ok 9 minut zajmie Ci przeczytanie tego tekstuAdam Tooze, „Cena zniszczenia. Wzrost i załamanie nazistowskiej gospodarki”

Z tą pozycją jest jak z filmami Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem zaś napięcie nieprzerwanie rośnie. Autor bowiem już we wstępie dekonstruuje powszechnie znany obraz nazistowskiej gospodarki i z każdym kolejnym rozdziałem buduje go zupełnie na nowo.

Bardzo szanuję Wydawnictwo Napoleon V. Jeśli biorę do ręki wydaną przez nich ponad 700 stronicową – tak jak „Cenę zniszczenia” – książkę, to mam pewność, że to dostaję gęsty druk i małe marginesy, dzięki którym nie mam poczucia, że ktokolwiek próbuje rozdąć książkę do niebotycznych rozmiarów tylko po to, by dać wyższą cenę. Czuję się dzięki temu traktowany uczciwie i nie mam poczucia, że tracę jakże cenne miejsce na regałach z książkami.

Sama lektura nie jest łatwa. Autor już na wstępie zaznacza, że będzie ona żmudna, a sama konstrukcja książki jest linearna, więc aby poznać wnioski trzeba zapoznać się wcześniej z całością. Tylko co bardziej niecierpliwych autor odsyła od razu do końcowego rozdziału 20. Ogrom wiedzy i materiału to jedno, a konieczność przynajmniej podstawowego orientowania się w pojęciach ekonomicznych to drugie. Założenie książki jest takie, że bierze ją do ręki czytelnik, któremu nie tylko nieobce są pojęcia bilansu płatniczego, dewaluacji, standardu złota czy też deflacji, ale który potrafi także zrozumieć, jak np. działa opisany mechanizm płacenia firmom za kontrakty państwowe nie od razu w gotówce, ale w formie oprocentowanych weksli. Wszystko to sprawia, że nie jest to lektura do „pochłonięcia na raz”, nawet dla wytrwałego mola książkowego przyzwyczajonego do ekspresowego czytania tysiącstronicowych książek. Z twitterowych rozmów pod hasztagiem #readlist2018pl widzę, że kilka osób które czytają „Cenę zniszczenia” dotknął ten sam syndrom co i mnie – w pewnym momencie otóż trzeba sobie zrobić przerwę. Przyswoić pierwsze wrażenia, styl narracji, nagromadzenie danych. Mnie to dotknęło gdzieś w okolicach opisu zawarcia paktu między wielkim biznesem a nazistami w pierwszych latach ich rządów. Ale potem z tym większą– przynajmniej w moim wypadku – przyjemnością wraca się do lektury.

Powyższe „trudności” nie sprawiają jednak, bym mniej cenił tę opowieść o nazistowskiej gospodarce. Doceniam autora za to, że zebrawszy ogrom danych autor potrafił nadać im kompletny obraz i w sposób przemyślany udowodnić swoje tezy. Dzięki temu nawet na chwilę nie gubi się myśli przewodniej, że głównym celem Hitlera i machiny III Rzeszy nie była Francja, Wielka Brytania, czy nawet Związek Radziecki, ale Ameryka. Już dość obszerny wstęp pokazuje z jednej strony tendencje Republiki Weimarskiej, by Niemcy stały się elementem światowej układanki gospodarczej, a z drugiej Hitlera który już na przełomie lat 20 i 30 XX w. zdawał sobie sprawę z rosnącej roli Ameryki:

„W istocie Hitler uważał, że wyłaniająca się gospodarcza dominacja Stanów Zjednoczonych zagrażała „globalnemu znaczeniu” wszystkich krajów europejskich. Jeśli europejscy politycy nie otrząsną swoich społeczeństw z ich codziennej „politycznej bezmyślności”, „groźna, globalna hegemonia kontynentu północnoamerykańskiego” zredukuje je wszystkie do statusu „Szwajcarii albo Holandii”.

Takie osądy są niemałym zaskoczeniem dla czytelnika przyzwyczajonego do powszechnie znanych tez, że Hitler stworzył gospodarczego kolosa, by pobić Aliantów na zachodzie Europy, a potem ZSRR dla mitycznego Lebensraumu. Takie podboje oczywiście prowadził, ale miał to być wyłącznie środek do ostatecznego pobicia Ameryki. Nie będę zdradzał zbyt wiele z książki (w końcu wiadomo, kto wygrał wojnę), jeśli powiem, że już we wspomnianym wstępie autor jasno stwierdza, że transfery gospodarcze w kierunku przemysłu zbrojeniowego nie miały swego odpowiednika w historii, ale zwyczajnie:

„Niemiecka gospodarka była po prostu nie dość silna, aby zbudować armię niezbędną do pokonania jej wszystkich europejskich sąsiadów, w tym Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych”.

Nie dziwi to, jeśli zdamy sobie sprawę, że szalony plan podboju świata narodził się w chorej głowie przywódcy kraju, który ku realizacji tego celu nie miał w zasadzie żadnych narzędzi, bowiem:

„[…] dochód narodowy na głowę mieszkańca był w latach 30. dość przeciętny i w dzisiejszych warunkach byłby porównywalny z Iranem albo Afryką Południową. Poziom konsumpcji, jakim cieszyła się większość ludności, był skromny i leżał daleko z tyłu za większością ich zachodnioeuropejskich sąsiadów. Niemcy pod władzą Hitlera były wciąż tylko częściowo zmodernizowanym społeczeństwem, gdzie codzienne życie ponad 15 mln ludzi opierało się albo na tradycyjnym rzemiośle, albo na pracy na roli”.

Przytaczam bezwstydnie powyższe fragmenty, bowiem stanowią w mojej opinii główną oś tej doskonałej książki. Kolejne rozdziały pokazujące wysiłek w zarządzaniu gospodarki stanowią wypełnienie ram, które już we wstępie dały nam obraz tego, że oto przeciętny gospodarczo kraj zaplanował stanie się światowym hegemonem, nie mając ku temu wystarczających narzędzi, nawet jeśli dokonywał kolejnych podbojów, zwiększając dzięki nim zasoby i bazę tak potrzebnych surowców.

„Cena zniszczenia” była pierwszą stricte gospodarczą historią III Rzeszy, a nawet okresu około II wojny światowej, jaką przeczytałem. Stąd też z niejaką ciekawością uświadamiałem sobie, że nawet najbardziej wynaturzony reżim nie mógł sobie pozwolić na całkowite zignorowanie mechanizmów gospodarki kraju, a nawet – biorąc pod uwagę, że lata 30te XX w. dalekie były od globalizacji w dzisiejszym rozumieniu – powiązań międzynarodowych. Dowiadujemy się więc, że za każdym działaniem, najazdem, ofensywą, które znamy z podręczników i „historiografii głównego nurtu” (jak sam nazywa ją autor) stały konkretne decyzje gospodarcze. Autor postawił sobie za cel  „postawienie gospodarki w centrum rozumienia hitlerowskiego reżimu, a to poprzez dostarczenie opisu ekonomicznego, który pomoże nadać sens wykreowanej przez ostatnie pokolenie historii politycznej” i to mu się moim zdaniem doskonale udaje. Przedstawia nam opis tego, w jaki sposób Hitler i jego poplecznicy zmobilizowali w niewyobrażalnym stopniu gospodarkę i społeczeństwo do wysiłku starcia z połową świata, równocześnie stosując zabiegi, które były nie tylko populistyczne, ale miały wszelkie cechy dzisiejszego PR, by w jak najmniejszym stopniu ciężar wojny odczuwało społeczeństwo. Udawało się to aż do końcówki 1944 r., kiedy masowe bombardowania alianckie przeniosły wojnę realnie na terytorium Niemiec.

Nie sposób jest na potrzeby recenzji opisać wszystkich elementów układanki, które składały się na nazistowską gospodarkę, a które zostały opisane. Poznajemy szczegółowe opisy produkcji stali, ale i budzące ciekawość, a nawet zdumienie, tezy o tym, że podbój Europy Zachodniej w zasadzie obciążył gospodarkę bardziej, niźli pomógł jej surowcami i siłą roboczą. Teza o tyle ciekawa, że stanowi uzasadnienie do ataku na ZSRR przed rozprawą z resztą świata Zachodu, czyli Stanami Zjednoczonymi. Lebensraum zdobyty na wschodzie miał być ukoronowaniem budowy tysiącletniej Rzeszy.

Tutaj też dostajemy wyraźne nawiązanie spraw gospodarczych ze zbrodniczą ideologią:

W jego [Hitlera] umyśle zagrożenie Trzeciej Rzeszy ze strony Stanów Zjednoczonych nie było tylko zwykłą rywalizacją supermocarstw. Było ono egzystencjalne i związane z permanentnym lękiem Hitlera przed światem żydowskiego spisku, manifestującego się w formie „żydowskiego Wall Street” i „żydowskich mediów” Stanów Zjednoczonych. To właśnie ta fantastyczna interpretacja rzeczywistego układu sił dała decyzjom Hitlera walor zmienności i ryzyka. Niemcy nie mogły tak po prostu pogodzić się z pozycją zamożnego satelity Stanów Zjednoczonych, jak  to wydawało się być w latach 20. losem Republiki Weimarskiej, ponieważ rezultatem tego byłoby zniewolenie w świecie żydowskiego spisku, a finalnie śmierć rasy.

Czytając tę pracę dzisiaj, w okresie wzmożenia dyskusji nad Holokaustem (abstrahując od poziomu tejże dyskusji), można odnieść wrażenie, że sprawa ta potraktowana została powierzchownie. To jednak tylko pierwsze wrażanie, bowiem tak jak wszystko zbrodnia ta została przez autora wpisana w mechanizmy gospodarcze. Grabież majątku zamordowanych Żydów stanowi więc dla autora odrębny element niemieckiej gospodarki, podobnie jak praca więźniów i zbrodnicze dylematy, jak bardzo można tychże więźniów nie karmić, by nie obniżyć ich wydajności. W miarę lektury sprawa ludobójstwa zaczyna więc przerażać jeszcze bardziej, gdy widzimy, że nie była on aż tak bardzo oderwana od rzeczywistości III Rzeszy, że nie stanowiła tylko wytworów chorych umysłów bez realnego związku z innymi dziedzinami życia. Zaznaczyć należy, iż naziści stworzyli plan zagłodzenia miast na zajętych terenach ZSRR i gdyby ten plan się powiódł, to przyćmiłby swą skalą nawet zbrodnie na narodzie żydowskim.

Pokazanie mechanizmu całej gospodarki uświadamia nam jeszcze, że wszelkie procesy i działania są ważniejsze niż człowiek. Autor obala bowiem mity Fritza Todta i Alberta Speera, jako niemalże cudotwórców gospodarczych pokazując, że ich sukcesy były w głównej mierze zbieraniem owoców wysiłków ich poprzedników. Przy okazji niejako pozbawia się obrazu Speera jako rzekomego technokraty nie mającego wiele wspólnego ze zbrodniczym reżimem.

Tak jak zaznaczyłem wcześniej – krok po kroku poznajemy w „Cenie zniszczenia” kolejne próby zbudowania potęgi militarnej, które mimo nadludzkiego wysiłku nie mogły się powieść. I nie chodzi o to, że „generał Mróz”

zatrzymał Wehrmacht pod Moskwą w 1941 r., a rok później pomógł wymrozić 6 Armię Paulusa, lecz o to że prozaiczny brak wagonów nie pozwalał na transport węgla ze Śląska w głąb Niemiec, a Me 109 bardzo szybko stał się technologicznie samolotem przestarzałym. To tylko dwa przykłady olbrzymiej układanki, którą z całą pewnością warto poznać, do czego szczerze zachęcam.

Adam Tooze, Cena zniszczenia. Wzrost i załamanie nazistowskiej gospodarki, wydawnictwo Napoleon V

Piotr

3.8 (76%) 5 votes