Leszek Gnoiński, „Republika. Nieustanne tango”

Przyznam, że mam problem z biografiami gwiazd muzyki. Zazwyczaj są bowiem literackim stawianiem pomnika trwalszego niźli spiże. Leszek Gnoiński pisze w sposób nie ukrywający sympatii do Republiki, ale nijak nie zakłóca to doskonałego odbioru jego dzieła.

Trzeba użyć słowa dzieło, bo mamy do czynienia z ponad 700 stronicowym tomiszczem, z dodatkami w postaci dokładnej dyskografii i dziennego niemalże kalendarium z dziejów zespołu. Zaczynamy od dziejów rodzinnych członków zespołu i docieramy prawie do dnia dzisiejszego, do ostatnich koncertów i wydarzeń z 2016 r. upamiętniających Grzegorza Ciechowskiego.Autor nie pozostawia również z boku innych muzycznych aktywności członków zespołu, drobiazgowo je opisując.

Nie mogłem tej książki nie przeczytać. Po pierwsze bowiem urodziłem się i wychowałem pod Toruniem, potem kawał życia tam spędziłem i do dziś wracam z sentymentem. Po drugie pamiętam czasy schyłkowej komuny (choć wtedy nikt na ten schyłek by złamanego grosza nie postawił), gdy jako gówniarz poznawałem dzięki starszemu rodzeństwu świat polskiej muzyki rockowej początku lat 80 tych, którego niezaprzeczalną gwiazdą była Republika. Gnoiński zabrał mnie z powrotem do tego świata i opowiedział o rzeczach, o których jako dzieciak nie mogłem wiedzieć i w których nie mogłem uczestniczyć. Ta podróż sentymentalna była dla mnie czymś fascynującym. Książka rozkręcała się powoli, ale potem wprost połykałem kolejne strony i biegłem niemalże od jednej płyty Republiki i Obywatela GC do kolejnej.

Cała opowieść ma kilka warstw. Wszystkie umiejętnie przeplatane składają się na pełny obraz zespołu i co równie ważne – na społeczną i muzyczną panoramę Polski ostatnich 30 lat.

Po pierwsze oczywiście muzyka. Każdy kolejny album zespołu i solowy Ciechowskiego są dokładnie omówione w każdym aspekcie. Mamy więc interpretacje tekstów, co łatwe nie jest, bo to bardziej była poezja w wykonaniu Ciechowskiego niż zwykłe tekściarstwo. Do tego sam proces tworzenia piosenek i ich nagrywania, pokazujący jak skomplikowany to proces, zarówno muzycznie jak i osobowościowo, ze względu na ścieranie się różnych spojrzeń na muzykę. Bardziej pasjonujący jest chyba jednak opis procesu  finalnej produkcji i promocji płyt. W czasach wiecznych niedoborów i księżycowej gospodarki lat 80 tych zdobycie czegokolwiek graniczyło z cudem, obojętnie czy była to gitara (wspaniały opis tworzenia i późniejszych losów „Macoogi”, czyli gitary basowej Pawła Kuczyńskiego), czy też granulat niezbędny do tłoczenia płyt winylowych. Muzycy i ich współpracownicy dokonywali więc cudów kreatywności, by mieć na czym grać, a później – by zarobić na swojej twórczości w latach permanentnego kryzysu – tworzyli m.in. kreatywną księgowość godną czasów tuż przed upadkiem Lehman Brothers. Na długo pozostanie ze mną opis tego, jak grający trasę z Republiką muzycy brytyjskiego zespołu UK Subs, próbowali nadać jakąkolwiek wartość złotówkom, którymi płacono im za koncerty.

Te właśnie elementy związku muzyki z nazwijmy to „życiem gospodarczym”, to kolejna warstwa książki. Nie chodzi bowiem tylko o trudności z zakupem sprzętu, czy wynajmem studia. Autor kreśli w tle obrazy życia w Polsce przed i po przełomie 1989 r. z ich skutkami dla muzyków. Dowiadujemy się m.in., dlaczego trzeba było grać w kilku kapelach, jak Wojskowe Komendy Uzupełnień determinowały rozwój kariery, czy też jak „wielki kapitał” zepsuł rynek koncertowy. Jedno pozostało niezmiennie od czasów najdawniejszych – muzycy żyją z koncertów, a nie płyt.

Zespół – co za truizm –to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim ludzie. I to chyba najważniejsza i najbardziej pasjonująca warstwa tej książki. Gnoiński kreśli szczegółowe portrety nie tylko Ciechowskiego i wszystkich muzyków Republiki, ale także np. ich najważniejszych menadżerów czyli Andrzeja Ludewa i Jerzego Tolaka. Pokazuje nam relacje międzyludzkie, nie ukrywa tych wszystkich cech osobowości, które sprawiały, że między muzykami dochodziło do spięć i kontrowersji. Mimo niekrywanej sympatii dla tych ludzi nie są to na szczęście laurki, lecz portrety z krwi i kości. Widzimy, jakie cechy sprawiły, że Ciechowski – mimo wrodzonej delikatności – wyrósł na lidera twardą ręką rządzącego zespołem, na artystę od początku świadomego, w którą stronę chce iść. Jak Zbigniew Krzywański ze Sławomirem Ciesielskim walczyli o swoje wybory w kwestii sposobu grania muzyki. Potrafimy zrozumieć, jaką pasją dla nich wszystkich była i jest muzyka. Na ten przykład Leszek Biolik opowiada bardzo profesjonalnie o swoim sporze z perkusistą Wilków, z którymi przez chwilę grał, a Robert Gawliński dorzuca do tego smakowity opis, jak to ten profesjonalny spór był wzmacniany elementami takimi, jak pokazywanie sobie przez zwaśnionych muzyków… gołych tyłków.

Doceniam też, że książka zdejmuje z Małgorzaty Potockiej odium „polskiej Yoko Ono, która rozbiła Republikę”. Pokazuje rozkwit i upadek jej związku z Ciechowskim, dając jasny obraz tego, jaki naprawdę miał on wpływ na zespół i samego Ciechowskiego.

Publikując informację o „Republika. Nieustanne tango” na twitterze, pod hasztagiem #readlist2018pl, napisałem, że rzadko żałuję swojego wieku, ale mając kilka lat więcej lepiej i pełniej przeżyłbym fenomen Republiki. Taki bowiem obraz wyłania się z książki – to nie był zespół, to był fenomen. Widz i słuchacz dostawał obraz perfekcyjnie funkcjonującej i jednolitej maszyny, która niemalże miażdżyła swoją muzyką. Nie miałem na to wszystko żadnych szans będąc kilkuletnim chłopakiem. Szansę na to mieli np. sami mający dziś status gwiazd Tymon Tymański i Leszek Możdżer, którzy a capella przed przypadkowo spotkaną Republiką odśpiewali jej piosenki.

Cholera, naprawdę mi szkoda. Zachowując bowiem wszelkie proporcje, to ominęły mnie przeżycia podobne do tych opisywanych przez Biolika, gdy przysłuchiwał się pierwszej próbie Republiki po kilkuletniej przerwie. Fragment ten to dla mnie kwintesencja tej książki.

A potem przyjechali oni, zaczęli grać i od pierwszego dźwięku usłyszałem takie pierdolnięcie, że mnie wbiło w fotel. Nagle stanęło przede mną czterech gości, którzy grali wszystko sauté, świetnie śpiewali i, jasna cholera, jak to zapierdalało! Byli jak Beatlesi – każdy z nich grał niewiele, ale gdy zagrali razem, tworzyła się jakaś dodana wartość. Nie chciałem się z nimi wtedy nawet przywitać, bo źle się poczułem. Po tym, co zobaczyłem i usłyszałem, musiałem wyjść i się pozbierać.

Leszek Gnoiński, Republika. Nieustanne tango, Wydawnictwo Agora

Piotr, @P_e_t_ar

 

Oceń ten wpis!