Bez nieważnego zdania. Łukasz Orbitowski, „Kult”

Tuż przed premierą swojej najnowszej powieści zatytułowanej Kult, Łukasz Orbitowski stwierdził z pełnym przekonaniem, że poprzednia – Exodus1Łukasz Orbitowski, Exodus, Wydawnictwo: Sine Qua Non, Kraków 2017. – „nie sprzedała się i przepadła, ale nowa pójdzie dobrze. Zastanowiło mnie wtedy, czy to pewność, czy też myślenie życzeniowe. Dziś już wiem, że nie mylił się nawet o jotę.

Żywa historia

Kultowi zresztą bliżej jest do Innej duszy2Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Wydawnictwo: Od deski do deski, Warszawa 2015. niż do Exodusu. Przede wszystkim dlatego, że obie te powieści są mniej lub bardziej luźnym nawiązaniem do wydarzeń historycznych. Głośną sprawę zabójstw nastolatków w Bydgoszczy, stanowiących punkt wyjścia dla Innej duszy, pamiętam z wiadomości ery przedinternetowej. Cud w Oławie, opisany w Kulcie, wydarzył się jednak w czasach, gdy ledwie co wyściubiłem nos z pierwszej dekady życia. W głowie więc nic o tymże zdarzeniu nie pozostało. Podpytywani starsi członkowie rodziny i znajomi coś tam pamiętali, więc włączył mi się typowy mechanizm chęci poznania tła historycznego. Zacząłem lekturę Kultu z nastawieniem, że zaraz nadrobię braki faktograficzne.

Z każdą kolejną stroną miałem jednak na to coraz mniejszą ochotę. Nie historia jest tu istotna. Jak rzadko kiedy, nie liczy się „co”, ale „jak” jest opowiadane.

Powódź opowieści

Nie znam się na niuansach warsztatu pisarskiego. Wyczuwam jednak, że trudną sztuką jest zbudowanie opowieści jako w zasadzie monologu jednej postaci. Tym bardziej, gdy autor rzekomo wysłuchuje tej opowieści, a nie ją prowadzi. Tu więc Orbitowski wchodzi na zupełnie inny poziom niż w Exodusie, Innej duszy czy nawet jeszcze wcześniejszej Szczęśliwej ziemi3Łukasz Orbitowski, Szczęśliwa ziemia, Wydawnictwo: Sine Qua Non, Kraków 2013., gdzie główny bohater mówił niejako do nas. Tutaj ktoś, od czasu do czasu tytułowany „panem Łukaszem”, w naszym imieniu słucha opowieści.

To Zbigniew Hausner – brat Henryka, wizjonera z Oławy – opowiada nam o cudach, objawieniach i wydarzeniach im towarzyszących. Widzimy, że autor słucha całej historii przez jeden dzień, w lipcu 1997 r., gdy Oława czeka na kulminacyjną falę „powodzi tysiąclecia”. I mamy wrażenie, że ta opowieść jest jak powódź: zalewa nas szczegółami, kolejnymi dramatycznymi zdarzeniami i poczuciem nieuchronnej klęski. W końcu to znak szczególny prozy Orbitowskiego – przemycanie na kolejnych stronach informacji o tym, co złego wydarzy się wkrótce; na szczęście tym razem nie tak nachalnie i przewidywalnie jak w Exodusie. 

Dlatego też szybko przestały mieć dla mnie znaczenie fakty. Liczyła się tylko opowieść. A tę uznać można za wysokiej klasy pisarstwo; nie waham się powiedzieć, że lepsze nawet niż znakomita przecież Inna dusza.

Zazwyczaj – czytając książkę, którą mam recenzować – zaznaczam sobie fragmenty, które są dla niej charakterystyczne, świadczą o jej istocie lub po prostu są w niej najistotniejsze i najlepsze. W przypadku Kultu szybko z tego zrezygnowałem, gdyż zorientowałem się, że musiałbym zaznaczać w zasadzie co drugie zdanie. Z wielką radością uznałem więc, że nie będę w recenzji cytował powieści. Niech każdy sam jej posmakuje. Niech zobaczy, dlaczego każde zdanie jest tu ważne. Click To Tweet

Prawdziwy bohater

Orbitowski wskazuje w podziękowaniach, że Henryk Hausner nie jest wzorowany na postaci Kazimierza Domańskiego, prawdziwego świadka objawień w Oławie. Nie powinno to nikogo rozczarowywać, bowiem tak naprawdę to nie Henryk/Kazimierz jest bohaterem tej powieści. Zbyszek Hausner nie tylko opowiada nam tę historię, ale jest jej bohaterem. I nie chodzi tylko o to, że jego oczami oglądamy Oławę epoki maryjnych objawień.

Przede wszystkim daje nam on w miarę rzeczowy i pozbawiony religijnego uniesienia obraz wydarzeń zapoczątkowanych pojawieniem się Najświętszej Panienki na oławskich działkach. Wyobrażając sobie, że to sam Henryk opisywałby te cuda, nie widzę oczami wyobraźni niczego poza opisem wielogodzinnych modlitw i pełnego pasji uzdrawiania „jeremiaszy” (zwolenników objawień) z całej Polski i świata. Zbyszek widzi naiwność Henryka, jego bezradność, ale i upór w zwalczaniu przeciwności świętej sprawy. Z drugiej strony stara się chronić go przed światem, w tym przed swoistym spiskiem tronu i ołtarza, czyli dawnymi kolegami Władkiem i Romkiem – dziś odpowiednio partyjno-miejskim działaczem i wikarym miejscowej parafii.

Skoro jednak to nie Henryk i nie jego objawienia są w Kulcie najważniejsze, to w jaki sposób życie Zbyszka jest ciekawsze niż cuda niebieskie?

Bilans życia

Jest arcyciekawe, bowiem jest Kult opowieścią o wielkości, upadku i pogodzeniu się z samym sobą. Zbyszek snuje swą opowieść o cudzie z perspektywy ponad półtorej dekady. Sięga jednak aż do dzieciństwa w powojennej Oławie. Z jego wielogodzinnej (kilka „kaset”– jak nazwał rozdziały Orbitowski) opowieści wyłania się obraz człowieka, który świadomy własnych słabości, stara się zaakceptować je i nauczyć się żyć z tym, jak zapłacił za ich skutki. Wprowadza do swojego świata i przedstawia nam przedziwny, budzący nawet szacunek katalog zasad i wartości, którymi starał i stara się kierować.

Mówi do nas człowiek starający się, by mimo wszystko jego życiu nie odebrano dziś sensu. By mógł usprawiedliwić się przed sobą samym (i trochę przed nami w osobie „pana Łukasza”) i by mógł nadal wierzyć, że wszystko było po coś. Że koniec końców bilans jego życia jednak wychodzi na plus.

W końcu do złego człowieka taki kot jak Łatka nawet by się nie zbliżył.

Piotr, @P_e_t_ar
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Łukasz Orbitowski, Kult, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2019

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Spread the love