Jak przeprowadzać rewolucje (naukowe)? Poradnik praktyka.
“Rzeźnicy i lekarze” Lindsey Fitzharris

W dzisiejszych czasach pobyt kogoś bliskiego w szpitalu wiąże się z dwoma uczuciami: strachem, że coś tej osobie zagraża oraz nadzieją, że trafiła do najlepszego możliwego miejsca, gdzie nie będzie pozostawiona sama sobie. Trudno mi wyobrazić sobie świat bez tego pierwiastka nadziei, że warunki, w których przyszło choremu przebywać są najlepsze z możliwych, a opiekują się nim wyjątkowi specjaliści.

Nie zawsze jednak tak było. W XIX wieku powszechne było przekonanie, że większe szanse na przeżycie mają wojskowi na polu bitwy, niż pacjenci szpitali. W ostatnich 150 latach medycyna przeszła ogromną transformację. Była to transformacja zarówno organizacyjna, jak i epistemologiczna i ideologiczna. Możemy o niej przeczytać w książce Rzeźnicy i lekarze Lindsey Fitzharris.

Gdy wieczorem odkręcamy w łazience butelkę błękitnego płynu do płukania jamy ustnej, raczej nie kojarzymy tej czynności z chirurgią. Być może jednak kojarzymy płyn Listerine z nazwiskiem Listera i być może coś nam tam świta, że to był lekarz. Listerine jednak nie jest dziełem brytyjskiego chirurga, choć zostało nim zainspirowane. To nie jedyny zresztą wkład Listera w przemysł towarów pierwszej potrzeby. Niejaki Robert Wood Johnson zainspirowany wykładem Listera na Międzynarodowym Kongresie Medycznym w Filadelfii założył razem z braćmi, Jamesem i Edwardem, firmę, znaną po dziś dzień jako Johnson & Johnson.

Co takiego wielkiego zawdzięczamy Josephowi Listerowi? Skoro był tak wielkim uczonym, dlaczego jego nazwisko jest dziś powszechnie nieznane? Każdy z nas słyszał o Robercie Kochu, w szkole uczył się o odkryciach Ludwika Pasteura. Ale trzeba mieć wyjątkowe szczęście do nauczycieli, żeby usłyszeć w liceum o Josephie Listerze.

Przed Listerem

W pierwszej połowie XIX wieku pobyt w szpitalu ograniczał się w zasadzie do opieki nad chorym. Chirurdzy byli istnymi rzeźnikami, a pacjent pod nóż szedł najczęściej w stanie już beznadziejnym, jeśli i tak czekała go śmierć. Jeszcze w latach 40. XIX wieku rzadko zdarzało się więcej, niż 150 operacji rocznie. Niechęć do operacji wynikała z dwóch powodów: po pierwsze powodowała ogromny ból u pacjenta, a po drugie – zatrważająco często prowadziła do zgonu operowanego. Lindsay Fitzharris przywołuje słowa twórczyni nowoczesnego pielęgniarstwa, Florence Nightingale, która jeszcze w 1963 roku twierdziła, że

“rzeczywista umieralność w szpitalach, zwłaszcza w dużych, zatłoczonych miastach, jest znacznie wyższa, niż skłonni bylibyśmy sądzić na podstawie wszelkich wyliczeń dotyczących umieralności w wyniku tego samego rodzaju chorób wśród pacjentów leczonych poza szpitalem”.

Ból próbowano uśmierzyć różnymi sposobami. W drugiej połowie XVIII wieku Joseph Priestley1 ten od flogistonu otrzymał podtlenek azotu, powszechnie rozpoczęto stosowanie gazu rozweselającego jako środka przeciwbólowego. Niestety jego skuteczność była wątpliwa. Szukano więc kolejnych sposobów, między innymi… hipnozy (a w zasadzie czegoś na jej kształt). Mesmeryzm, jak od nazwiska autora fachowo nazwano tę metodę ograniczenia bólu i przyspieszenia powrotu do zdrowia dziś postawilibyśmy na półce gdzieś obok faszerowania się oscillococcinum, ale w tamtych czasach nadziei szukano wszędzie, gdzie to tylko było możliwe.

Aż nadszedł grudzień 1846 roku. Wtedy to na oczach setek dziesiątek, jeśli nie setek studentów, po raz pierwszy w Anglii zastosowano odkryty w Ameryce nowy środek przeciwbólowy – eter. Ta “jankeska sztuczka”, jak ją nazwano, okazała się niezwykle skuteczna. Oto okazało się, że można wyeliminować jedną z dwóch największych przeszkód chirurgii – ból.

Następne miesiące i lata pokazały, że to błogosławieństwo stało się również przekleństwem chirurgii. Zadawanie bólu pacjentom powodowało, że chirurg był sprinterem, przeprowadzającym operację w ciągu kilku minut rzeźnikiem, który miał pacjenta otworzyć, wyciąć co trzeba i zszyć. Całość miała trwać jak najkrócej, aby ograniczyć cierpienia chorego. Fitzharris przywołuje historię wielkiego w owych czasach chirurga, który podczas pewnej operacji

“pracował tak szybko, że pozbawił swojego asystenta trzech palców, a zmieniając ostrza, rozciął płaszcz jednemu z widzów. Zarówno asystent, jak i pacjent zmarli potem w wyniku gangreny, a nieszczęsny obserwator wyzionął ducha na miejscu. Jest to jedyna w historii operacja, o której mówi się, że współczynnik umieralności wyniósł trzysta procent”.

Możliwości skutecznego znieczulenia rozzuchwaliły lekarzy. Nabrali pewności siebie. Prowadziło to do większej liczby operacji, a zarazem wzrostu liczby zgonów. Oddajmy ponownie głos Fitzharris:

“Jak się okazało, w ciągu dwóch dekad, które nastąpiły bezpośrednio po spopularyzowaniu anestezji, wyniki operacji się pogorszyły. Dzięki nowo odkrytej pewności siebie biorącej się z operowania bez zadawania bólu chirurdzy coraz chętniej chwytali za nóż, powodując wzrost liczby infekcji i przypadków szoku pooperacyjnego. W salach operacyjnych zapanował brud większy niż kiedykolwiek, ponieważ przeprowadzano więcej zabiegów”.

Wyeliminowanie bólu nie zmniejszyło mąk pacjentów, którzy dalej umierali na potęgę. Pozwoliło jednak chirurgom na dłuższe, bardziej metodyczne i lepiej przygotowane operacje. Joseph Lister był świadkiem eliminacji bólu podczas operacji. To nie świadkowie jednak zapisują się w historii. Lister postanowił przechytrzyć śmierć.

Era Listera

I oto wchodzi Joseph Lister, cały na biało i odtąd nic już nie było takie, jak przedtem.

A pewnie, chcielibyście! Takiego!

Ponad sto lat później wielki fizyk i filozof nauki, Thomas S. Kuhn sformułował myśl, że rozwój nauki nie jest linearny, ale ma charakter skokowy. Rozwój nauki dokonuje się poprzez rewolucje. Pojęciem, którego używa Thomas Kuhn jest paradygmat naukowy, czyli zbiór poglądów naukowców na dany temat. Takim paradygmatem może być teoria grawitacji, teoria zmian klimatycznych spowodowanych działalnością człowieka, czy teoria przenoszenia chorób przez niewidoczne dla oka drobnoustroje.

Szczególnie ten ostatni paradygmat, dziś podstawa naszej wiedzy o przenoszeniu chorób, 150 lat temu podawany był w wątpliwość. Do połowy XIX wieku obowiązującym paradygmatem była teoria miazmatów. Zgodnie z tą teorią, choroby rodziły się samoistnie z brudu i zgnilizny, a następnie powietrzem były przenoszone za pośrednictwem trujących wyziewów, tzw. miazmatów.

Joseph Lister nie był jedynym, który sprzeciwiał się tej teorii. Jak w każdej rewolucji naukowej, do zmiany paradygmatu dochodzi, gdy obecny paradygmat nie jest w stanie rozwiązać pojawiających się nowych problemów. Konkurencyjny paradygmat tymczasem sobie z tym radzi. Zanim jednak nastąpi rewolucja, uczonych czeka wyczerpująca walka o swoje idee. Nietrudno jest zrozumieć, dlaczego uczeni niechętni są zmianie swojego stanowiska. Jak zwraca uwagę Fitzharris,

“wielu chirurgom u szczytu kariery trudno było pogodzić się z tym, że być może od piętnastu czy dwudziestu lat nieumyślnie zabijali pacjentów, dopuszczając do zakażenia ran maleńkimi, niewidzialnymi żyjątkami”.

Dziś łatwo nam powiedzieć, że postępowanie tych uczonych było nielogiczne, nieuczciwe i de facto było zbrodnią na pacjentach, skazanych przez lekarzy na śmierć w imię ich dobrego imienia. Łatwo się szafuje mocnymi słowami.

Jednak już asystenci Listera, a także sam Joseph Lister szukali sposobu poradzenia sobie z oporem środowiskowym. Jak trafnie zauważył jeden z asystentów Listera:

“Nowe wielkie odkrycie naukowe zawsze ma tendencję do zostawiania po sobie licznych ofiar w postaci reputacji tych, którzy byli orędownikami starszej metody. Trudno im wybaczyć człowiekowi, którego praca sprawiła, że ich własna przestała się liczyć”.

Lister rozumował, że skoro starszym chirurgom niełatwo “oduczyć się” stosowanych od dziesięcioleci praktyk, znacznie łatwiej będzie mu nawrócić na swoje teorie i metody nowych studentów.

I oto rewolucja stała się faktem.

“Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera”, Lindsey Fitzharris

Lister w książce

Nie udało się jednak umknąć Fitzharris przed kilkoma mankamentami, na które chciałbym zwrócić uwagę potencjalnym czytelniczkom i czytelnikom. Po pierwsze historia Josepha Listera w pewnym momencie się urywa. Owszem, dzieje się to w momencie, gdy metoda Listera została zaakceptowana przez środowiska akademickie na całym świecie. Brakuje mi jednak tego płynnego domknięcia historii człowieka, który całe zawodowe życie poświęcił ratowaniu ludzi przed swoimi współpracownikami.

Po drugie, Fitzharris wspomina o historii dwóch londyńskich pracowników fizycznych, u których Lister zdiagnozował szkorbut. Lister zgodnie z wiedzą medyczną podawał pacjentom saletrę potasową, choć dziś wiemy, że nie jest to skuteczny lek na szkorbut. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wiedzieć o tym powinien już Joseph Lister. Lekarstwo na szkorbut znane było już przeszło 50 lat.

Po trzecie, choć nie jest to uwaga merytoryczna, Lindsay nie hamuje języka. Drastyczność niektórych opisów i w więzieniu o zaostrzonym rygorze spowodowałaby drżenie serc najbardziej zatwardziałych kryminalistów. Click To TweetJeśli jesteście wrażliwi, żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Bo, że przeczytać trzeba, to nie ulega wątpliwości. Trzeba.

 

Filip, @smootnyclown
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Lindsey Fitzharris, Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera, przeł. Łukasz Müller, Znak Literanova, 2018.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi