Książka vs film: “Gdyby ulica Beale umiała mówić”

W 2017 roku zakochałam się w Moonlight Barry’ego Jenkinsa, nie można tego inaczej nazwać. Ten film był jak najpiękniejszy wiersz o miłości – sprawił, że doświadczyłam w kinie czegoś niezwykłego. Nie było więc mowy, bym odpuściła sobie nowy obraz tego reżysera – tym razem ekranizację powieści Jamesa Baldwina Gdyby ulica Beale umiała mówić. Po filmie przeczytałam także książkę.

Pisarz aktywista

James Baldwin, “Gdyby ulica Beale umiała mówić” – okładka filmowa

Powieść powstała w 1974 roku i nie spotkała się ze szczególnie pozytywnym przyjęciem, za najważniejsze utwory tego autora uważane są raczej te powstałe w latach 60-tych. Postać Jamesa Baldwina jest owiana legendą. Do niedawna jego książek można było szukać tylko w antykwariatach. Jakże wielka była więc moja radość, gdy jedną z jego powieści wznowiło Wydawnictwo Znak.

Gdyby ulica Beale umiała mówić to rozgrywająca się w Harlemie opowieść o miłości. Dwoje młodych ludzi – Tish i Fonny – przyjaźniący się ze sobą od dziecka, trochę nieoczekiwanie dla samych siebie zakochują się w sobie. Wszystko skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie fałszywe oskarżenie, jakie padło na chłopaka. Rodzina Tish i ojciec Fonny’ego stają na głowie, by ratować młodego mężczyznę z okowów opresyjnego, rasistowskiego systemu. 

Ckliwość pierwszej miłości

Powieść wrzuca czytelnika od razu w środek akcji – Fonny przebywa już za kratami, a Tish oświadcza ukochanemu, a potem rodzinie, że jest z nim w ciąży. Dziewczyna wierzy, że wszystko skończy się dobrze i wkrótce będą mogli cieszyć się szczęściem młodych rodziców. To Tish jest naszą przewodniczką po tej historii. O tym, co doprowadziło do uwięzienia Fonny’ego dowiadujemy się z jej punktu widzenia. Jako bohaterka-narratorka Tish nie wypada jednak szczególnie wiarygodnie. Jej refleksjom, np. na temat relacji damsko-męskich bliżej do poglądów mężczyzny w sile wieku:

 “Mężczyźni to mężczyźni, i czasem trzeba ich pozostawić samych. Zwłaszcza jeśli ma się na tyle rozumu, by zdać sobie sprawę, że jeśli zamknęli się w pokoju razem, mimo że woleliby, kto wie, może być gdzie indziej, to dzieje się tak dlatego, że są oni odpowiedzialni za losy kobiet, które zostały na zewnątrz”.

Innym razem brzmią nader melodramatycznie:

Jego miłość była jak potok rwący, jak płomień, który rozprzestrzenia się wbrew logice, na przekór rozsądkowi, nie zważając na to, co napotyka na swojej drodze. Byłam jego i on był mój”.

Pewna doza infantylności i egzaltacji jest tu uzasadniona – Tish ma przecież 19 lat i jest to jej pierwsza wielka miłość, przeżywa ją więc całą sobą, jak tylko nastolatki potrafią. Nie zmienia to faktu, że dla czytelnika może to się okazać niestrawne. 

Powieść z jasnym przesłaniem

Na szczególną uwagę w tej historii zasługuje relacja łącząca Tish z rodziną – jej siostra, mama i ojciec przyjmują Fonniego do swojego grona, jakby był ich rodzonym synem czy bratem. Z miłości do Tish, robią wszystko, co tylko się da, by pomóc uwolnić mężczyznę z więzienia i udowodnić fałszywość oskarżeń. Sprawa wydaje się beznadziejna, jednak oni nie tracą nadziei. Jeśli uznać, że miłość pary bohaterów trąci ckliwym banałem, to ta rodzinna szczerze wzrusza. Nawet gdy dostrzeżemy, że ten obraz jest wyidealizowany. 

Zbyt pozytywny wizerunek bohaterów na tle brzydkiego miasta i wszechobecnego rasizmu to chyba główny powód, dla którego powieść Baldwina nie należy do szczególnie udanych. Role są jasno rozdane i nie zmieniają się aż do końca, tylko postaci z drugiego planu są mniej czarno-białe. Cukierkowa miłość i troskliwa rodzina z jednej strony, kontra rasizm i nieprzychylność miasta z drugiej – to zbyt proste ustawienie sprawy. 

Na osobną wzmiankę zasługuje fakt, że Wydawnictwo Znak zdecydowało się nie inwestować w nowy przekład powieści, czego należy chyba żałować. Tłumaczenie Marii Zborowskiej z lat 70- tych ma pewne wady. Zauważyłam choćby dosłowne przełożenie slangowego określenia policjantów “pigs” albo określenia “downtown” jako “w dół miasta”. Pojawiają się też zdania, z którymi nie wiadomo co począć, czy obwiniać o nie tłumaczkę, czy samego autora, np.: “Stało się coś, co nie miało nic wspólnego z tym, co się tutaj wydarzyło.”

Teatralność i piękne kadry

Filmowa adaptacja Barry’ego Jenkinsa również umieszcza Tish graną przez Kiki Layne w roli narratorki historii. Jej głos z offu towarzyszy widzom podczas sekwencji retrospektywnych, które, dzięki subtelnej grze światłem i kolorem (zdjęcia Jamesa Laxtona), pozwalają uwierzyć w piękno uczucia łączącego młodych ludzi. Urokliwa muzyka w tle, autorstwa Nicholasa Britella, potęguje ten efekt. Tak, jest sentymentalnie, ale nie tak ckliwie jak w powieści. Aktorzy pięknie oddają stan zakochania, jaki towarzyszy pierwszej fazie ich związku. Opowieści o rodzącej się miłości przeplatają główny wątek historii, tak jak w powieści chronologia zdarzeń nie jest zachowana. 

Na szczególną uwagę zasługuje Regina King jako matka Tish, nagrodzona za tę rolę Oscarem. Sportretowana przez nią bohaterka jest gotowa na wszystko, by pomóc ojcu swojego nienarodzonego wnuka. To dzięki King wierzymy w potęgę tej matczynej miłości, chyba jeszcze piękniejszej w ekranowej adaptacji, niż na kartach powieści. Tym bardziej, że filmowe zakończenie dopisuje kilka wzruszających scen do tego wątku.

Obraz wiarygodnie pokazuje także to, jak destrukcyjny wpływ na człowieka ma przebywanie w areszcie i niepewność jaka się z tym wiąże. Każda kolejna wizyta Tish w więzieniu konfrontuje ją z rosnącym przygnębieniem kochanka i jego coraz większymi pretensjami. Zmienia się fizjonomia i cera Fonny’ego, jego sposób poruszania się, spojrzenie i reakcje. 

Warto wspomnieć także o kolejnej przewadze filmu nad książką. To intymna scena, w której przyjaciel głównego bohatera opowiada o swoim pobycie w więzieniu. W książce znamy szczegóły. W filmie wystarczy cisza i nieme przerażenie malujące się na twarzy aktora, by widzom ścierpła skóra. Magia kina!

Jednak i film Jenkinsa nie jest wolnym od wad. Rozpoczynająca go scena spotkania dwóch rodzin grzeszy nadmierną teatralnością. Zaś niektóre kadry, jak ujęcia ukazujące Fonny’ego w jego pracowni rzeźbiarskiej z czarnym tłem i unoszącym się malowniczo dymem tytoniowym, są nadmiernie wystudiowane. 

Werdykt

Podsumowując, zarówno książka, jak i film mają swoje wady. Jednak moim zdaniem bezpieczniej wybrać film. Adaptacja Barry’ego Jenkinsa pozostaje bardzo wierna powieści, pomimo pewnych zmian w zakończeniu, umiejętnie naprawiając jej niedostatki. Obraz niuansuje nieco prostą historię miłosną stworzoną przez Jamesa Baldwina. Ekranizacja pozwala doświadczyć piękna uczucia rodzącego się między dwojgiem młodych ludzi – niewinnego i czystego – zbrukanego przez rasistowską rzeczywistość Nowego Jorku lat 70-tych. Pokazuje także siłę matczynej miłości. Również tragizm położenia, w jakim znajdują się bohaterowie, zyskuje nowy rys dzięki współczesnemu kontekstowi dopisanemu przez Jenkinsa. Problem uprzedzeń rasowych w amerykańskim systemie sprawiedliwości nie zniknął przecież mimo upływu tylu lat. 

Anna Lipińska, @PoProstuAnia

James Baldwin, Gdyby ulica Beale umiała mówić, przeł. Maria Zborowska, Wydawnictwo Znak 2019.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi