ok 6 minut zajmie Ci przeczytanie tego tekstuMałgorzata Szejnert, „Wyspa węży”

Z pewną taką nieśmiałością muszę przyznać, że to pierwsza książka Małgorzaty Szejnert, z jaką miałem się okazję zetknąć i przeczytać. Na początku lektury świadomość tego w pewnym stopniu mi doskwierała, lecz z czasem zacząłem doceniać, że dzięki tej „niewiedzy” mogłem się skupić bardziej na samej opowieści niż jej porównywaniu z wcześniejszymi pozycjami autorstwa Szejnert. 

Jedna z wielu czasami prawdziwych, a równie często irytujących mądrości ludowych głosi, że za granicą nikt Polaka nie pognębi tak, jak jego rodak. W wypadku lektury najnowszej książki Małgorzaty Szejnert powiedzenie to wracało do mnie przez cały jej czas. Tym razem nie dotyczyło jednakże opresji stosowanej przez majstra na budowie czy kierownika średniego szczebla w biurze, ale zinstytucjonalizowanej zemsty na niedawnych przeciwnikach politycznych, tworzącej iście diabelski mix z żołnierskim honorem i wojskową podległością.

Punkt wyjścia książki jest zupełnie jednak inny. Oto autorka, pełniąca rolę swoistego kustosza rodzinnych pamiątek, odkrywa postać swojego wuja Ignacego „Raka” Raczkowskiego, a w zasadzie lukę w rodzinnej pamięci, w którą wpadła jego postać tak skutecznie, że nikt nie potrafi przypomnieć sobie jego historii. Krok po kroku autorka odkrywa, że był on jednym z oficerów umieszczonych najpierw w obozie we Francji, a potem na szkockiej wyspie Bute, w miejscu odosobnienia dla sanacyjnych wojskowych jeszcze niedawno władających II Rzeczpospolitą, dziś zaś odsuniętych od służby i władzy przez nowy rząd emigracyjny. Postać „Raka” znika jednak szybko z kart książki. Trochę chyba za szybko. Po wstępie, będącym gęstą od imion i nazwisk historią rodzinną, lądujemy razem z autorką i jej synem na wyspie Bute u ujścia rzeki Clyde, by spróbować odnaleźć ślady polskich oficerów przebywających tam z rozkazu emigracyjnego Premiera i Naczelnego Wodza.

W tym momencie tracimy poczucie, że oto mamy do czynienia z rodzinną historią podobną w stylu do „Fałszerzy pieprzu” Moniki Sznajderman. Książka przekształca się w opowieść o zbiorowości sanacyjnych oficerów, z wyeksponowanymi kilkoma postaciami, jak chociażby podporucznik rezerwy Stefa Mękarski – wnikliwy acz pełen goryczy obserwator obozowej rzeczywistości. Rodzinnej atmosfery nie przywraca nawet fakt rodzinnych powiązań autorki z Jędrzejem Modelskim, synem generała Izydora Modelskiego, jednego z głównych twórców obozu.

Sam obóz był tworem co najmniej dziwnym. Trzeba wyrzucić z wyobraźni nasuwające się obrazy baraków i kilometrów drutu kolczastego wokół nich. Przetrzymywani na Bute oficerowie wtapiali się w miejscową społeczność, wynajmowali mieszkania, w mundurach zgodnych w wojskowymi wytycznymi chadzali na spacery i na potańcówki. Nawet obozowe więzienie dla szczególnie hardych oficerów sanacyjnych nie przypominało tego, co zwyczajowo pod tym hasłem się rozumie.

Nie jest istotne jednak pytanie, jaki był sam obóz. Kluczowe jest, dlaczego w ogóle powstał? Jak wytłumaczyć, że armia pobita we wrześniu 39 r., której szczątki tylko wydostały się za granicę, mogła sobie pozwolić na przetrzymywanie kilkuset oficerów (wg szacunków przez cały okres funkcjonowania obozu przez Bute przewinęło się ponad półtora tysiąca osób) bez przydziału? Sytuacja zupełnie niezrozumiała dla gościnnych Szkotów, których rodacy a nawet sąsiedzi ginęli na frontach wojny, podczas gdy wyspę zasiedlali nudzący się ludzie zdolni do noszenia broni i walki. Nie zrozumieliby pewnie nic z zawiłości polityki międzynarodowej, której główne zdarzenia autorka opisuje, a która niemalże bawiła się Polską jak zabawką.

Tutaj wkraczamy już na typowe chyba niestety poletko wojny polsko-polskiej. Zaczęło się pięknie i obiecująco, od deklaracji gen. Władysława Sikorskiego, który w przededniu skupienia w swoich rękach całej niemalże władzy emigracyjnej, w obliczu klęski wrześniowej pisze:

Proszę panów, byśmy zapomnieli o tym, co nas dzieliło, a zwrócili się ku temu co nas łączy, a przynajmniej łączyć powinno. (…) Nie będziemy tu robić żadnej polityki. Uprzedzam Panów, że na żadną partyjną, czy brygadową politykę nie ma i nie może być miejsca w wojsku polskim. Zasadą moją będzie kult kompetencji, a wierzę, że się spotkamy pod hasłem „Honor i Ojczyzna”.

Piękne słowa o jedności. Słowa z których nic jednak nie zostało. Oficerowie już niedługo potem, jeszcze na długo przed przeniesieniem ich z Francji do Szkocji, w odpowiedziach na swoje prośby o przydział do wojska dostają prawdziwe pokazy sztuki epistolarnego upokarzania:

Były premier, generał Felicjan Sławoj-Składkowski:

Pan, Prezes Rządu odpowiedzialnego za bezprzykładny pogrom jakiegośmy doznali, powinien zrozumieć, że jedno tylko mu pozostaje: dać o Sobie zapomnieć.

Generał Tadeusz Kasprzycki, we wrześniu 1939 roku minister spraw wojskowych:

Pan jest odpowiedzialny za nieprzygotowanie narodu i wojska do wojny nowoczesnej, a więc i za poniesioną przez nas klęskę, która nie jest wolna od hańby. Niech Pan generał pozostanie w Baile Herculane. Ojczyzna nie chce Jego usług.

Autorka nie bawi się w sędziego – nie ocenia, w jakiej mierze sanacyjni oficerowie byli winni klęski Września 39. Nie ocenia też władz emigracyjnych. Kreśli w szerokim planie obrazy wielkiej polityki i wojny, ale robi to w sposób który sprawia, że książka staje się opowieścią o ludziach, o ich rozterkach, bezradności, ale też uporze i zacietrzewieniu. Możemy zobaczyć, jak mając do dyspozycji aparat wojska można pokazać własną małość w zwalczaniu drugiego człowieka. Tworzy się specjalne komisje, których zadaniem jest ocena, w jakim stopniu ktoś utracił honor pozwalający na bycie dalej polskim oficerem. Rzeczony honor staje się słowem wytrychem nadużywanym przez obie strony. Każdy się na niego powołuje, roszcząc sobie prawo do jego jedynie właściwego sposobu użycia.

Parafrazując można powiedzieć, że Polacy Polakom zgotowali ten los. Jak stwierdził przywołany na wstępie przez autorkę brytyjski generał Adrian Carton de Wiart: Miałem dla Polaków wielką sympatię i podziw, ale nie mogę zaprzeczyć, że karmili się kryzysami, produkowali je z niezawodną gotowością i bez prowokacji.

Świetnym podsumowaniem książki jest postać jednego z pensjonariuszy (krótko jednak) obozu – kapitana Romana Czerniawskiego (notabene jeszcze w kwietniu Wydawnictwo Czarne wydaje książkę o nim). Postać absolutnie nietuzinkowa. Jako pracujący dla brytyjskich tajnych służb podwójny agent (pseudonim Brutus) przekazywał Niemcom fałszywe informacje dotyczące m.in. lądowania w Normandii. Uznawany przez Brytyjczyków za jednego z ludzi, którzy wnieśli największy wkład w ostateczne zwycięstwo, dla polskich oficerów nie był godzien podania ręki. Nawet po wojnie, gdy znaczna część prawdy o jego działaniach mogła zostać ujawniona, wielu emigracyjnych oficerów uznawało, że szpieg nie może mieć honoru.

Tak, to idealne podsumowanie…

Piotr, @P_e_t_ar

Małgorzata Szejnert, Wyspa węży, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Oceń ten wpis!