J.D. Vance, „Elegia dla bidoków”

Historia J.D. Vance’a to idealna egzemplifikacja amerykańskiego snu. Oto mamy opowieść o chłopaku z niewielkiego miasteczka amerykańskiego pasu rdzy, który mimo przeciwności losu kończy prawo na Yale wkraczając w próg dochodowy, o jakim niegdyś mógł tylko pomarzyć.

Kim są owe bidoki, o których Vance opowiada i do których sam się zalicza? Bidoki to próba przełożenia na polski amerykańskiego określenia hillbillies, które odpowiada – mniej więcej – białym Amerykanom o szkoto-irlandzkim pochodzeniu, zamieszkującym Appalachy. Tutaj musimy doprecyzować, że autor w dalszej części książki określenia pas rdzy, Appalachy i geograficzne granice społeczności hillbillies traktuje zamiennie, ograniczając się w dużej mierze do terenów stanów Ohio oraz Kentucky[1]. Do takiego obszaru będziemy się w dalszej części tekstu odnosić. Stereotypowy hillbilly to biały robotnik bez wyższego wykształcenia, bez stabilności finansowej i bez perspektyw.

Nie będę Czytelniczkom i Czytelnikom zdradzał szczegółów biografii autora, która ma być tylko pretekstem do poszukania odpowiedzi na pewne pytania. Gdybym miał jednym słowem określić środowisko, z którego Vance się wywodzi, chyba najlepszym określeniem  byłoby: patologia. I to bez cienia przesady. Nakreślona na blisko trzystu stronach autobiografia nie ma jednak na celu obudzić w nas współczucia dla autora. Cele tej książki są dwa, z czego jeden nie jest przez autora określony wprost.

Błękitne kołnierzyki

Pierwszym, jawnym, celem Vance’a jest nakreślenie portretu całej społeczności bidoków wraz z odpowiedzią na pytanie: dlaczego niebieskie stany pasa rdzy od lat 60. XX wieku dokonały wolty i stały się czerwonymi stanami? Powód pierwszy: mieszkańcy Appalachów mają problem ze szczerą samooceną, twierdzi Vance. Nie przyznają się do swoich wad i przesadzają z wychwalaniem własnych zalet. Powód drugi: załamanie niepisanej zasady, że dzieci osiągną wyższy poziom życia, niż ich rodzice. O ile w latach pięćdziesiątych nie było to nierealne marzenie, pokolenie później coś przestało działać.

Celem moich dziadków było wyrwanie się z Kentucky i umożliwienie dzieciom lepszego startu w życiu. Dzieci z kolei miały dzięki temu lepszemu startowi osiągnąć coś więcej. Niezupełnie tak wyszło.

Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że żyjecie w niedużym, uprzemysłowionym mieście, w którym wielki zakład przemysłowy daje pracę nie tylko bezpośrednio, ale również pośrednio, poprzez zwiększenie popytu na rynku lokalnym. Wychowujecie się od dziecka w świecie, w którym wasi rodzice mają stabilne zatrudnienie w wielkiej firmie o niezliczonych zasługach dla lokalnej społeczności. Wiecie, że jak dorośniecie, również będziecie w tej firmie pracować, aż po wielu latach przyjdzie zasłużona emerytura.

Ale zanim dorośniecie, świat zmieni się nie do poznania, kapitał zostanie największym globtroterem i z okolicznej fabryki zostaną tylko wspomnienia. Okazuje się, że plan na życie, który mieliście ułożony wiele lat temu się nie sprawdzi. Fabryki już nie ma, wasi rodzice, jeśli nie mieli wystarczających środków i nadziei, pozostali w upadającym już miasteczku, w którym coraz trudniej znaleźć pracę dającą stabilizację i zarobki wystarczające na przeżycie.  Teraz waszą perspektywą jest próba przetrwania z miesiąca na miesiąc, chwilówki i lichwiarze, łączenie nauki z pracą zarobkową, a wreszcie porzucenie nauki, z której przecież chleba nie ma.

A jest to wariant optymistyczny, zakładający nierozbitą rodzinę i brak historii z używkami. Amerykańskie rodziny z klasy robotniczej doświadczają niestabilności na skalę niespotykaną nigdzie indziej pod słońcem, pisze Vance i podaje dane, które poddają w wątpliwość mit o najlepszym kraju pod słońcem. Ponad połowa ludzi z klasy robotniczej doświadczyła niekorzystnych doświadczeń dziecięcych (ACE), takich jak przemoc (w tym przemoc słowna), rozbite rodziny, alkoholizm i narkomania, próby samobójcze itp. Czterdzieści procent klasy robotniczej doświadczyło więcej, niż jednego z owych doświadczeń.

Tak więc utknęliście w upadającym mieście, bez pieniędzy i bez perspektyw, prawdopodobnie za to z dysfunkcyjną rodziną. Jaka jest szansa, że brak mobilności geograficznej nie utrudni wam awansu społecznego?

Mamy więc sytuację, gdy wasi rodzice mieli lepsze życie, niż to pisane wam. Przyznacie, że nie jest to pocieszająca perspektywa w świecie mitu od pucybuta do milionera, prawda? Przy zachowaniu wszelkich proporcji, nasunęła mi się myśl związana z radykalizacją środowisk imigranckich w Europie. Nie jest żadną tajemnicą, że ów radykalizm jest przede wszystkim cechą drugiego pokolenia imigrantów. Przyczyny tego stanu rzeczy (oczywiście nie wszystkie) możemy znaleźć w statystykach mobilności społecznej i porównaniu poziomu zatrudnienia pierwszego i kolejnych pokoleń emigrantów.

Dzieci imigrantów kierują swój wzrok w stronę religii w jej ekstremalnej formie i tutaj również widać podobieństwo z bidokami – choć oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Hillbilly jest konserwatywny i głęboko pobożny, ale do kościołów uczęszcza dużo rzadziej, niż mieszkaniec innych, sąsiednich społeczności. Prywatna praktyka religijna może w prosty sposób prowadzić do radykalizmu, co Vance sam przeżył krótkim zauroczeniem teologią ewangelicką. Dobierając lektury pasujące do wyznawanego światopoglądu (błąd konfirmacji), Vance, jako chrześcijanin, czuł się jak członek uciemiężonej mniejszości.

Przez całe to gadanie o niedostatecznie chrześcijańskich chrześcijanach, o świeckiej indoktrynacji amerykańskiej młodzieży, o wystawach artystycznych urągających naszej wierze, o prześladowaniu przez elity świat stawał się miejscem przerażającym i obcym.

Na to wszystko nałożyła się utrata zaufania do mediów: tylko sześć procent amerykańskich wyborców uważa, że media są „bardzo wiarygodne”, przywołuje dane Vance i konkluduje: Według wielu z nas wolne media – ten fundament amerykańskiej demokracji – to po prostu kupa gówna. Utrata wiary w kontrolną rolę mediów i ich prawdomówność automatycznie powoduje utratę przeciwwagi dla absurdalnych teorii spiskowych, których pełno w internecie (jak na przykład o pochodzeniu i religii Obamy).

Dlaczego niebieskie stany zrobiły się czerwone?

Podsumujmy: znikający rynek pracy oznacza w następnej kolejności spadek cen nieruchomości. Spadek cen nieruchomości powoduje „uwięzienie” ludzi, którzy nie sprzedadzą domu, ponieważ dług hipoteczny jest wyższy, niż ewentualna cena sprzedaży domu. Jeśli kogoś na to stać, to wyjedzie. Zostaną tylko ci najbiedniejsi, dla których coraz mocniej zaciskać się będzie pętla na szyi.

To wszystko prawda, tyle tylko, że nie ma wyraźnego związku z wyborami. Co prawda Vance zauważa, że

Już w latach siedemdziesiątych biała klasa robotnicza zaczęła przechodzić do obozu Richarda Nixona, ponieważ – jak to ujął jeden z jej przedstawicieli – mieli poczucie, że rząd „płaci ludziom, co tera są na zasiłku i nic nie robią!”

Choć akurat jeśli chodzi o pracę, to owi hillbillies, twierdzi Vance, również rąk sobie nie brudzą.

Stan/Rok 1960 1964 1968 1972 1976 1980 1984 1988 1992 1996 2000 2004 2008 2012 2016
Illinois Kennedy Johnson Nixon Nixon Ford Reagan Reagan Bush Clinton Clinton Gore Kerry Obama Obama Clinton
Indiana Nixon Johnson Nixon Nixon Ford Reagan Reagan Bush Bush Dole Bush Bush Obama Romney Trump
Kentucky Nixon Johnson Nixon Nixon Carter Reagan Reagan Bush Clinton Clinton Bush Bush McCain Romney Trump
Michigan Kennedy Johnson Humphrey Nixon Ford Reagan Reagan Bush Clinton Clinton Gore Kerry Obama Obama Trump
Ohio Nixon Johnson Nixon Nixon Carter Reagan Reagan Bush Clinton Clinton Bush Bush Obama Obama Trump
Pennsylvania Kennedy Johnson Humphrey Nixon Carter Reagan Reagan Bush Clinton Clinton Gore Kerry Obama Obama Trump

Rzut oka na wyniki wyborów powyżej pozwala nam wysnuć wniosek, że konsekwentnie czerwonym stanem jest de facto tylko Indiana i w mniejszym stopniu Kentucky (a w drugą stronę, choć z mniejszym natężeniem Michigan i Pensylwania), natomiast w pozostałych przypadkach raz lepiej wypadali Demokraci, raz Republikanie. Tym bardziej, że w momencie wydania książki autor nie mógł wiedzieć, jak zakończy się wyścig wyborczy z 2016 roku.

Mamy więc z osobistej perspektywy odmalowaną społeczność, która, oględnie mówiąc, ma ograniczone możliwości realizacji amerykańskiego snu. W żadnej innej grupie Amerykanów – mówi Vance – nie panuje taki pesymizm jak wśród białej klasy robotniczej. Zdecydowanie ponad połowa czarnych, Latynosów i białych z wyższym wykształceniem spodziewa się, że ich dzieci będą stały gospodarczo lepiej, niż oni sami. Wśród białej klasy robotniczej sądzi tak zaledwie czterdzieści cztery procent. Co jeszcze bardziej zaskakujące, czterdzieści dwa procent białej klasy robotniczej […] twierdzi, że pod względem ekonomicznym stoją gorzej niż ich rodzice.

I ty możesz zostać milionerem?

A jednak Vance’owi się udało. J.D. Vance stawia się – choć nie wprost – jako przykład tego, że mit od pucybuta do milionera naprawdę działa. I na tym micie opiera się drugi cel książki Vance’a. Istnieją dwa odrębne kodeksy obyczajowe, mówi Vance: staromodni, nieostentacyjnie pobożni, wierzący we własne siły oraz skupieni na konsumpcji, odosobnieni, gniewni, nieufni.

Ci pierwszy, do których zalicza się Vance, ciężką pracą mogą osiągnąć wszystko. Ci drudzy, jak matka Vance’a, jest skazana na życie w świecie naprawdę irracjonalnych posunięć. Autor bardzo krytycznie ocenia możliwości ludzi ze swojego środowiska, posługując się dowodami anegdotycznymi: a to pracował z kimś, kto dwie godziny dnia pracy spędzał w toalecie, a to jakiś inny znajomy został zwolniony za kradzież towaru ze sklepu i sprzedawanie go przez internet. W J.D. to jego babcia (zwana mamaw) zaszczepiła myśl, że może osiągnąć co tylko będzie chciał.

Choć trzeba przyznać, że ma Vance smykałkę do obserwacji socjologicznych. Pracując w sklepie zauważył, że ludzie biedni kupowali więcej mrożonek i dań gotowych, dużo częściej kupowali też mleko w proszku do karmienia niemowląt. Ponadto ludzie bardziej zamożni mieli przywilej robienia zakupów na kredyt, co nigdy nie miało miejsca w przypadku typowych przedstawicieli hillbillies.

Nie powinno też dziwić, że w zaistniałej sytuacji szerzyło się, brzydko mówiąc, cwaniactwo beneficjentów pomocy społecznej, dla których różnego rodzaju kombinacje miały uczynić życie troszkę mniej nieznośnym. Dokonywali „nieracjonalnych decyzji konsumenckich”, przynajmniej z punktu widzenia ludzi aspirujących do klasy średniej. Kupowali dużo drogich zabawek na święta, brali chwilówki no i – oczywiście – stanowczo zbyt dużo rozmawiali przez telefon komórkowy.

To wszystko skłoniło autora do spostrzeżeń, że on, biedny hillbilly, powinien nieufnie spoglądać na podobnych do niego przedstawicieli klasy robotniczej. W końcu to on pracował w sklepie i to on płacił na opiekę społeczną „darmozjadów” (Vance nigdy nie używa tego słowa), jak na przykład jego sąsiad:

Na pasku z rozliczeniem widziałem potrącane zaliczki na podatek stanowy i federalny. Przynajmniej równie często [tj. raz na dwa tygodnie – Filip] nasz sąsiad narkoman fundował sobie steki T-bone – ja byłem zbyt biedny, żeby kupić sobie taki, ale Wuj Sam zmuszał mnie do sponsorowania takich zakupów innym.

Vance dostrzega jednak znaczne nierówności finansowe między przedstawicielami hillbillies i białą klasą średnią. Nawet w pewnym momencie pada z usta Vance’a stwierdzenie, że są kraje w Europie, które lepiej poradziły sobie z pauperyzacją klasy robotniczej, niż najwspanialszy kraj na świecie, czyli Stany Zjednoczone.

A jednak gdy pada pytanie, czy istnieją jakieś działania, które mogłyby pomóc przezwyciężyć, lub nawet rozwiązać problemy hillbillies, Vance bezradnie rozkłada ręce. Nie ma, mówi, a nam znowu przypomina się ten czarno-biały podział na dwa kodeksy obyczajowe: tych ciężko pracujących i tych, brzydko mówiąc, na których tamci pracują.

Więc albo ciężko pracujesz, albo nic z tego nie będzie, czego dowodem jestem ja, J.D. Vance. Oczywiście nie jest Vance ortodoksyjnym konserwatystą wolnorynkowym i przyznaje, że bez kilku osób, drogowskazów, w jego życiu nie nastąpiłaby zapewne radykalna zmiana. Do tych drogowskazów zalicza swoją mamaw, która zawsze w niego wierzyła i inwestowała, całą instytucję Korpusu Piechoty Morskiej, który wprowadziło w świat dorosłych i nauczył, że – na przykład – można porównywać ofertę kredytową banków przed zadłużeniem się[2], a także wspaniałą kobietę, która później została jego żoną oraz wykładowczynię na Yale, która pomogła podjąć kilka ważnych i strategicznych decyzji. Iście konserwatywny zestaw: babcia-armia-prywatna uczelnia-żona.

Ale co zrobić, jeśli nie ma na naszej drodze takich drogowskazów? Tutaj Vance nie ma dla nas dobrych odpowiedzi. Pomoc społeczna nie działa, więc powinniśmy ją ograniczyć, a kuratorzy i rodziny zastępcze również pogłębiają patologię (bo ja, Vance, w pewnym momencie byłem wychowywany tylko przez nastoletnią siostrę i wyszedłem na ludzi). I chociaż Vance wspomina, że wiele zawdzięcza edukacji na publicznej uczelni, to okazuje się, że uczelnie prywatne mogą równie dobrze spełniać swoją rolę stypendiami i wsparciem dla najuboższych studentów.

Nie jest moją rolą oceniać, czy powyższe odpowiedzi rzeczywiście przyniosłyby zamierzone efekty. Mam jednak wrażenie, że autor w dużej mierze pomija wiele problemów, o których sam pisze, jak na przykład kwestia rozbitych rodzin, czy obyczajów żywieniowych (czy tylko obyczajów?), pisząc, że owe

obyczaje i niechęć do czynnego wypoczynku zdają się wręcz rozmyślnym programem wysłania nas do grobu przed czasem – i to programem, który działa: w niektórych regionach Kentucky przeciętne dalsze trwanie życia to sześćdziesiąt siedem lat, całe półtorej dekady mniej niż po sąsiedzku w Wirginii.

[porównajmy z Warszawą: na Wilanowie przeciętna długość życia to 81 lat, o dziesięć lat więcej, niż na oddalonej o niecałe 20 kilometrów Pradze Północ].

Zamiast podsumowania

Duży problem mam z oceną opowieści Vance’a. Radykalnie nie zgadzam się z jego receptami, kilkakrotnie miałem też poczucie, że autor stawia pewne tezy wbrew faktom (bądź w oparciu o wyobrażenia społeczne). Elegia dla bidoków ma nam dać odpowiedź na pytanie, dlaczego wygrał Trump? W moim przekonaniu opowieść Vance’a nie daje nam na to odpowiedzi, ale też w ogóle nie ma takich aspiracji.

To, co się Vance’owi udało, to wnieść do debaty publicznej obraz bidoków, białej klasy robotniczej z samego serca Ameryki. A obraz ten nie napawa optymizmem. Jest w tej opowieści ogromny potencjał do dyskusji o nierównościach społecznych, o szansach i możliwościach stojących przed klasą robotniczą w postkapitalizmie. Być może w toku tej dyskusji okaże się, że system społeczno-gospodarczy istniejący w Stanach Zjednoczonych nie jest najlepszym z dostępnych. Obawiam się jednak, że w czasach prezydentury Trumpa efekty ewentualnej debaty będą dalekie od oczekiwanych.

Dla czytelnika amerykańskiego wartości książki Vance’a należy upatrywać w przedstawieniu poważnego problemu, jakim są nierówności i ich efekty. Polski czytelnik  Vance’a może przeczytać nie tyle dla tego, co nam proponuje, tylko dla tego, co przed nami odkrywa. Prawdziwą wartość z Elegii… dostrzeżemy jednak przez połączenie z innymi, podobnymi lekturami. Jeśli interesuje was polityka amerykańska (w bardzo szerokim znaczeniu), książkę Vance’a czytajcie razem z Obcym we własnym kraju, Prawym umysłemCo z tym Kansas?. W takim zestawie zdecydowanie polecam.

J.D. Vance, Elegia dla bidoków, wydawnictwo Marginesy

Filip, @smootnyclown

[1] Owszem, Vance wspomina, że dzięki migracji z biedniejszych rejonów Appalachów w inne okolice, do Ohio, Michigan, Indiany, Pensylwanii czy Illinois, system wartości bidoków rozplenił się szeroko, to jednak w toku opowieści odnosi się jedynie do sobie znanych obszarów ekstrapolując znane na nieznane.

[2] Można się śmiać, niemniej pozostaje faktem, że brak tego rodzaju ogólnej wiedzy wpływa na ograniczone możliwości samorealizacji wśród m.in. hillbillies. Inna sprawa, że dopóki hillbilly nie osiągnie stabilizacji finansowej, na nic zda się porównanie oferty kredytowej, gdyż jedyna możliwość osiągnięcia ekstra gotówki będzie się wiązała z zadłużeniem w firmie chwilówkowej.

4.3 (86.67%) 6 votes