Christopher Clark, „Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914″

Jeśli zamach w Sarajewie – w najwęższym znaczeniu, czyli jako terrorystycznego aktu siedmiu bezpośrednich zamachowców – rozłożyć na czynniki pierwsze, to jego dwuznaczny sukces okazuje się być tyleż efektem długiego i drobiazgowego planowania, co splotu przypadków i szczęścia. Udał się, co z dzisiejszej perspektywy brzmi wręcz nieprawdopodobnie, dopiero za drugim podejściem. Zapalnik pierwszej bomby zadziałał zbyt późno i odbiła się ona od samochodu wiozącego Franciszka Ferdynanda z żoną. Zamachowiec został złapany – trucizna, którą spiskowcy mieli zażyć po wykonaniu zadania, by po 500 latach symbolicznie powtórzyć los Milosza Obilicia, nie zadziałała w żadnym przypadku – a uroczystości, z naprawdę drobnymi modyfikacjami planu, trwały nadal. Ale właśnie jedna z tych zmian spowodowała, że kierowca w kluczowym momencie skręcił w złą stronę, gdzie czekał już Gavrilo Princip i dwoma strzałami śmiertelnie ranił parę książęcą.

Australijski historyk podaje więcej smakowitych szczegółów, czasem z odrobiną odautorskiego komentarza. Dla niego swoistym nieporozumieniem jest choćby nazwa wydarzenia, pamiętanego częściej właśnie jako “zamach w Sarajewie”, a nie np. jako “zabójstwo Franciszka Ferdynanda”. Clark zgrabnie tłumaczy stosowaną do dziś terminologię niepopularnością następcy tronu – niekoniecznie sprawiedliwą – w ówczesnym społeczeństwie ck monarchii, o innych państwach nie wspominając. Ale to tylko drobna uwaga poczyniona niejako na marginesie narracji. Historycznie poważniejszą kwestią jest wpływ wyboru daty uroczystego wjazdu pary książęcej na wydarzenia. 28 czerwca to przecież rocznica bitwy Kosowym Polu. No, nie do końca, bo odbyła się ona 15 czerwca 1389 roku. Jednak po zmianie kalendarza… Już niektórzy ck urzędnicy zwracali na dyplomatyczną niezręczność i potencjalny wzrost zagrożenia w dokładnie tym dniu, ale mogła zadecydować chęć przytarcia nosa Belgradowi, po tym jak Serbia w wyniku dwóch wojen bałkańskich znacznie powiększyła swoje terytorium. Mimo to wizyta Franciszka Ferdynanda, oficjalnie inspekcja wojskowa, odbywała się w nastroju neutralnym, jeśli nie przyjaznym. Niejedyny to paradoks kryzysu letniego.

Christopher Clark nie poświęca oczywiście swojej książki wyłącznie samemu zamachowi, jego drobiazgowy opis pojawia się dopiero na czterechsetnej stronie. Podobną metodę przyjmuje jednak w opisie całego splotu wydarzeń prowadzących do wybuchu pierwszej wojny światowej. Wywody, trzeba przyznać: czasem dość nużące, polityczne przerywa rozważaniami o lżejszej naturze. Maja one jednak zawsze na celu przybliżeniu mechanizmów władzy. I tak kilka stron napisanych, jak przyznaje autor w “duchu gender”, a poświęconych wpływowi zmian obyczajowych na pozycję mężczyzn w społeczeństwie, wpisuje w ogólniejsze rozważania o nagłym zwrocie ku militaryzacji, jeśli nie całych narodów, to ich wyobraźni, w pierwszych latach XX wieku.

Książka Clarke’a jest zbiorem wielu, lepiej i mniej, znanych faktów, ale jednocześnie sam autor ma wątpliwości, czy tych faktów nie jest zbyt wiele. Ponadhistoryczną myśl przewodnią “Lunatyków” stanowi próba zmierzenia się z niebanalnym problemem ich interpretacji po stu latach, z pozycji historyka znającego wszystkie przyszłe wydarzenia. Czy może uniknąć (nie)świadomego wyboru wydarzeń pod dowolną tezę? Clark co pewien czas zaznacza w wywodzie swoje wątpliwości, mimo że jest on znakomicie udokumentowany – przypisy zajmują osiemdziesiąt stron – i nie jest to tylko “wstydliwość naukowca” albo zabezpieczenie się przed ewentualną krytyką. Dla Clarke’a paradoks swoistego nadmiaru wiedzy jest jednym z kluczowych mechanizmów rozwoju wydarzeń, bo w jego ujęciu ówcześni politycy byli wręcz bombardowani newsami, memoriałami i raportami płynącymi z przeróżnych szczebli rozproszonej władzy. Powodowało to nie tylko nadmierną ufność we własne siły, ale też przecenienie sojuszników/niedocenienie wrogów. Albo na odwrót, bo na poszczególne decyzje równie mocno mogły wpłynąć wiadomości pozytywne, ale i negatywne o dowolnym uczestniku kontynentalnej gry. Dzisiejszy przyjaciel mógł być przecież jutrzejszym wrogiem. Najlepiej to obrazuje kwestia potencjału gospodarczego Rosji i militarnego carskiej armii – wszyscy na kontynencie przeceniali jej wartość bojową i odpowiednio do tego dostosowywali plany, tak obronne jak i agresywne. Historyczne zaszłości, asymetryczny dostęp do wiadomości, wyższość długofalowych strategii nad codzienną polityczną praktyką, ale też sposób wychowania czy charakter decydentów z różnych szczebli drabiny władzy – wszystkie te czynniki finalnie doprowadziły do sytuacji, w której wszyscy ruszający na wojnę w sierpniu byli szczerze przekonani, że to oni się bronią przed agresją.

“Lunatycy” są pozycją znakomitą, jedną z najciekawszych książek historycznych przetłumaczonych na język polski w ostatnich latach. Można ich traktować jako swoiste kompendium wiedzy o wydarzeniach w Europie od roku 1885 do 1914, można po prostu śledzić wywód, podziwiając – z nielicznymi wyjątkami – narracyjną sprawność autora. Choć niekoniecznie nadają się na pierwszą pozycję o pierwszej wojnie światowej. Tu chyba lepiej sięgnąć po pozycje bardziej klasyczne. I… prostsze.

Adam, @naTTjuzbylo

Christopher Clark Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914, Wydawnictwo Akademickie Dialog