Szkoły cierpienia. „27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko

Kiedy sięgałam po 27 śmierci Toby’ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko myślałam, że wiele już widziałam i wiele czytałam na temat przemocy wobec dzieci. Sądziłam, że wiem, czego mogę się spodziewać. Jednak nie byłam gotowa na tę książkę. Wy też nie będziecie. 

Ta książka boli i dotyka na tak wielu poziomach, że dla wielu może okazać się zbyt wstrząsającą lekturą. Jednak ciężko ją odłożyć. Tak samo, jak ciężko jest uwierzyć w to, co za przyzwoleniem państwa działo się w jednym z najsympatyczniejszych krajów świata, jeszcze nie tak dawno temu. Nic absolutnie nic, nie jest w stanie was przygotować na zderzenie z okrucieństwem i opresją systemu kanadyjskich szkół z internatem. 

Ich historia zaczęła się w pierwszej połowie XIX wieku. Z założenia miały być ośrodkami edukacyjnymi, stworzonymi w celu krzewienia europejskich wartości wśród rdzennej ludności kontynentu. Instytucje rodzącego się państwa kanadyjskiego nie działały tak prężnie, jak dziś, toteż samo państwo nie miało najmniejszych szans, by takie przedsięwzięcie odpowiednio poprowadzi. Szkołami z internatem zajęły się więc głównie kościoły, tu i ówdzie konkurujące z prywatnymi fundatorami. Władze państwowe miały ograniczyć się do wsparcia finansowego i, jak się okazało, dość iluzorycznej kontroli.

Jesteś dzieckiem szczęścia, Toby. Bardzo ci współczuję.

Historia życia Toby’ego Obeda – tytułowego bohatera reportażu – którą poznajemy na pierwszych stronach książki przygniata ogromem cierpienia. Wraz z rodzeństwem został odebrany rodzicom i trafił do szkoły z internatem. W przeciwieństwie do większości podobnych instytucji, była to szkoła świecka, założona przez Wilfreda Grenfella1Czytelnicy mogą pamiętać jego nazwisko z książki Johna Gimlette “Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze” wydanej w 2014 roku przez Wydawnictwo Czarne w serii Orient Express.. Toby trafił tam w 1975 roku, miał zaledwie cztery lata. Czekały go lata bicia, przemocy, znęcania się. I znikąd pomocy.

Wciąż się bałem, co znów mi zrobią. Potem już całe życie wyczekiwaliśmy, skąd padnie cios. Całe życie na czworakach, skuleni.

Zamknięcie szkoły po kilku latach nie oznaczało końca gehenny. Bicie i złe traktowanie spotykały Tobiego także w dwudziestu rodzinach zastępczych, do których później trafiał. Nie pozwolono mu wrócić do rodzinnego domu.

Szkołę mogę wybaczyć, domy mogę wybaczyć. Z jednym nie mogę się pogodzić: że nikt mnie nigdy nie kochał.

Dziś, po wszystkim co go spotkało, także w dorosłym życiu, Toby mówi o sobie, że jest ocaleńcem. Tym, który przetrwał, survivor. Nam, Europejczykom, to określenie może kojarzyć się z osobami, które przetrwały obozy koncentracyjne i obozy śmierci. W Kanadzie kontekst jest inny i Gierak-Onoszko doskonale ten kontekst tłumaczy:

[…] teraz survivor to coraz częściej ten, który przeżył prowadzoną przez Kościoły szkołę z internatem. „Jestem ocaleńcem” to już prawie to samo, co „jestem po kościelnym internacie”.

Opowieść Toby’ego to tylko jedna historia, podobnych jemu było znacznie więcej. Ta Toby’ego nie jest wśród nich najbardziej wstrząsająca.

Całe życie na czworakach

W reportażu Gierak-Onoszko przeczytacie wiele tragicznych opowieści, które nie dadzą o sobie zapomnieć. Ze wszystkich strasznych rzeczy, jakie spotykały dzieci w szkołach, zwykłe bicie było najmniej wyrafinowanym sposobem znęcania się: 

Szkoły z internatem za sprawą panującego obowiązku posłuszeństwa, braku kontroli zewnętrznej, a nawet geograficznego oddalenia stanowiły idealny teren łowiecki dla sadystów i pedofilów.

Jednak, gdyby reporterka ograniczyła się do opisu straszliwych tortur i sadystycznej przemocy zadawanej dzieciom, jej książka, pomimo że nadal ważna i potrzebna, zbyt bliska byłaby pornografii cierpienia. Na szczęście Joanna Gierak-Onoszko nie poprzestaje na opowiedzeniu o tragedii tysięcy dzieci, lecz idzie o krok dalej. Pyta o odpowiedzialność – nas samych, Kanady i Kościoła Katolickiego. Opowiada o tym, jak trudne jest pojednanie i jak wielką walkę trzeba stoczyć, by wyrządzone krzywdy zostały uznane i doczekały się prób naprawienia.

Inżyniera społeczna w służbie białej rasy

Trzeba bowiem wiedzieć, że tragedia rdzennych mieszkańców Kanady nie zdarzyła się przypadkiem, lecz była konsekwencją zaplanowanego działania mającego na celu “ucywilizowanie” nie-białych Kanadyjczyków. To “krzewienie europejskich wartości” nie polegało na uczeniu alfabetu i posłuszeństwa dla brytyjskiej Korony. Dzieci odbierano rodzicom, aby wyplenić z nich rdzenną kulturę i wierzenia. Zamiast wojen – edukacja od podstaw. Dodatkowe odseparowanie od rodziców poprzez szkoły z internatem wydawało się być idealnym sposobem na przymusową asymilację “dzikusów”.

Trafiające do szkół dzieci traciły nie tylko kontakt z rodziną, kulturą i językiem przodków, ale całą tożsamość, łącznie z imieniem, które zastępował numer. Przebywając w ośrodkach, prowadzonych najczęściej przez duchownych i zakonnice, nie mogły liczyć nawet na edukację. Tania siła robocza, tym miały się stać po opuszczeniu internatu. 

Tak naprawdę szkoły nie miały być placówkami oświatowymi, ale samowystarczalnymi farmami pracowników.

Szkoły finansowało państwo, ale sprawowany nad nimi nadzór był czysto iluzoryczny. Odcięte od świata, położone na odludziu szkoły, stwarzały więc własne zasady funkcjonowania, oparte na wyrafinowanych systemach kar za choćby najdrobniejsze przewinienia. Jednak przemoc spadała na dzieci z każdej strony – nie tylko od personelu, ale i ze strony innych dzieci, i nie tylko jako kara. 

Prowadzone w znacznej mierze przez duchownych szkoły z internatem na zawsze złamały całe pokolenia rdzennych mieszkańców Kanady. Do dziś ich potomkowie dziedziczą traumę.

Szkoła minęła, ale skulenie nie.

Trudne pojednanie

Gdyby nie pewien wywiad telewizyjny opinia publiczna nigdy by się nie dowiedziała o istnieniu systemu szkół z internatem, choć oczywiście

[n]ie da się nie wiedzieć, więc przez te wszystkie lata Kanadyjczycy wiedzieli. Nie wiedziała tylko Kanada.

Aż do 2015 roku przypadki maltretowania i molestowania seksualnego dzieci w kanadyjskich szkołach z internatem uważano za odosobnione. Dopiero wywiad z Philem Fontainem zmienił sposób patrzenia na te sprawy:

W pierwszych dniach po wywiadzie mówi się nawet o siedmiu placówkach, w których dzieci miały paść ofiarami przemocy ze strony duchownych. Dziś wiadomo, że takich szkół naliczono sto trzydzieści sześć. Zamknięto w nich co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy dzieci.

Rozpoczął się trudny i mozolny proces pojednania, w którym Kanada brała udział niechętnie. Nie wszystkim krzywdom zadośćuczyniła i nie zawsze w wystarczającym stopniu. Cały proces walki ocaleńców o swoje prawa, który opisała w reportażu Gierak-Onoszko, w czytelniku budzi gniew i frustrację oraz poczucie, że sprawiedliwości nie stało się zadość. 

Kanadyjska droga

A mimo to, postępowanie władz Kanady może być przykładem dla świata. Kanada zrobiła więcej, niż inne kraje, które do dziś nie rozliczyły się z własną przeszłością. Getto ławkowe i pogromy w Polsce, niewolnictwo i trwająca wiele lat dyskryminacja nie-białych obywateli Stanów Zjednoczonych, zapewne żaden kraj nie jest bez winy. Przy czym sposób, w jaki Kanada podeszła do rozliczania samej siebie z historycznych przewin, to bardzo restrykcyjna droga. Wszyscy biali zostali obarczeni odpowiedzialnością za winy swoich przodków, zaś każdy, kto kwestionuje słowa survivors spotyka się z publicznym ostracyzmem. Tylko ocaleńcy mogą opowiadać o tym, co ich spotkało.

Takie rozwiązanie budzi w nas, Europejczykach, pewien sprzeciw. U nas zawsze kultury płynnie się przenikały, nikogo nie oburzało czerpanie na przykład z tradycji greckiej czy rzymskiej w polskiej poezji. Tymczasem rdzenni Kanadyjczycy nie zgadzają się, by biali korzystali w najmniejszym choćby stopniu z ich tradycji i kultury. W przeszłości już próbowano ograbić ich z własnej tożsamości, dziś nie ma na to przyzwolenia. Ich sztuka i zwyczaje oraz historia należą tylko do nich.

Łatwiej to zrozumieć, gdy wspomni się, że to “my” byliśmy najeźdźcami i uzurpatorami. My, Polacy?! – spytacie. Podobnie w swoim reportażu pyta Gierak-Onoszko, jednak dla swoich rozmówców – rdzennych Kanadyjczyków, pozostaje białą dziennikarką, potomkinią europejskich osadników, którzy niszczyli rdzenne dziedzictwo. Być może jako biali w pewnym stopniu wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za krzywdy wyrządzone (nadal?) ludziom o innym kolorze skóry? 27 śmierci Toby’ego Obeda zmusza do zastanowienia się także nad tym. 

Nieodkupione winy Kościoła

Istnieje w Kanadzie jedna instytucja, która po dziś dzień nie przeprosiła i nie zamierza tego robić. Kościół Katolicki pozostaje niewzruszony krzywdą wyrządzoną w instytucjach pod swoim patronatem. Choć zdarza się, że 

[…] niektórzy księża przepraszają, ale Kościół katolicki – już nie.

Problem ten jest zresztą znacznie szerszy, o czym przypomina sytuacja także polskich dzieci molestowanych przez księży. Gdy Marek Lisiński, ówczesny prezes fundacji Nie lękajcie się, został przyjęty na audiencji u Papieża Franciszka i przekazał mu raport na temat molestowania dzieci przez polskich księży, Papież przyjął dokument i ucałował jego dłoń.

Nad Wisłą ten gest odczytano bardzo pozytywnie – jako wzruszający ukłon głowy Kościoła w kierunku osoby skrzywdzonej jako dziecko przez katolickiego kapłana. W Kanadzie odebrano to zupełnie inaczej – jako pusty symbol, za którym nie idzie ani gotowość do uznania win, ani chęć wzięcia na siebie odpowiedzialności, ani też chęć naprawienia krzywd.

Jednak nie tylko postawa hierarchów Kościoła sprawia, że problem pozostaje niezałatwiony. 

Obywatele drugiej kategorii?

Książka jak refren przywołuje znane powiedzenie “Takie były czasy!” i zadaje jakże ważne dla nas wszystkich pytanie: Czy każdą krzywdę da się usprawiedliwić kontekstem historycznym? 

Szkoły z internatem to bowiem nie jedyne z systemowych działań mających na celu zniszczenie rdzennej populacji Kanadyjczyków. Nagminnie stosowano, często bez wiedzy i zgody kobiet, przymusowe sterylizacje, nakłanianie rdzennych kobiet do aborcji i przymusowe oddawanie rdzennych dzieci do adopcji – niektóre z tych działań były praktykowane jeszcze na początku lat 90. XX wieku. Po dziś dzień to rdzennym mieszkańcom Kanady odbiera się dzieci częściej, niż białym. 

Konsekwencje podejścia do rdzennych mieszkańców żyją nadal także w postaci przemocy wobec kobiet, ponieważ

[r]dzenne Kanadyjki są blisko cztery razy bardziej narażone na przemoc niż ich białe sąsiadki, a policja niewiele z tym robi.

Łatwość z jaką kobiety i dziewczyny mogą stać się ofiarami przemocy, to także efekt zaniedbań państwa. Na przykład brak transportu publicznego sprawia, że autostopowiczki stają się łatwym łupem dla drapieżników, których z dużym prawdopodobieństwem nie dosięgnie żadna kara.

Problemy, z jakimi zmagają się kolejne pokolenia rdzennych Kanadyjczyków – uzależnienia czy plaga samobójstw – wydają się być dalekosiężnymi konsekwencjami systemu szkół z internatem. 

W rezerwacie można się urodzić i można umierać, tylko nie da się tam żyć.

Debiutancki reportaż Joanny Gierak-Onoszko nie należy do łatwych lektur. Za każdym razem, gdy dostajemy odrobinę nadziei – następna opowieść odbiera ją nam zupełnie. Będziecie płakać i kipieć słusznym gniewem, ale przeczytacie wszystko. Koniecznie sięgnijcie po 27 śmierci Toby’ego Obeda – prawdopodobnie najlepszy debiut, nie tylko reporterski, tego roku.

Anna Lipińska, @PoProstuAnia
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Joanna Gierak-Onoszko, 27 śmierci Toby’ego Obeda, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2019.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi