Jak może nie zachwycać, skoro zachwyca? (Na marginesie recenzji Aleksandry Pasek)

Dzięki ćwierknięciu @PoProstuAnia dowiedziałem się o istnieniu bloga „Parapet literacki” i przeczytałem tam wpis dotyczący serii, której bohaterem jest Patrick Merlose. Mimo że się z Aleksandrą Pasek, autorką recenzji, fundamentalnie nie zgadzam, właściwie powinienem być jej wdzięczny. Jej tekst spowodował, że pierwszy raz od dawna poczułem potrzebę, by napisać coś dłuższego niż 280 znaków.

***

Czytelników książek – obok innych podziałów – pogrupować można z grubsza na dwa typy. Tych, którzy podążają za fabułą, ciągiem przyczynowo-skutkowym i feerią wydarzeń w powieści. Tacy wystrzegają się – brzydkie słowo – spojlerów, bo wiedza o tym, co się będzie działo za kilkadziesiąt stron, zabija w nich przyjemność płynącą z lektury. Takim autor musi dać wszystko w słowach, bo światło między słowami jest dla nich nieczytelne. Czytając zdanie: „Ogary poszły w las”, pytają za Szymborską: Czyje ogary? Po co poszły? Jaki las? Druga grupa czytelników traktuje fabułę jako wehikuł dla stylu. Docenia kilkaset znaków, które nie posuwają akcji do przodu, ale podprowadzają błyskotliwą pointę. Czyta kryminały, wiedząc kto zabił, tylko dlatego, że inspektor prowadzący śledztwo celnie ripostuje swoich adwersarzy.

Aleksandra z bloga „Parapet literacki” zdaje się reprezentować typ pierwszy, tylko czytelnik głuchy na styl może streścić pierwsze trzy części Patricka Merlose’a tak, jak uczyła tego pani w podstawówce (nie będę przytaczał, zainteresowanych odsyłam) i spuentować to zdaniem „Nie ma w tej powieści grama subtelności, wszystko jest dosłowne i w tej dosłowności nużące i przewidywalne”.

Właśnie szukanie dosłowności – moim zdaniem – przeszkodziło Aleksandrze w odnalezieniu tego, co u St. Aubyna najważniejsze. Otwieram pierwszy tom na pierwszej stronie, czytam:

[David Merlose] stał w niebieskim szlafroku i ciemnych okularach, mimo że wrześniowe słońce nie wychyliło się jeszcze zza wapiennej góry, i kierował silny strumień wody z węża, trzymanego w lewej ręce, na kolumnę mrówek maszerujących po żwirze u jego stóp. Metodę miał ustaloną: tym, które ocalały, pozwalał gramolić się na mokre kamyki, odzyskać na chwilę godność, po czym znów chłostał je wodą. Wolną ręką wyjął papierosa z ust, dym przesączał się przez siwo-brązowe kędziory zakrywające wydatne kości jego czoła. Po chwili zwęził strumień kciukiem, by skuteczniej rozprawić się z samotną mrówką, na którą śmiertelnie się zawziął.

W streszczeniu Aleksandry ta scena zamknęłaby się prawdopodobnie w zdaniu: „Starszy mężczyzna polewa mrówki wodą z węża ogrodowego” i nikt nie mógłby zarzucić jej, że napisała nieprawdę. Można jeszcze dodać, że gdyby David nie polewał mrówek, akcja powieści dotarłaby do takiego samego finału. Tymczasem scena ta była tu niezbędna, by niedosłownie scharakteryzować ojca Patricka jeszcze zanim na dobrą sprawę go poznamy. I wie to każdy czytelnik drugiego typu. Pytanie, jakie należy sobie postawić podczas lektury tego fragmentu, żeby miała ona sens, brzmi nie: „Co robi facet z wężem?”, ale „Jaki jest facet z wężem?”. Aleksandra w trakcie lektury – zdaje się – zadaje złe pytania, do bardzo dobrych odpowiedzi. A to jak wiemy może doprowadzić tylko do nieporozumień. Niestety, wyłącznie w taki sposób – jako nieporozumienie – można traktować jej recenzję.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki recenzji Aleksandry przypomniałem sobie, że czeka na mnie drugi tom (niebieski). Dość więc obowiązkowej polemiki, czas na przyjemności:

Dlaczego kiedy się rodził, udawali, że chcą go zabić? Przez kilka dni nie dawali mu spać, walili jego głową o zamkniętą szyjkę macicy; próbowali go udusić pępowiną; rozpruli brzuch matki zimnymi nożycami; szarpali go za głowę, wyginając szyję na boki; wywlekli go z jego domu, uderzyli; świecili mu latarką po oczach i robili eksperymenty; zabrali go od leżącej na stole, ledwo żywej matki. Może chodziło im o to, żeby zabić w nim nostalgię za starym światem. Najpierw ciasne więzienie, żeby zatęsknił za przestrzenią, a potem udawane zabójstwo, żeby się nią cieszył, tą głośną pustynią, otoczony już tylko bandażami matczynych ramion, nigdy więcej tamtym ciepłem, które było wszędzie i które było wszystkim…

Gdy tylko skończę, dam Wam znać, co myślę o całości. Trzy pierwsze części Melrose’a oceniam na 10 (ocenę recenzji Aleksandry – jak przystało na dobrze wychowanego kota – zachowam dla siebie).

Kot Trumana, @Kot_Trumana

Edward St. Aubyn, Patrick Melrose. Nic takiego, złe wieści, jakaś nadzieja. Tom 1, wydawnictwo W.A.B.

5 (100%) 2 votes