Ian Rankin, „Święci Biblii Cienia”

Nie ma co ukrywać, Ian Rankin wielokrotnie próbował uśmiercić swego najsłynniejszego bohatera, edynburskiego gliniarza Johna Rebusa. Najczęściej w dość spektakularny sposób. Szykował pułapki, nasyłał bandziorów z kijami, pistoletami i innymi narzędziami mordu, jednak żadnemu nie udało się posłać szkockiego twardziela do grobu. Spróbował więc pozbyć się go w inny sposób. Zawieszał w służbie, zsyłał do mniejszych posterunków, by na końcu wysłać, w wieku sześćdziesięciu kilku lat, na emeryturę. Założeniem pisarza było, że teraz pałeczkę przejmą postaci dotychczas drugoplanowe, zaowocowało to jednak spadkiem jakości cyklu i niezbyt udaną serią poboczną.

Święci Biblii Cienia są powrotem do wysokiej formy po kilku latach słabszych. Rebus, nazwisko mający po polskim dziadku, wraca do regularnej służby. W niższym stopniu niż z niej odszedł, ale ponownie jest głównych bohaterem i łączy kilka prowadzonych przez szkocką policję dochodzeń. Śledztwo w sprawie banalnego wypadku samochodowego komplikuje się, kiedy zamieszany w sprawę zostaje syn lokalnego polityka, a samego Rebusa zaczynają dręczyć demony przeszłości. W tle mamy przygotowania do szkockiego referendum niepodległościowego, cięcia budżetowe i reorganizację nieskutecznych, w obliczu nowych zagrożeń, sił porządkowych. Rebus też już nie ma takiego zdrowia jak dawniej, więc w większym stopniu niż dotychczas wspomoże go tradycyjna partnerka Siobhan Clarke. Pojawi się też Malcolm Fox, policjant z wydziału wewnętrznego i centralna postać wspomnianej wyżej serii pobocznej.

Nie jest to książka jakoś specjalnie odkrywcza, przełamująca konwencję kryminału albo oferująca nowe spojrzenie na rzeczywistość. Siłą serii o Rebusie jednak zazwyczaj była rzemieślnicza sprawność autora. W powieściach Rankina, z tego przynajmniej cyklu (poza początkami, bo wydane i u nas Supełki i krzyżyki są bardzo słabe), po prostu wszystko zawsze znajduje się na swoim miejscu. Intryga kryminalna jest skomplikowana, ale nie aż tak, by czytelnik się pogubił. Detektyw jest oczywiście facetem po przejściach, zbierającym niezłe cięgi od życia, ale też nie zmienia się w superbohatera ratującego świat. Tło społeczne jest mocno zarysowane, z odniesieniami do prawdziwych wydarzeń (np. do wojny w Belfaście w powieściach z lat 90.), ale nieprzepoczwarzające sensacyjnej bądź co bądź pozycji w rodzaj politycznego manifestu, co się czasem zdarza np. skandynawskim kolegom Rankina po piórze. No i ma Szkot wybitny talent do dialogów.

Naprawdę cieszy powrót inspektora/sierżanta (po degradacji) Rebusa do pierwszoplanowej roli i samego pisarza do sprawdzonej formuły. Po polsku wydano też kolejny, dwudziesty już tom z Rebusem, o cokolwiek dziwacznym tytule Nawet zdziczałe psy. Z nietajoną przyjemnością sprawdzę, czy trend wzrostowy został utrzymany. 

Ian Rankin, Święci Biblii Cienia, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz; Ringier Axel Springer Polska

Adam, @naTTjuzbylo

Oceń ten wpis!