Łukasz Orbitowski, „Exodus”

Nie będę ukrywał, że na każdą nową książkę Łukasza Orbitowskiego czekam z niecierpliwością. Tym razem, przed premierą Exodusu, odczuwałem lekką obawę, jak poradzi sobie z rumakiem, na którego wsiadł dzięki sukcesowi świetnej Innej duszy.

Dał radę.

„Exodus” mnie nie zawiódł, choć autorowi udało się stworzyć bohatera, którego przez te kilkaset stron nijak nie potrafiłem polubić. W pierwszym odczuciu byłem tym zdenerwowany, by nie powiedzieć, że zniesmaczony – oto mamy genialny koncept opowieści o człowieku, który nagle w sensie dosłownym ucieka od swego życia. Wyrzuca telefon, portfel i wyrusza w nieznane. Lecz zamiast mistycznej tajemnicy ucieczki, opowieści spod haseł „jak i dlaczego?”, dostaję postać, która mnie drażni.

I za to właśnie stawiam pierwszy plus dla Orbitowskiego. Nie próbował dać nam kolejnej wyświechtanej, a dziś już chyba niemożliwej do napisania, „powieści drogi”. Dal nam opowieść o odpowiednio skrojonym pod odbiorcę człowieku. Moim zdaniem (potwierdzonym chyba pośrednio jego ostatnimi opowieściami o „kobiecej literaturze”) świetnie wiedział on dla kogo pisze tę powieść. Dla facetów w wieku zbliżonym do swojego, gdzieś na granicy mitycznej czterdziestki, która każdemu z nich w mniej lub bardziej żałosny sposób każe zastanowić się nad sensem tego, co robi i jak żyje. Podświadomie więc można było oczekiwać odpowiedzi na kuszące pytanie, czy tak po prostu można się urwać z życia i jak to zrobić.

Nie dostajemy jednak tej odpowiedzi. Przynajmmniej nie od razu. Za to poznajemy opowieść w kilku aktach o bohaterze– jego perypetie w kolejnych krajach i miejscach składają się na swoiste odrębne mini opowieści. W niektórych recenzjach, jak zauważyłem, czyniono z tego autorowi zarzut, wskazując na brak wewnętrznej spójności. Nie zgodzę się z tym, bo przecież – za to drugi plus – umiejętnie wplata on w narrację obrazy z przeszłości bohatera, jego życie pod parasolem zaborczej matki i dorosłość datowaną od pewnego sylwestra, który ułożył jego losy na kolejne naście lat.

Nie mówiąc o coraz pełniejszym obrazie zdarzeń z dnia ucieczki. Nie chcąc zdradzać szczegółów powiem, że to niesamowicie silne spoiwo całej opowieści plus numer trzy.

W miarę kolejnych stron obraz bohatera jest więc coraz pełniejszy. Tu jednak wracam do początku – nadal jednak nie wzrasta poziom sympatii do niego. Poznajemy go dokładniej i zdajemy sobie sprawę, że oto człowiek, który nigdy tak naprawdę w swoim życiu o niczym nie zdecydował. Wszędzie zaniósł go ślepy los, łańcuch wydarzeń lub – to częściej – ludzie którym pozwalał sobą sterować i który we wszystkich najważniejszych momentach życia tchórzył, nie potrafiąc powiedzieć sobie, czego chce i sięgnąć po to. Jego ucieczka jest więc trochę szansą na to, by o sobie zdecydować, spróbować żyć na własny rachunek. I tu docieramy do zasadniczej kwestii – trzeba ocenić, czy doszło w nim do jakiejkolwiek przemiany, czy stał się człowiekiem odpowiedzialnym i świadomym własnych wad. Nie ma jasnej odpowiedzi. Były próby, lecz powieść – na szczęście – zamyka się w momencie, w którym dopiero moglibyśmy zacząć poznawać odpowiedź. Zostajemy z nią sami.

Przed premierą „Exodusu”, odczuwałem lekką obawę, jak poradzi sobie z rumakiem, na którego wsiadł dzięki sukcesowi świetnej „Innej duszy”. Dał radę. Click To Tweet

Orbitowski zaczynał od science-fiction. Łatwo było w tych opowieściach wskazać i opisać zło, odbierając mu pierwiastek realności. W „Innej duszy”, po części we wcześniejszej Szczęśliwej ziemi i w Exodusie autor pokazuje, że zło tkwi w nas samych i ma ordynarnie normalne oblicze. Po prostu jesteśmy, tak jak nasz bohater, ludźmi oszukującymi najbliższych, skupiającymi się na miłości własnej i to właśnie jest najbardziej fascynujące w złu tego świata. Prawda to oczywista, znana choćby z historycznych analiz zbrodniarzy, którzy tylko „wykonywali rozkazy”, ale podana w sposób umiejętny, nie pozwalający właśnie polubić naszego bohatera. Plus numer cztery.

Oto więc przed nami kilkaset stron zmagań z trudnym bohaterem , podanych w świetnej formie. Mamy początkowo do czynienia teoretycznie ze zbiorem zdarzeń luźno ze sobą powiązanych. Trzeba jednak zamknąć książkę i ułożyć sobie w głowie obraz całości. Portret człowieka, który zawodził przez całe życie i zawiódł w chwili najważniejszej. I możemy zacząć sobie wyobrażać, co dalej z jego życiem.

Od zakończenia lektury zastanawiam się też, jak dziś Orbitowski napisałby powieść science-fiction, potrafiąc już wydobyć zło ze zwykłych zdarzeń i ludzi. Może spróbuje. Na razie nie spadł z rumaka osiodłanego po Innej duszy. Galopuje dalej, a ja czekam na kolejne książki.

Łukasz Orbitowski, Exodus, Wydawnictwo Sine Qua Non

Piotr, @p_e_t_ar

Oceń ten wpis!