Łukasz Orbitowski, „Exodus”

Mam nadzieję, że Łukasz Orbitowski, w końcu pierwszy obecnie metal Rzeczypospolitej – poczucie niedocenienia tej subkultury w tzw. mainstreamie to zresztą temat na osobny, miejscami całkiem zabawny, tekst – nie obrazi się, jeśli jego najnowszą książkę przyrównam do płyty cenionego zespołu metalowego. Do bardzo długo wyczekiwanego longplaya. Wydanego, koniecznie, na dwóch winylach, najlepiej z bonusami dla najwierniejszych fanów. Elegancko zafoliowanego. Dopracowanego graficznie i ze specjalną numeracją. Pozostaje tylko posłuchać muzyki.

Jak w każdym gatunku muzycznym i tu istnieje szereg podgatunków, pewna hierarchia popularności, jedne zespoły są bardziej utalentowane, drugie nadają się do tarcia chrzanu. Czasem trafia się płyta, której nie sposób ocenić w kategoriach: dobra czy zła, płyta wobec której słuchacz jest bezradny. Niby wszystko jest ok, gitary brzmią jak należy, blasty chodzą aż miło, produkcja rozwala głośniki. A jednak pozostawia dziwny niedosyt, wolałbyś coś mniej, bo ja wiem, przemyślanego? Tylko w kilku króciutkich momentach masz ciary na plecach, czekasz z nadzieją na rozwinięcie riffu. Szukasz agresji. Wchodzi minutowa solówka albo wokalista postanowił coś zaśpiewać czystym głosem, by pokazać, że też umie i nawet dowolne talent show mógłby wygrać, gdyby tylko chciał. I był trochę młodszy.

Mam wrażenie, że coś w tym stylu przytrafiło się Orbitowskiemu. Napisał książkę doskonałą technicznie, pod względem rzemiosła się ciężko o cokolwiek przyczepić, lecz z jednym felerem – nie wywołuje ona prawdziwych emocji. “Exodus” nie schodzi z pewnego poziomu, ale też nie oferuje zbyt wielu fragmentów przełamujących rutynę, a kilka razy przynosi literackie odpowiedniki przywołanej wyżej solówki. Bohaterem powieści jest trzydziestopięciolatek, który pewnego wiosennego dnia podejmuje pieniądze z konta, tnie karty kredytowe, wyrzuca dokumenty i wsiada do pociągu do Berlina. By uciec jak najdalej? Dlaczego? Dość szybko można się domyślić i nie jestem fanem tego typu chwytów fabularnych. Zbyt blisko im do szantażu moralnego. Rusza więc w podróż po Europie, a jego przeżycia w kolejnych krajach przeplatane są retrospektywami z rodzinnego życia w latach, już, dwutysięcznych.

I w tej drugiej warstwie Orbitowski, choć cały czas trzyma równy poziom, nie oferuje niczego nowego. Może siedem, nawet pięć lat temu, lekko tragikomiczny, niepozbawiony drobin czułości obraz stosunków familijnych byłby w naszej literaturze czymś świeżym, ale teraz – po wysypie przeróżnych sag rodzinnych – już nie może być o tym mowy. Tak samo obraz polskiego społeczeństwa jest skrótowy, dość schematyczny, trąci karykaturą. Znacznie ciekawsze są partie poświęcone tytułowi exodusowi – choć sprawdzałem w słowniku, czy można tego słowa użyć odnośnie jednostki i chyba nie – głównego bohatera. To wędrówka tyleż po realnych miejscach, co po demonach europejskiej przeszłości i teraźniejszości. Janek poszukuje bezpiecznego miejsca do ukrycia się przed światem, ale ten upomina się o niego wręcz nachalnie. Rzeczywistość w jaką wpada nasz podstarzały młodzieniec – niedorosłość to charakterystyczna cecha bohaterów współczesnej prozy i chyba trzeba się z nią pogodzić – nie jest może piekłem, ale czyśćcem można ją nazwać z z pewnością. W Berlinie trafia w środek afery lustracyjnej, na Bałkanach zostaje wolontariuszem w obozie dla uchodźców, w Lublanie spada na samo dno i nawet słoneczna Grecja zamiast spokoju przynosi mu jedynie upał i poczucie kresu.

Mam nadzieję, że z tego króciutkiego opisu widać, że Orbitowski chce się zmierzyć z wielkimi problemami naszych czasów i naprawdę jestem pełen podziwu, że spróbował. Polscy pisarze bardzo rzadko ruszają poza granice naszego kraju, a jak już to czynią, to z reguły się okazuje, że nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Wódka, ogórek, słoń, sprawa polska, znowu wódka, sprawa polska. Więc chwała Orbitowskiemu, że się odważył spojrzeć szerzej. Ale nie potrafię pozbyć się odczucia, że nie wyszedł ponad poprawność. Nawet kiedy łamie inną poprawność, polityczną, zdaje się to czynić bez większego przekonania. Szkoda. Równocześnie jednak “Exodus” nie odstaje poziomem ani wnioskami od głośnych zagranicznych powieści, to naprawdę nie jest gorsza ani mniej udana próba opisania naszej rzeczywistości od tytułów polecanych, jeśli wierzyć okładkom, w “Guardianie”, “New Yorkerze”, “FAZ” czy “Le Figaro”. Po co czytam te blurby?

Aha. Exodus to także zespół thrashmetalowy, który trzydzieści lat temu miał krótką chwilę chwały, zasłużony, ale nie udało mu się na stałe wejść do pierwszej ligi gatunku. Istnieje nadal i nawet na dniach zagra koncert w Katowicach.

Czy ja coś sugeruję?

Broń Boże.

Adam, @naTTjuzbylo

Łukasz Orbitowski, Exodus, wydawnictwo Sine Qua Non