Wciąż tak samo pachnie legenda. Agnieszka Metelska, “Złota. Legenda Haliny Konopackiej”

Szczerze mówiąc biografie sportowców uważam za jedną z najdziwaczniejszych form literackich. Nie potrafię ogarnąć umysłem i wyobraźnią pisania o życiu jeszcze czynnych piłkarzy czy kierowców rajdowych. W przypadku Złotej. Legendy Haliny Konopackiej z góry uspokajał fakt poświęcenia książki gwieździe dawnych czasów. A potem miło zaskoczył fakt, że tego sportu było tu chyba najmniej, a za to tak wiele, o tak wspaniałej kobiecie.

Większość osób kojarzących postać Haliny Konopackiej potrafi powiedzieć, że to pierwsza polska złota medalistka olimpijska. Dalej jest już gorzej, bo czasy to dawne. Tym bardziej trzeba sięgnąć po książkę Agnieszki Metelskiej. Także by dowiedzieć się, jak niebanalną i zachwycającą postacią była Leonarda Kazimiera (tak, tak, nie miała w ogóle na imię Halina) Konopacka-Matuszewska-Szczerbińska.

Czegóż w tej książce nie ma! Jest sport – w sumie nie może być inaczej w przypadku złotej medalistki Igrzysk w Amsterdamie w 1928 r. To jednak tylko jeden z wielu równoprawnych elementów. Do tego dochodzą bowiem choćby: emancypacja, piłsudczycy, sanacja, wielkie uczucie, czy też… Skamandryci.

Sportowe emancypantki

Konopacka zdobyła złoty medal olimpijski w rzucie dyskiem, lecz to był tylko jeden z wielu sportów, jakie uprawiała. Halina bowiem

„Rzucała oszczepem, dyskiem, pchała kulą (dwie ostatnie dyscypliny uprawiała także oburącz, naprzemiennie prawą i lewą ręką; wyniki sumowano), skakała wzwyż, w dal, startowała w trójboju, w pięcioboju, w sztafetach, grała w koszykówkę, w hazenę (odmianę piłki ręcznej), rzucała niemal kilogramową piłką uszatą, przepływała Wisłę wpław i bardzo lubiła wiosłować po Bałtyku. Nazywano ją „lekkoatletką all round” lub „une femme sporte” […] W przyszłości będzie znakomitą tenisistką i jako ozdoba swojej lancii wystartuje w rajdach automobilowych dla pań. Jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce, które zrobiły prawo jazdy”.

W świecie dzisiejszego, wysoce specjalistycznego sportu goniącego za coraz lepszymi wynikami, taka wszechstronność musi budzić zdumienie. A przecież nie mówimy dodatkowo np. o nartach, na których z zapałem szusowała w ulubionym Zakopanem. Oczywistym staje się, że Konopacka musiała być samorodnym talentem, wybitnym sportowcem, który zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. Talent ten popierała jednak ciężką pracą i nie traktowała sportu jako zabawy. Widać to jasno po gniewnej reakcji na słowa Marszałka Piłsudskiego, który po sukcesie na Igrzyskach stwierdził, że

„wolałby, żeby młodzi ludzie, zamiast bić rekordy, ćwiczyli na wszystkich boiskach Polski, bo chciałby swoją młodzież widzieć piękną i zdrową”.

Konopacka po latach przyznała, że w tamtym momencie

„Dreszcz buntu przeleciał mi po grzbiecie, chciałam powiedzieć, że nie ma zwycięstwa bez zmagania, […] wysiłku bez rozkoszy pokonania siebie, warunków, przeciwnika”.

Sport nie był też w tamtych czasach celem samym w sobie. Na pewno nie dla kobiet. Agnieszka Metelska w początkowych rozdziałach zajmująco opisuje walkę kobiet o równouprawnienie. Walkę, która w II Rzeczypospolitej nie skończyła się wraz z przyznaniem paniom praw wyborczych, a wprost przeciwnie – można odnieść wrażenie, że wtedy dopiero się zaczęła. Mimo upływu stulecia dziwnie znajomo brzmią np. opisy księdza grzmiącego z ambony o demoralizacji kobiet uprawiających sport. Dla kobiet

„dobijanie się do zamkniętych bram męskiego świata wymagało determinacji i uporu. Kobiety, zarówno w kwestiach społecznych, jak i sportowych, musiały wykazywać się konsekwencją, tworzyć struktury organizacyjne, a także odwagą, żeby łamać uprzedzenia obyczajowe i konwenanse. Kobiecy ruch sportowy po I wojnie światowej szedł w jednym szeregu z ruchami emancypacyjnymi”.

Brylantów się nie omija

Leonarda Kazimiera Konopacka-Matuszewska-Szczerbińska, jak łatwo zauważyć, była dwukrotnie zamężna. To jednak pierwszy mąż, Ignacy Matuszewski, był miłością jej życia. Hiram, jak sama go nazwała. Ich związek zaskoczył ówczesną śmietankę towarzyską. Wyglądali na pierwszy rzut oka na niedobraną parę. Nie dlatego, że żona górowała wzrostem nad mężem. Ona była wcieleniem delikatności i powabu, a on – bohater wojenny, archetyp patrioty i państwowca ery II RP. Dyplomata, minister, sprawny i przenikliwy publicysta.

„Czasami wydawał się jak z kamienia. Nie należał do ludzi łatwych w przyjaźni; miało się wrażenie, że nikt nie jest mu potrzebny. Nie zwierzał się nikomu, nie wywnętrzał, nie zadawał pytań ani nie oczekiwał odpowiedzi. Zamknięty w sobie, zdolny był do niezwykle intensywnego skupienia”.

Konopacka pytała samą siebie, czy w jego osobie odnalazła brylant i szybko odpowiadała, że takich „brylantów się nie omija”. Byli różnymi osobowościami, każde jakby ulepione z innej gliny, ale nie dostajemy informacji o ewentualnie trapiących ich kryzysach i wahaniach wzajemnego uczucia.

Można w konsekwencji uznać, że spora część Złotej to tak naprawdę opowieść o Państwu Matuszewskich, a nie tylko o Halinie. Wydawali się idealnie uzupełniać i wspierać. Doskonale widać to choćby w pasjonującym opisie operacji wywiezienia rezerw złota z upadającej II RP aż do Francji. Potem zaś w opisie trudnego emigracyjnego życia, gdy Hiram walczył o swoją godność oraz honor patrioty i dawnego piłsudczyka, co doskonale znamy z Wyspy węży Małgorzaty Szejnert. Po jego śmierci Halina pozostała wierna jego ideałom, dbając chociażby o wydanie jego dzieł.

Wśród Skamandrytów

Miłość do poezji to jeszcze jeden z elementów, które połączyły Halinę i Hirama. Ona uwielbiała poezję od zawsze, próbując również swoich sił w pisaniu wierszy. On

„jak ona [był] zaczarowany poezją. Uwielbiał Lechonia. Znał na pamięć cały tom ‘Srebrne i czarne’, wszystkie te wiersze przełożył na włoski. Halina odkrywała przed nim poetycką duszę. Przecież pisała wiersze. I uwielbiała Lechonia”.

Wielkim przyjacielem Haliny (jak i Hirama) był Kazimierz Wierzyński. Był swoistym mentorem, który pozwolił jej wejść w środowisko największej grupy w historii polskiej poezji, będącej przecież jednym z symboli życia wyższych sfer II RP. Choćby obok wymienionych w książce słynnych restauracji i knajp międzywojennej Warszawy, gdzie

„Halina murawę stadionu z łatwością zamieniła na parkiety w modnych restauracjach, sportowy kostium na wieczorową suknię, a zamiast dysku wzięła do ręki wachlarz. Gdy pojawiali się z Ignacym w Adrii, Oazie czy Kakadu, to ona ruszała do tańca, co przy jej urodzie i temperamencie nie sprawiało specjalnych trudności”.

Znany poeta i legenda wielkiej lekkoatletki pozwoliły zakosztować także sławy poetki:

„Mimo niewątpliwych zdolności Halina – gdyby jej poezje drukowano w pismach kobiecych – podzieliłaby zapewne los zapomnianych autorek […]. Sława wybitnej sportsmenki i przyjaźń z Wierzyńskim, który namawiał Konopacką do pracy, wyniosły ją na poetycki parnas. Zwłaszcza że Kazimierz chętnie przedstawiał przyjaciółkę wpływowym redaktorom prestiżowych pism”.

Wszystko to pozwoliło Halinie zadebiutować tomikiem wierszy. Tomikiem, który w wojennej zawierusze prawie zupełnie zaginął. Dopiero Krzysztof Zuchora – teoretyk i wykładowca wychowania fizycznego, nauczyciel akademicki, poeta, odnalazł po latach niemal cudem jeden egzemplarz, którego kopia trafiła dzięki niemu z powrotem do Haliny.

Z pewnym zakłopotaniem

Długo by mówić o Halinie Konopackiej. O jej talentach, osobowości, urodzie. Pozostaje więc sięgnąć do książki Agnieszki Metelskiej. Za zachętę niechaj posłuży też moje ciche wyznanie. Otóż Helena Konopacka mnie zachwyciła. Tak, wiem, często powtarzają się takie słowa w recenzjach. Nie o taki „urzędowy” zachwyt mi jednak chodzi. Na spisanych przez Agnieszkę Metelską stronicach utworzył się bowiem obraz kobiety, która musiała zachwycać całym swym jestestwem. Nie chodzi tylko o to, że

„Halina była piękna. Rysy regularne, duże orzechowe oczy ze złotawym połyskiem, świeża cera, ciemne lśniące włosy. Dodajmy sto osiemdziesiąt jeden centymetrów wzrostu, sześćdziesiąt sześć kilo wagi, talię osy. Trzymała się prosto jak trzcina, a smukłość pomniejszała wrażenie, jakie wywierał nadmierny w tamtych czasach wzrost”.

Była osobą oczytaną, wszechstronnie uzdolnioną, czarującą w towarzystwie i serdeczną w kontaktach rodzinnych. Zostawiając nawet na boku status ówczesnej celebrytki, nie sądzę, by znalazło się wielu, którzy byliby odporni na jej wdzięk.

Na pewno bym się do nich nie zaliczał.

Dobrze się stało, że Agnieszka Metelska odświeżyła pamięć o Halinie Konopackiej. Jej legenda wciąż przecież jest żywa i taka pozostanie. Jak sama pisała w swoim jedynym tomiku wierszy:

„Nic się przecież nie zmieniło.
Od tych czasów sprzed stu laty,
wciąż tak samo pachnie miłość
i tak samo pachną kwiaty”.

Piotr, @p_e_t_ar
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Agnieszka Metelska, Złota. Legenda Haliny Konopackiej, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019.

Podziel się z innymi