Afgański wschód słońca. “Horyzont” Jakuba Małeckiego

Uzurpuję sobie prawo do bycia „twitterowym odkrywcą” Jakuba Małeckiego. Jako chyba pierwszy – przynajmniej w społeczności readlist.pl – zachwycałem się Dygotem, a potem kolejnymi jego książkami. Nie tylko jednak z sentymentu będę polecał także Horyzont.

Literacki inżynier Mamoń

Jakub Małecki, "Horyzont" - okładkaMałecki w swoim pisaniu „nie wymyśla prochu”. Styl, nastrój, prowadzenie wątków – to wszystko jest nam znane od Dżozefa, poprzez wspomniany Dygot, aż do Horyzontu. Po pobieżnym przeglądzie recenzji i wzmianek – choćby pod tagiem #readlist2019pl – wnioskuję, że spore grono czytelników ma z tym problem. To nadal jest dla nich ten Małecki, którego lubią i cenią, lecz który niestety niczym nowym już ich nie zaskakuje. 

W jakimś stopniu to rozumiem, ale nie mam podobnych odczuć. Moim chyba najbardziej ukochanym pisarzem jest Erich Maria Remarque. Jemu w sumie też można było zarzucić, że wciąż pisał te same powieści – pojawiali się w nich albo emigranci, zmuszeni do ucieczki przed totalitaryzmem, albo ludzie przetrąceni psychicznie po okropnościach wojen, przez te odhumanizowane systemy wywołanych. A w tle zawsze pojawiała się miłość, zbyt mocna i idealna, by mogła się udać. Nikt jednak nie stwierdzał, że Remarque był pisarzem wtórnym, odcinającym kupony od kolejnych powieści traktujących o tym samym. 

To samo mogę powiedzieć o Małeckim. Nie mam odczucia, że próbuje iść na łatwiznę i sprzedawać mi wciąż te same koncepty i sposoby opowiadania. Jego historie nadal są zajmujące, ciekawe i – co doceniam szczególnie – wciąż pobrzmiewają w nich smutne nuty, a podskórnie wyczuwamy nadciągającą katastrofę. 

Poza strefą komfortu 

Horyzont zaprzecza opisanym wątpliwościom poprzez samą osobę głównego bohatera oraz jego losy. Oto Mariusz „Maniek” Małecki, 36 letni weteran z Afganistanu, człowiek będący psychicznym wrakiem, wegetujący w maleńkiej kawalerce na warszawskim Mokotowie. Tak jak wielu poprzednich bohaterów Małeckiego pochodzi on z rodzinnego miasta autora, czyli z Koła. Zresztą postać bohatera zaczyna w pewnym momencie mieszać się z autorem, nie tylko z powodu tożsamego nazwiska. Tym razem jednak wydarzenia w Kole to tylko retrospekcje. Główny nurt akcji, najistotniejszy dla bohaterów, nie rozgrywa się tym razem w tym mieście lub w jego okolicach. Wyjeżdżamy do Afganistanu, by przekonać się, że Maniek psychicznie nigdy stamtąd nie powrócił, i to nie dlatego, że tak bardzo w jego pamięci utkwił nieporównywalny z niczym tamtejszy wschód słońca.

W końcowych podziękowaniach autor z pokorą pisze, że tematyka wojska i misji w Afganistanie była dla niego zagadką. Umieszczenia tam sporej części akcji i opisania bohatera doświadczonego wojną mógł podjąć się dzięki spotkaniu Agnieszki i Grzegorza Pasko, którzy „dopuścili go do ich świata”. Dzięki zasobom internetu nie jest trudno odkryć, że są to małżonkowie, którzy poznali się właśnie na misji w Afganistanie. Dziś oboje pracują w Centrum Edukacji Mundurowej w Ełku i zajmują się także pomocą dla weteranów. Nietrudno będzie na kartach powieści odnaleźć bohaterów wzorowanych na małżeństwie Pasko. 

Jakub Małecki opuszcza więc swoją strefę komfortu w Kole i wypuszcza się w daleki i trudny świat. To już nie jest opowieść o ludziach żyjących „zwykłym” życiem, nawet w miastach o wiele większych niż Koło. To jest opowieść o człowieku, którego życie zostało pchnięte na straszne tory przez Bahira, chłopca z jednej z tysięcy afgańskich wiosek. Na tory których my, zwykli czytelnicy chodzący co rano do pracy, nie będziemy w stanie nigdy pojąć. 

Nie czytali Ibsena

A przecież Maniek to teoretycznie tylko jeden z dwojga głównych bohaterów. Równorzędna jest Zuza, jego sąsiadka z bliźniaczej klitki mieszkalnej, lubiąca tę samą, co Maniek muzykę, towarzyszka smutnych wieczorów. 

Jej historia prób wyjaśnienia rodzinnego sekretu prowadzona jest równolegle. To ona wiele razy przejmuje funkcję narratora. Również i w tym wypadku towarzyszy nam ta typowa dla pisarstwa Małeckiego obawa, że poznanie tajemnicy nie przyniesie niczego pozytywnego. Choć już przecież dramaty Ibsena nauczyły nas, że z dążenia do prawdy za wszelka cenę nic dobrego wyjść nie może! Warto jednak tę prawdę odkryć – przynajmniej w tym wypadku – by zobaczyć, kto w tej historii sprzed lat jest tak naprawdę najważniejszy i kogo ona najbardziej dotknęła. 

Podróż bez drogi

Życie Mańka i Zuzy jest jak wielka podróż. Każde z nich dźwiga ciężkie walizki własnych problemów i doświadczeń. Maniek próbuje udźwignąć na swoich barkach życie kolegi, jeszcze chyba ciężej doświadczonego wojną i pamięcią o tych, którzy stamtąd nie wrócili. Do tego bije głową w mur próbując napisać książkę, za którą pobrał sutą zaliczkę. Zuza zaś wpada w kierat opieki nad schorowaną babcią i zatraca się w porównaniach do swojej dawno zmarłej matki. 

Nie, powieść Małeckiego nie jest taką oczywistą kalką jego wcześniejszych utworów. Autor wciąż rozwija się jako pisarz. Często porównuje się go do Łukasza Orbitowskiego, który promuje czasem Jakuba jako „młodszego kolegę po piórze”. Obaj panowie zresztą dość się chyba lubią. Moim zdaniem Małecki jest dziś w swoim pisaniu – zachowując te porównania obu pisarzy – gdzieś na poziomie Szczęśliwej ziemi Orbitowskiego. Czekam więc niecierpliwie na jego własną Inna duszę i jeszcze doskonalszy Kult.

Na zakończenie, zawiedzionym lekko brakiem świeżości w Horyzoncie, zadam tylko pytanie – stawialiście, że Maniek w końcu pójdzie na imprezę urodzinową swojego chrześniaka, czy też że znów ucieknie?

Piotr, @P_e_t_ar
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Jakub Małecki, Horyzont, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2019

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi