Jakub Żulczyk, „Wzgórze psów”

Jakub Żulczyk, najbardziej buntowniczy z aktualnego pokolenia młodych buntowników polskiej prozy, wydał nową powieść! No dobrze, rok temu wydał. I nie taki już młody ten Żulczyk, choć młodszy i od Twardocha, i od Orbitowskiego, a już na pewno od Dukaja. Może nawet od Rylskiego… I zebrała książka naprawdę dobre recenzje, niektórzy napisaliby pewnie „zaskakująco dobre” recenzje. I to po wszystkich, czyli zasadniczo dwóch, stronach sporu politycznego, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest oczywistością oczywistą. I znalazła się w różnych podsumowaniach roku i sam Żulczyk zaczyna być traktowany jako twórca serio, a nie kolejny wściekły gówniarz z pretensjami. I co może w tym wszystkim najdziwniejsze, „Wzgórze psów” jest powieścią po prostu dobrą.

Oczywiście dałoby się stworzyć dość długą litanię dowodów na tezę przeciwną. No więc „Wzgórze psów” jest wielką polską powieścią, bo liczy sobie 860 stron i bez straty dla treści dałoby się ją bezpiecznie obciąć o przynajmniej 250. Równie (nie)dobrze mogłaby się kończyć ze dwa, trzy rozdziały wcześniej. Od niektórych zdań aż bolą zęby: Świt wybuchał w najlepsze tuż nad kartonami, torbami, plecakami i siatkami, które zajmowały cały tył samochodu. Tak, Żulczyk naprawdę to napisał, a redaktor z korektorem puścili. „Wzgórze” zdaje się łapać też zbyt wiele wątków na raz, niektórych mniej przekonujących albo zbyt łopatologicznie pociągniętych do końca w ramach przyjętej sensacyjnej konwencji. Pozostaje też kwestia podobieństw nie tylko do niektórych własnych kawałków – muszę przyznać, że znam tylko dwie pierwsze powieści Żulczyka i, niestety, trochę jego felietonów – ale i do twórczości (polskich) kolegów i koleżanek po fachu. Zarys fabuły pod wieloma względami przypomina nie tak dawną książkę bardzo uznanej pisarki, heroinowe wyczyny głównego bohatera kojarzą się z głośnym debiutem twórcy znacznie mniej uzdolnionego, acz niedawno zagrożonego więzieniem…

Czytam poprzedni akapit i sam się zastanawiam jak udowodnić, sobie i nie tylko sobie, że „Wzgórze psów” jest pozycją naprawdę bardzo udaną. Przede wszystkim Żulczyk potrafi opowiadać. Niby o to chodzi w pisaniu, ale umiejętność snucia opowieści, i to jeszcze ciekawych, nie jest zwierzęciem szczególnie często spotykanym na literackim poletku. Potykali się tu najwięksi. Fabularnie jest najprościej jak to tylko możliwe – pochłonięty i wypluty przez Warszawę syn marnotrawny wraca do domu i dopadają go demony przeszłości, a jak to się czyta! Ponadto ma Żulczyk ucho do dialogów, do słowa mówionego. To jest język polski, którym się wszyscy posługujemy i nie ma co się obrażać na hurtem wplatane przekleństwa czy “techniczną” nowomowę. Równocześnie nie jest też tak, że to „jeden” język, w zasadzie każdy bohater „mówi” trochę innym, niestereotypowym, własnym i wiarygodnym (sub?)dialektem. Również te nieszczęsne grafomańskie potknięcia w warstwie opisowej po pewnym czasie albo zanikają albo są mniej zauważalne, przestają przeszkadzać. Powstaje sugestywny obraz Polski roku 2017. Nie mogę wiedzieć na ile obraz tej naszej ukochanej, znienawidzonej warszawki jest prawdziwy, ale prowincja, nawet jeśli przerysowana, jest wszędzie podobna do tej z książki i zaczyna się najdalej pięć kilometrów od centrum dowolnego miasta w Polsce.

Ale nie będę ukrywać: Niezależnie od fabularnej sprawności czy czasem bezczelności autora, dla mnie podstawowym atutem „Wzgórza psów” jest… cierpka nostalgia jaką wzbudza. Żulczyk i nostalgia? – zapyta ktoś zaraz i będzie miał rację, bo przecież ta powieść jest kryminałem, momentami dość brutalnym, czerpiącym w najgorszych fragmentach dość obficie z tłuczonych taśmowo thrillerów najpłodniejszych amerykańskich mistrzów grozy. Ale główny bohater jest moim rówieśnikiem (z grubsza, bo tu autorowi zdarza się trochę namieszać) i moja rzeczywistość koło roku 2000 wyglądała jakoś bardzo podobnie. Jak pewnie wszystkich dzieciaków słuchających wtedy szeroko rozumianego rocka w klasie przedmaturalnej. I u mnie stał pomnik od czasu do czasu mazany farbą. I my mieliśmy swoje knajpy. I pierwsze miłości. I głupie fryzury. I plakaty strasznie smutnych zespołów na ścianach pokojów dzielonych z młodszym rodzeństwem. I potem dorośliśmy. Musieliśmy. Lepiej lub gorzej.

Jest „Wzgórze psów” powieścią nierówną, ale nieocierająca się ani razu o śmieszność. Może trochę produktem – w sensie np. wielowątkowych seriali sensacyjnych najnowszej fali – ale na tyle dobrze skonstruowanym, by kilka razy wywołać prawdziwe emocje. Bardziej to diagnoza rzeczywistości czy pamflet na obecną Polskę? Nie wiem. W sumie mniej tu bieżącej polityki niż się obawiałem, pojawia się w postaci kilku grypsów. Także z powodu tej nieszczęsnej “polityki” sięgnąłem po najnowszą powieść Żulczyka odrobinę za późno. Warto było nadrobić.

Adam, @naTTjuzbylo

  Jakub Żulczyk, Wzgórze psów, Świat Książki 2017

5 (100%) 2 votes