Sowa. Gębę miał ponurą. Pewnie dlatego od razu zaczął mnie szturchać, nie dając nawet dobrze rozkleić oczu. Ledwie co umyłem zęby i łyknąłem odrobinę z hotelowej buteleczki z alkoholem – potem się dowiedziałem, że były to perfumy pozostawione przez jakiegoś poprzedniego gościa, nawet niezłe – i poszliśmy na Krupówki.

Obecnie skacze po mnie rozbrykany pięciolatek, a jego – na oko trzyletnia – siostra szarpie mnie za ogon. Rozdziawiam paszczę i wtedy Sowa albo Żbik robi nam zdjęcie. Pracujemy pod przykryciem, on oczywiście trochę mniejszym, bo to ja noszę futro z misia. Podobno wieść o Amerykańcu już się rozniosła po Zakopanem i inaczej wszyscy by mnie lotem błyskawicy rozpoznali.

Przynajmniej wyjaśniło się dlaczego Żbik albo Sowa od rana taki rozdygotany i nie w humorze. Wczoraj zaczął śledztwo w kadrze lekkoatletycznej. Niczego konkretnego się nie dowiedział, ale przygruchał sobie jedną sprinterkę. I wszystko było ok, dopóki nie znaleźli się sami w pokoju i okazało, się że rzeczona piękność, jest, jakby to ująć?, nie do końca kobietą. Przynajmniej biorąc pod uwagę drugorzędne cechy płciowe. Żbik albo Sowa się zirytował, na dołek chciał zboczeńca wieźć, ale się okazało, że ma do czynienia nie tylko z medalistką olimpijską, ale i wyższą stopniem szarżą (w tym samym pionie). Została do rana.

IX

Więc stałem w samo południe pod letnim, upalnym słońcem północy, kostium śmierdział, dzieci tuliły się drapieżnie. Sowa albo Żbik cykał fotki. W sumie nie taka zła robota, ale monotonna jak ostrzeliwanie wietnamskich wiosek z helikoptera. Najczęściej pary z małymi dziećmi. On w garniturze, ona pach wózek. Sielanka. Nie to co te wszystkie feministki u mnie w kraju. Czasem jakiś playboy chcący zaimponować swojej wybrance.

Weźmy choćby tego. Stanął koło mnie szczerząc zęby, Żbik albo Sowa opuścił osłonę. Chce drugie. Staje przede mną w pozycji bokserskiej (odwróconej) i niby bije. Ja mam gryźć. Jeszcze czego, elegancik. Niech sobie te wąsiki gdzieś wsadzi. Wziął kwitek i podszedł do najnowszego modelu fiata w kolorze bahama yellow. Otworzył bagażnik. Dobiega mnie szept:

– Help me, Help! – Niegłośny, ale wyraźnie usłyszałem. Elegant zastrzygł wąsikami i natychmiast zatrzasnął klapę. Wskoczył do środka auta, odpalił silnik i ruszył z piskiem opon. Mój partner dopiero teraz reaguje, przez krótkofalówkę wzywa radiowóz. Wybiegam na ulicę, macham rękami, coś krzyczę, sam nie wiem w jakim języku:

– Gońcie draba!

Syrenki i skody nie zatrzymują się, jestem coraz bardziej zdesperowany. Dopiero jakaś landara staje przede mną, a jej kierowca ponagla:

– Wskakuj pan!

Już siedzę w fotelu. Ruszamy.

– Chłopcy, zapnijcie pasy – Kierowca odwraca się na moment do tyłu. Orientuję się, że nie jesteśmy sami w aucie, jeśli to coś można nazwać samochodem. Wygląda jak bicykl z 1880 roku, koni mechanicznych ma chyba jeszcze mniej. Dach zastępuje namiot, chyba cyrkowy. Z tyłu siedzą trzej skauci, tu z niewiadomych przyczyn nazywania harcerzami. Jeden groźnie wymachuje kuszą. Chcę wysiąść. Natychmiast. Nie pozwala na to kierowca, bladawy czterdziestolatek. Tak właśnie wyglądają pedofile, niebezpieczna myśl przebiega mi przez głowę.

– Wanted, wanted – Wskazuj na pojazd daleko przed nami.

– No, niech się pan nie martwi, dogonimy. Moje autko nie wygląda może najlepiej, ale zbudował je mój wujek i skrywa pewne tajemnice. – Uśmiecha się dziwnie. Wypisz wymaluj jak Gwałciciel z Karuzeli.

– W ogóle jestem Tomasz. Ale może pan do mnie mówić Pan… – Urywa.

– … Auteczko! – chórem kończą trzynastolatkowie za nami.

– Jeszcze tylko zatankuję. – Uśmiecha się porozumiewawczo do chłopców, a ci chichoczą jak opętani. Nie wiem dlaczego.

Kiedy Tomasz rozmawia z inkasentem, próbuję zatrzymać mijającą mnie znajomą warszawę, ale Żbik albo Sowa kręci odmownie głową. Dopiero po kwadransie ruszamy. Sześćdziesiątką. To tempo mnie niemal usypia, więc Kraków widzę jak za smogiem.

X

– Chłopcy, za chwilę będziemy w Katowicach. Chyba czas kończyć tę zabawę? -Z tyłu słyszę kolejny pomruk aprobaty, czy oni w ogóle potrafią mówić? A tak, przypominam sobie. Auteczko.

Ze zdumieniem spoglądam na licznik. Silnik mruczy miarowo i choć konstrukcja trzeszczy, pędzimy z prędkością 200 kilometrów na godzinę. A to jeszcze zdaje się nie maksimum! Warszawa pozostaje daleko z tyłu, zbliżamy się do fiata. Tomasz daje znaki długimi światłami, ale kierowca przed nami nie daje za wygraną. Jest jednak bez szans. Wyprzedzamy i nasz  ceratowy czołg, bo mimo wszystko ciężko nazywać to coś samochodem, tarasuje oba pasy jezdni. Fiacik zatrzymuje się, elegancik wyskakuje na drogę.

– Patrzcie, Badura. Kto by się spodziewał? – Tomasz odwraca się do harcerzy i porozumiewawczo mruga okiem, tym ze śmiechu aż łzy żłobią doliny w podziurawionych kraterami pryszczy policzkach. Mój kierowca wyskakuje z pojazdu, mężczyźni przyjaźnie podają sobie ręce.

– Czyli co, znowu mandacik? – Pyta mężczyzna nazwany Badurą.

Tomasz macha odznaką i wyciąga bloczek.

– W imię Polski Rzeczypospolitej Ludowej wręczam panu ten mandat w wysokości 500 złotych za przekroczenie prędkości i takie tam. Pokwitujesz?

– Cała przyjemność po mojej stronie Tomaszu – Rzecze ten drań, a ja zmierzam ku bagażnikowi. Wystarczy lekko stuknąć, otwiera się. Przestaję oddychać.

– Co to znowu za afera Waldemarze? – Pyta prawdziwa piękność i wystawia nogi poza auto. Wygląda prześlicznie, kiedy tak skołtunione włosy rozwiewają się na wietrze. – Marta jestem. – Przedstawia się i czeka aż pocałuję ją w rękę. Choć w zasadzie nie pocałuję, ale jedynie przesunę nosem.  Mają tu takie różne skomplikowane rytuały godowe.

– Philip – Opowiadam odruchowo – Znaczy się Filip.

– Pan walutowy? – Dziwi się księżniczka – Waldemarze, podaj mi moją walizkę, wracam z panem. Ale to futro to mógłbyś zdjąć, Filipie. My tu też mamy cywilizację. I nawet socjalizm.

Uświadamiam sobie, że nadal mam na sobie niedźwiedzią skórę. Od szóstej rana do teraz, a zdaje się zapadać zmierzch. Nie taki nagły jak w tropikach, raczej powolny jak kolej transsyberyjska albo skład z węglem jadącym ku Gdyni. “Czebacca” mielę przekleństwo w ustach, ale by się George uśmiał, gdyby mnie teraz mógł zobaczyć, w tej nowej przygodzie!

Adam, @naTTjuzbylo

Oceń ten wpis!