Babibi, czyli prawo serii

Kultowa seria Prozy Iberoamerykańskiej Wydawnictwa Literackiego charakteryzowała się szatą graficzną – wiele lat później podebraną przez zupełnie inne wydawnictwo, choć już bez tak spektakularnego efektu – oraz rozkosznym bałaganem w doborze autorów. Dziś, po półwieczu, niektóre nazwiska zadziwiają.

Oczywiście pojawiły się w niej klasyki dwudziestowiecznej prozy typu Sto lat samotności, powieści Llosy czy opowiadania Borgesa. Wydano też mniej znanych klasyków Latynoameryki oraz sporą grupę solidnych pisarzy, dziś już kompletnie zapomnianych, z nieocenionym Juanem Carlosem Onettim na czele. Do tego sporo twórców związanych z ruchem indiańskim lub wiernych komunistycznej ideologii. A także tamtejszych eksperymentatorów różnych lotów. 

I tak mi się przypomniała ta seria hispanoamerykańska przy okazji czytania trzech książek z zupełnie innej serii wydawniczej, absolutnie współczesnej i całkowicie polskiej. Tak, mimo egzotycznego tytułu tego tekstu, napiszę w nim kilka słów o trzech powieściach polskich autorów.

Tytuł tego tekstu jest nieładną grą z pierwszymi sylabami nazwisk trzech polskich pisarzy: Waldemara Bawołka, Krzysztofa Bieleckiego i Dariusza Bitnera. Panów urodzonych, odpowiednio, w roku 1962, 1960 i 1954. Chyba nawet pisarzom, nie tylko pisarkom, nie powinno wypominać się wieku, ale w tym wypadku mój zabieg służy, tak myślę, wyższym celom. Otóż ich najnowsze książki mogłyby się ukazać we wspomnianej serii iberoamerykańskiej. No może nie w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, a w następnej dekadzie, gdy jakość tłumaczonych pozycji lekko spadła. 

Problem w tym, że dziś w komplecie trafiłyby na półkę zapomnianych eksperymentów z tamtych czasów. 

A powieści Bieleckiego, Bawołka i Bitnera są, jak już wspomniałem, nowościami. To druga składowa problemu. Gdyby to były ponowne wydania dziełek sprzed lat, to można by je pominąć milczeniem. Ale reklamowane są np. jako “dzieło pisarza dojrzałego, jakim jest Dariusz Bitner, pisarza, który nigdy nie ścigał się z innymi o literacką sławę, lecz o literacki kunszt, literacką maestrię“. “Pisarz Waldemar Bawołek” – z kolei – “niczego się nie boi“. U Krzysztofa Bieleckiego zdumiewa “naturalność wszelkich przenikań, prześwitów i odsłon“. Mamy więc do czynienia z triumwiratem twórców wybitnych, jeśli nie genialnych, to przynajmniej oryginalnych. Tak wynika z okładek. 

No…, nie. 

Przez moment się zastanawiałem, czy to nie moja wina. Czy nie działa na mnie fascynująca siermiężność okładek tych trzech powieści (nieironiczne gratulację dla PIW za odwagę); czy nie jest to efekt moich literackich, i nie tylko, skojarzeń? Czy da się mówić pospołu o tych trzech powieściach? Dlaczego kolejny raz używam nieładnego sformułowania “tych trzech powieści”? Może lepiej traktować, opisać, zrecenzować każdą z osobna? 

Nie potrafię. 

Wszystkie trzy wydają się jakieś takie kompletnie niedzisiejsze, pasujące lepiej do dekady lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych, jeśli już nie do serii latynoskiej, to do jakiejś innej. Kolejne smutne podobieństwo to główni bohaterowie. Można się domyślać, że jeśli nawet nie są to całkowite alterega pisarzy, to są to ludzie, pardon, mężczyźni, mniej więcej w ich wieku i o podobnych przeżyciach. Ba, Bitner i Bielecki, momentami zacierają granicę miedzy narratorem/bohaterem/pisarzem. I nawet dałoby się to jakoś przełknąć, uznać za zabawny zabieg formalny, gdyby w te życiorysy można było wierzyć. Tak naprawdę. Pal licho, gdyby byli zwyczajnie nieinteresujący, tu kłopot jest poważniejszy. Czytamy o życiorysach jedynie potencjalnych, alternatywnych, domyślnych, możliwych. Nie czujemy żadnej więzi z nimi. Jeśli wariantów jest zbyt wiele, wtedy zaczyna się szelest papieru, ginie treść, przekaz. Trzeba przyznać, że najmniej jest to odczuwalne u Bieleckiego, chyba najsłabiej rozpoznawalnego z omawianej trójki pisarzy. 

Nóż Bieleckiego jest też z tego zestawu powieścią najbardziej konsekwentną. Pisarz przynajmniej trzyma się jednego stylu, co u Bitnera i Bawołka bynajmniej nie jest zasadą, a kilka obrazów, zwłaszcza lot nastoletniego wynalazcy z dachu stodoły, zapada w pamięć,tak jak i niektóre powroty w rzeczywistość dzieciństwa. Niestety Bielecki nie miał pomysłu jak zakończyć swoją opowieść, stąd więc tak ulubione przez wszystkich czytelników – nie? – zakończenie otwarte. Przynajmniej sto stron za późno. 

Pozostała dwójka nie miała jednak w ogóle pomysłu fabularnego na swoje książki. To zlepki wydarzeń, urwanych historii i eksperymentów językowych. Konstrukcyjnie nie do uratowania, nawet przez podrzucenie do fabuły kilku trupów (u Bieleckiego umarlak też się pojawia i jest najciekawszą postacią, choć utkaną z domysłów, co w sumie nie wiem jak świadczy o powieści). Można się doszukiwać głębszego zamysłu pisarzy, wychwycić, że tytuł książki Bitnera jest nawiązaniem do Fikcji ślepego Argentyńczyka, można się zachwycać frazą Bawołka, specjalnie niby trudną, można wyłapywać – podobno liczne – mrugnięcia lewego lub prawego oka. Można. Tylko po co? 

W tym miejscu musimy, moi kochani, porozmawiać o seksie. A nie, lepiej nie. Dobrego pisarza się ponoć poznaje po kunszcie w scenach miłosnych, wybitnego dzięki temu, że się erotyki nie tyka. Bielecki miota się między idealizacją a cynizmem, U Bawołka seks jest mechaniczny, u Bitnera pornograficzny, co może jeszcze ćwierć wieku temu by kogoś szokowało, ale dziś? No właśnie, dziś, tu, teraz. Teraz i tu. 

Nic w literaturze nie starzeje się tak szybko jak nieudany eksperyment. 

Adam, @naTTjuzbylo

Waldemar Bawołek, Bimetal, PIW, Warszawa 2019.

Krzysztof Bielecki, Nóż, PIW, Warszawa 2019.

Dariusz Bitner Fikcja, PIW, Warszawa 2018.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi