Lucia Berlin, „Instrukcja dla pań sprzątających”

Ach, te Stany Zjednoczone. Może czasem je nienawidzimy, ale i tak bardzo kochamy. Albo na odwrót. Jest to dość przewrotny wniosek po lekturze “Instrukcji dla pań sprzątających”, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że taki życiorys mógł się zdarzyć tylko tam. Życie Lucii Berlin to pasmo naprzemiennych sukcesów i klęsk, dostatku i biedy, bogactwa i otarcia się o nędzę. W 43 opowiadaniach poznajemy autorkę w zasadzie w każdym okresie jej życia, od czasu gdy ledwie wyszła z pieluch, po uczelnianą emeryturę przyznaną tyleż w uznaniu literackiego talentu, co – chyba trochę tak – z litości.

Kim w międzyczasie Lucia Berlin nie była? Dzieckiem inżyniera górniczego, który co kilka miesięcy zmieniał miejsce zamieszkania. Wychowanicą dziadków, spauperyzowanego rasistowskiego rodu z Zachodniego Teksasu i to, przynajmniej w przypadku dziadka, nie było ich najgorszą cechą. Złotym dzieckiem dyrektorskiej enklawy w miasteczku górniczym w Chile, gdzie Amerykanie odgrywali rolę arystokracji pośród śniadych biedaków. Młodą małżonką z klasy średniej, zbuntowaną bitniczką. Ale też sekretarką, nauczycielką, pielęgniarka, tytułową “panią sprzątającą”, dyspozytorką w pogotowiu. I dopiero u kresu życia względnie cenioną autorką, choć prawdziwa sława przyszła dobrą dekadę po śmierci.

Tyle się można dowiedzieć z trzech tekstów obudowujących pośmiertny wybór twórczości Berlin, a przede wszystkim z samych jej opowiadań. Proza Berlin jest bowiem autobiograficzna do bólu, choć oczywiście zdarzają się małe odstępstwa od rzeczywistości. Ci sami bohaterowie mają różne imiona, delikatnie zaburzona zostaje chronologia (choć możliwe, że to czytelnik sam zbyt mocno interpretuje wskazówki), jednak pewne motywy wracają co rusz. Trzy małżeństwa, czterech synów, opieka nad umierającą w Meksyku młodszą siostrą. Gubiący się i odnajdujący członkowie rodziny, familijne pretensje i okruchy szczęścia. No i alkohol.

Berlin piła bowiem przez wiele wiele lat. Jak stopniowo się dowiadujemy z kolejnych opowiadanych historii, od strony matki alkohol był wręcz endemicznie wpisany w los kolejnych pokoleń “jednej z najbardziej cenionych rodzin w regionie”. Tak jak ciągła dbałość o status i społeczne uznanie. Wybuchowa mieszanka alkoholu i towarzyskich pretensji skonfliktuje autorkę z rodzicami, pośrednio, a może i bezpośrednio, wpłynie na jej losy. Nie oznacza to jednak, że proza Berlin jest ciągłym narzekaniem na los, zdarzają się fragmenty wręcz komiczne – jak opis pracy dziesięcioletniej Lucii w gabinecie dentystycznym dziadka – a tyleż w pisaniu Berlin refleksji, co afirmacji życia.

Tak, w pewnym momencie włączyła mi się lampka ostrzegawcza, czerwona jak zachód słońca na teksańskiej pustyni – przecież o tym wszystkim pisał już Bukowski, no nie? Nie będę się upierać, że Berlin jest lepszą pisarką, choć po tłumaczeniach tak mi się wydaje, ale przede wszystkim ukazuje kobiecą perspektywę. Berlin wychowuje czterech synów, łapie kolejne fuchy, musi dbać, by rano chłopcy coś zjedli. Wszystko to w latach 60., 70. XX wieku, niby w trakcie, tuż po, rewolucji obyczajowej, ale jednak pewne zachowania uchodzące mężczyźnie, nie przystają kobiecie. Chinaski mógł się włóczyć, chlać i rozrabiać, nawet w Hollywood, ale kobieta…

Z labiryntu, bo wątki się powtarzają i zapętlają, opowiadań wyraźnie autobiograficznych, powstaje dość sugestywny obraz Ameryki na przestrzeni czterdziestu lat. Czasem, jako że to jednak tło, powierzchowny, ale pojawiają się też drobne szczegóły np. w opisach ubrań, które budują klimat epoki. Berlin jest wiarygodna jako kronikarka, bo jej życie toczyło się niejako na przecięciu dwóch rzeczywistości – tej “oficjalnej” i tej “utajonej”. W dzień klasa średnia i jej sposoby zdobywania pieniędzy (oraz alkoholu), nocami społeczne wyrzutki w znacznie mniej eleganckiej scenografii. Światy odrębne pod prawie każdym względem, różne choćby kolorem skóry.

“Instrukcja dla pań sprzątających” jest przykładem książki, która zyskuje jako całość. Gdyby ją rozkładać na poszczególne utwory, a opowiadania z kolei na akapity i zdania, ocena pewnie musiałaby być niższa. Teksty Amerykanki zyskują dzięki sąsiedztwu. Najlepiej obrazują to trzy opowiadania, łącznie kilkanaście stron, umiejscowione po kolei gdzieś pośrodku pośmiertnego tego wyboru: “Melina”, “Przyjaciele” i “Niesforna”. Każde jest z innej parafii, opowiada o innym okresie życia narratorki/pisarki, prawdopodobnie zostały napisane na przestrzeni lat, a jednak charakteryzują się podobnym, bo ja wiem, nerwem?

Warto.

Adam, @naTTjuzbylo

Lucia Berlin Instrukcja dla pań sprzątających, wydawnictwo W.A.B.