Ameryka musi upaść?!

“Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?” – zdają się powtarzać słynne pytanie Kazimierza Górskiego trzy ważne amerykańskie powieści w ostatnim roku wydane i u nas. I próbują same z siebie od razu na nie, na to wielkie pytanie naszych czasów, odpowiedzieć. Z różnym skutkiem, choć na pewno lepszym niż selekcjoner Jerzy Engel w pamiętnym 2002 roku, któremu wówczas firmowy uśmiech zamarł na twarzy.

Uwaga: w tym tekście nie będzie więcej nawiązań do prawdziwej piłki nożnej, nie obejdzie się bez uwag o futbolu. Amerykańskim.Niksy - Nathan Hill | okładka

Na pierwszy ogień idą “Niksy” Nathana Hilla. W przedstawianym zestawie to powieść najbardziej klasyczna, najgrubsza i mająca największe ambicje. Kombinowałem, czym mogą być te “niksy”, zastanawiałem się nawet, czy to nie jakieś zmasakrowane w polskim tłumaczeniu nawiązanie do lat 90. XX wieku, ale nie. Niksy to skandynawskie demony, niby z tych milszych, ale jeśli nie dopełnisz należnych im rytuałów, to groźnych i ingerujących w życie mieszkających w pobliżu ludzi. I tak pewnego dnia dopadają one głównego bohatera, trzydziestoletniego+ wykładowcy literatury na podrzędnym uniwersytecie, który musi się zmierzyć z rodzinną tajemnicą. Brzmi znajomo? Przecież “powieść akademicka” to cały osobny nurt w amerykańskiej literaturze. A to tylko początek, bo czego tu nie ma ponadto! Opisy “szczęśliwych” lat pięćdziesiątych, bunt 68 roku, reaganomika lat 80. mieszają się ze współczesnością, czyli oskarżeniem o mobbing studentki, drugą wojną w Iraku i uzależnieniem od gier komputerowych. Uff, a to naprawdę jeszcze nie wszystko. Muszę jednak przyznać, że jest to poprowadzone bardzo zgrabnie, na kilometry, znaczy się mile, trąci jednak największym nieszczęściem współczesnego anglosaskiego pisania, czyli kursami kreatywnego pisania. Tu wszystko tak (nie)pięknie do siebie pasuje, że nawet finały są dwa. Pierwszy gorzki, bo pokazujący jak wszystko w naszym życiu, nawet sukces, jest relatywne i zależne od społecznych układów sięgających daleko w przeszłość. Drugi niebezpiecznie zmierzający ku happy endowi, bo się jednak głównemu bohaterowi jakoś życie z powrotem układa, może nawet z dziewczyną, którą pokochał w dzieciństwie…

Nathan Hill Niksy, Znak 2017

Sprzedawczyk - autorZupełnym formalnym przeciwieństwem książki Hilla jest “Sprzedawczyk” Paula Beatty’ego. To trzystustronicowa tyrada, monolog pełen wściekłości i w ogóle straszna powieść, do tego niesamowicie śmieszna. Bohaterem i narratorem jest znowu z grubsza trzydziestolatek+, mieszkający na murzyńskim przedmieściu Los Angeles właściciel farmy, milioner jeżdżący do domu na koniu, choć już nie pamiętam czy białym. Brzmi dziwacznie? No to po kolei: “murzyńska” dzielnica jest w coraz większym stopniu latynoska, farma należy do rodziny od pokoleń, a milionerem został dzięki odszkodowaniu od miejscowej policji, która jego ojca, afroamerykańskiego działacza politycznego, omyłkowo zastrzeliła. Tatuńcio był zresztą postacią dość toksyczną, w przypadku białego ojca rodziny można by bez wahania napisać wprost – szaleńcem był, totalnym wariatem i furiatem, ale czy wypada tak o afroamerykańskim ojcu, który nie tylko nie porzucił swego syna, ale wysłał go na studia i i był założycielem “klubu” zrzeszającego tutejszą elitę intelektualną? Tego jest więcej, tych wszystkich koszmarnych nawiązań do murzyńskości w kulturze popularnej, bo ostatni żyjący łobuziak z “Klanu” (urwisów) na starość sprzedaje się do niewoli, by lepiej żyć i mieć swego massa (nim jest oczywiście nasz – czarnoskóry – bohater), a próba przywrócenia segregacji kończy się przed Sądem Najwyższym, którego najbardziej konserwatywnym członkiem jest oczywiście Cz…, przepraszam, Afroamerykanin. Językowo autor, a za nim tłumacz, odlatują w regiony będące momentami daleko za literaturą. Najciekawsze jest jednak to, że “Sprzedawczyk” nie jest pełnym kpiny uderzeniem w polityczną poprawność – jak się może wydawać na początku – ale napomnieniem, że sama polityczna poprawność nie wystarcza. Ba, służy skrywaniu rzeczywistości. Tak jak w przypadku miejscowej szkoły, w której dopiero wprowadzenie “segregacji” uświadamia mieszkańcom, że pełnowartościowego – bo Latynos nie do końca jest biały, prawda? – białego dzieciaka nie widziano w niej od pokoleń.

Niezbyt rozumiem rozszerzenie formuły Bookera, i tak już przecież szerokiej, o pisarzy amerykańskich, ale jeśli dzięki temu takie książki jak “Sprzedawczyk są tłumaczone u nas szybciej (albo w ogóle wydawane), to może miało to sens?

Paul Beatty Sprzedawczyk, Sonia Draga 2018

“Długi marsz w połowie meczu” Bena Fountaina lokuje się gdzieś pomiędzy wyżej opisanymi powieściami. Jest napisany w trzeciej osobie, ale językowo zdecydowanie bliżej mu do książki Beatty’ego. Z kolei zakres opisywanych wydarzeń, choć akcja rozgrywa się jednego dnia, dokładnie w Święto Dziękczynienia dwanaście-piętnaście lat temu, sytuuje “Długi marsz” nieopodal książki Hilla. Prezydentem jest nadal George W. Bush, ale sytuacja w Iraku coraz bardziej wymyka się spod kontroli, pojawiają się symptomy przegrzania gospodarki, więc armia wspólnie z komitetami obywateli organizuje triumfalne tournée bohaterskiego oddziału Bravo po kraju. Ściskają ręce, rozdają autografy, prężą się na baczność, negocjują kontrakt filmowy i upijają kiedy tylko mogą. Zwieńczeniem ma być wielkie show w przerwie meczu futbolu, tego amerykańskiego, na stadionie Dallas Cowboys. Fountain zgrabnie wykorzystuje amerykańskie “świętości” (mecz futbolowy w Święto Dziękczynienia! Koncert Destiny’s Child w przerwie!!!) do uchwycenia momentu w którym Ameryka nadal jest potęgą i pręży muskuły, ale kto chce, dostrzeże liczne pęknięcia na pięknej panoramie amerykańskiego snu. Zasadniczo nie ma tu niczego bardzo nowego, Fountain “tylko” zgrabnie łączy wątki i daje przefiltrowany przez wydarzenia ostatniej dekady obraz ówczesnej Ameryki. Nie jest jednak meczący i nie przegina w żadną stronę. Nawet sceny bitewne opisuje – co istotne pisarz nie brał w tej wojnie udziału, w chwili publikacji “Długiego marszu” miał niemal sześćdziesiątkę – wiarygodnie, bardziej skupiając się na jej transmisji za pomocą kamer telewizyjnych, niż na tym co się rzeczywiście wydarzyło. Szkoda tylko, że nie przekreślił ostatniego akapitu, ale w sumie podobne niedopatrzenie przytrafiło się, w różnej skali, wszystkim trzem książkom. Nawet “Sprzedawczyk”, który jest w tym zestawie powieścią najlepszą, lekko traci w końcówce na intensywności.

Ben Fountain Długi marsz w połowie meczu, Czarne 2017

Adam, @naTTjuzbylo