Ignacy Karpowicz, „Miłość”

Niepozorna, błękitna, z połyskującą błyskawicą na okładce. Nowa książka Ignacego Karpowicza Miłość, stała się obiektem krytyki jeszcze przed premierą. Tym większy ciężar niosła ze sobą lektura tej powieści, gdzie każda stronica była przewracana z jeszcze większą uwagą, aby nic nie zostało pominięte.

Należy bowiem z cierpliwością i odpowiednim krytycyzmem podejść do książki, która „formowała się mozolnie, upadała regularnie, roztrzaskiwała w miał, aby odżyć na nowo. Upiorny feniks, niezadowolony ze swego kształtu i wiecznie gotów do zmartwychwstania z niepoddających się spopieleniu plików.” (Ignacy Karpowicz: Jak napisałem powieść o miłości pod tytułem Miłość).

Cierpliwość jest potrzebna, aby zanurzyć się w gęsto poustawiane metafory, odkodować świat, za pomocą którego Autor wykłada nam swoje ujęcie Miłości, czyli piękna, prawdy i dobra. Krytycyzm przydaje się, kiedy Karpowicz bawi się stylem, wplata w formę prozatorską elementy dramatu, za pomocą elementów dystopijnych rozrysowuje mapę zagrożeń wynikających z konkretnych działań politycznych umotywowanych dehumanizującą ideologią. Bije na alarm, lecz nie jest to histeria szaleńca, a trzeźwe spojrzenie na arogancję władzy, czy na postępujące w zatrważającym tempie nierówności.

Nie mamy tu do czynienia z Ośćmi,  gdzie Karpowicz pozował na ironizującego co chwilę wielkomiejskiego młodziana, ani ze zdystansowanym i pełnym krytycyzmu narratorem, który wykorzystuje emocje Sońki do własnych celów. Mamy tu do czynienia z głosem, który spotkał się z samym sobą, dotarł trudnymi, wyboistymi ścieżkami do granic świadomości, przeszedł głęboką przemianę. Zmienił życiowe priorytety, poukładał cele, ustabilizował się – nie ma w Miłości szybkiej i modnej warszawki

Miłość to gruba kreska oddzielająca Karpowicza od poprzednich dokonań, do fanów których się nie zaliczałem. Ostatecznie lektura nie sprawiała wrażenia specjalnie ciężkiej, pomimo niemałego ładunku emocjonalnego. Liczne wątki autobiograficzne napisane są wprawną ręką, a przewrotny język, zaskakujące słowotwórstwo przypominają nam, że wciąż mamy do czynienia z Karpowiczem.

Spektakularna momentami kreacji świata i stylizacja stoją naprawdę na niezłym poziomie. Dzięki różnym przeróżnym grom językowym w kolejnych rozdziałach, Autor pokazuje nam się z coraz lepszej strony. Wyraźnie widać, że „Sońka” mocno siedzi w tempie opowieści. Warty docenienia jest iwaszkiewiczowski w formie i treści rozdział pierwszy, niezwykle oryginalny popis przed czytelnikiem. Bardzo udany, zresztą.

Czy książka zasłużyła na to, aby znaleźć się w pierwszej dziesiątce 2017 roku? Spoglądając z pobłażliwym uśmiechem na polskie podwórko, uciekając od odpowiedzi, ostatecznie się zgadzam.

Ignacy Karpowicz, Miłość, Wydawnictwo Literackie

Krzysztof, @niechec