Marek Szymaniak, „Urobieni. Reportaże o pracy”

Różne rzeczy w życiu robiłem. Ganiałem po magazynie kompletując zamówienia, pracowałem w sklepie spożywczym (bez książeczki sanitarno-epidemiologicznej, kto by sobie takimi pierdołami głowę zawracał), handlowałem kulturą, wyciągałem od ludzi pieniądze przez telefon (tzn. namawiałem ich do zainwestowania oszczędności na giełdzie), odbierałem telefony w call center, naganiałem dla Otwartych Funduszy Emerytalnych. Nigdy nie pracowałem w ochronie, gastronomii i budowlance. 

Można więc powiedzieć, że najgorsze mnie ominęło. Spośród powyższych zajęć tylko w jednym przypadku byłem zatrudniony w oparciu o umowę o pracę, a tylko w jednym – patrząc kodeksowo – nie powinienem być. Nigdy nie miałem wyboru formy zatrudnienia, nikt się mnie nie spytał, czy chciałbym umowę o pracę, czy może wolę umowę zlecenie. Proszę mnie źle nie zrozumieć, kodeksowo zdanie pracownika nie ma nic do rzeczy. Pewna firma ubezpieczeniowa, w której pracowałem, podpisywała z pracownikami nawet dwie umowy, dla swoich dwóch spółek. Na koniec miesiąca pracownik musiał robić zestawienie, ile godzin przepracował dla której spółki, choć było to na tym samym krześle, przy tym samym biurku, w tych samych programach informatycznych. Zalecenie było takie, by każdy pracownik od razu “wybrał sobie” na podstawową umowę tą z mniejszą ilością godzin (bowiem podział procentowy godzin był znany już w momencie podpisywania umów). Druga umowa miała być właśnie tą drugą umową. Dlaczego? Ponieważ zgodnie z prawem składki emerytalne, rentowe i tak dalej, odkładać należało od pierwszej umowy, a od kolejnych – to zależało od pracownika. Pracownika w potrzebie finansowej łatwo namówić, by zrezygnował z oskładkowania1Oprócz składki zdrowotnej, która jest pobierana od każdej umowy. swojej umowy, by miał w miesiącu te 60 złotych więcej.

W jednym przypadku w ogóle nie otrzymywałem wynagrodzenia, które było uzależnione od tego, ilu osobom sprzedam dane usługi. W jeszcze innym przypadku za 1500 złotych miesięcznie wśród moich obowiązków miałem “pilnowanie kasy” i przygotowywanie jej do oddania do banku (miłym panom z jakiegoś Konsalnetu, czy czegoś tam jeszcze). Tak więc zarabiając 1500 złotych codziennie obracałem kwotami rzędu od 40 do 250 tysięcy złotych dziennie. W tymże sklepie najgorzej i tak mieli ochroniarze, którzy za 2500 złotych miesięcznie pracowali po 300 godzin na stojąco z możliwością jednej, godzinnej przerwy. Pamiętam, jak zupełnym przypadkiem okazało się, że jeden z ochroniarzy cierpi na padaczkę. Domyślacie się, w jakich okolicznościach.

W sklepie spożywczym w jakiś deszczowy dzień na progu upadły nam kosze z pieczywem. Tego dnia klienci pytali się, dlaczego tak mało bułek dostaliśmy. Nikt im nie mówił, że najlepiej by było, gdyby i tych nie kupowali. Wyciągając od ludzi pieniądze do gry na giełdzie amerykańskiej po raz pierwszy byłem świadkiem nierówności między szefem a pracownikiem. Byłem świadkiem tak szokującego zdarzenia, że do dziś mnie ciarki na jego myśl przechodzą, a będzie już dobre ponad 10 lat od tego wydarzenia.

Byłem również w innych firmach zatrudniony przez agencje pracy tymczasowej, w skrajnym przypadku pracowałem blisko rok na miesięcznych umowach podpisywanych pod koniec każdego miesiąca. Nie ma to jak stabilizacja. A jednak moja sytuacja zawodowa nigdy nie była tak zła, jak większości bohaterów książki Marka Szymaniaka. Choć nieraz zadłużałem się, żeby od przetrwać od pierwszego do pierwszego, nigdy nie musiałem pracować na dwóch etatach równocześnie. Nie musiałem załatwiać sobie lewych oświadczeń o niepełnosprawności, żeby mój Janusz biznesu dostał dofinansowanie z PFRON.

Historie, które opowiada Marek Szymaniak uzmysławiają nam nie tylko, że są w Polsce ludzie, których sytuacja jest gorsza, niż nasza. To przecież wiedzieliśmy i bez Urobionych. Przede wszystkim dzięki nim rozumiemy, w jaki sposób do tego doszło. Dlaczego firmy szukają oszczędności w outsourcingu, dlaczego w ochronie pracują głównie emeryci i osoby niepełnosprawne.

Zapytałem go [szefa] kiedyś, czy mam patrolować miejsca, które są nieobjęte okiem kamery – opowiada pewien ochroniarz. Odpowiedział: “Po co? Przecież tam jest ciemno”. Niestety moja opowieść nic nie dała. Dyrektor wzruszył ramionami i mruknął, że on to wszystko wie. Jemu ochrona jest potrzebna tylko do obniżenia ceny polisy ubezpieczeniowej, a poza tym od w branży działa 20 lat i nigdy nie miał żadnego włamania. Wtedy zrozumiałem. Jedni udają, że chronią, drudzy, że płacą, a trzeci, że im na tej ochronie zależy.

Ale nie tylko w ochronie jest źle. Na kartach książki obserwujemy potyczki z rynkiem pracy pielęgniarek, sprzątaczek, dziennikarzy, maklerów giełdowych, drobnych biznesmenów i zwykłych pracowników sklepowych. Podejrzewam, że każdy z Was przynajmniej z częścią opisanych sytuacji sam się spotkał, albo osobiście, albo przez doświadczenie rodzinne.

Albo historia Olega, Ukraińca pracującego w Polsce w budowlance. Pracował bez umowy, szef mu nie zapłacił i wszystkiego się wyparł. Oleg kilka miesięcy walczył o zapłatę za swoją pracę, ale bezskutecznie. W końcu zrezygnował.

Oleg myśli też czasem o właścicielach mieszkania, które remontował. Zastanawia się, czy klienci jego byłego szefa domyślają się, dlaczego zapłacili tak mało.
– Czy wychodząc spod prysznica na płytki, które ułożyłem, wiedzą, że zaoszczędzili, bo ja nie dostałem wypłaty i musiałem pożyczać na jedzenie? – pyta Oleg i zaraz dodaje: – Nie, to na pewno im nawet nie przyjdzie do głowy.

Najbardziej przejmująca jest historia ukraińskich sprzątaczek z warszawskiego Mokotowa. Czytając historię Żeni chce się wyć z bezsilności. Z bezczelności. Z wściekłości. Jak można traktować ludzi jak zwierzęta?

Pani Ewa uważała, że do przeżycia Żeni wystarczy chleb razowy i margaryna. Na śniadanie, obiad i kolację. Do woli mogła pić wodę z kranu – zdrową, bo filtrowaną. czasem dostawała też herbatę. Za to kawy ani razu, bo była za droga. […]
Pani Ewa czasem zabierała Żenię na zakupy. Mówiła: “kup sobie, co chcesz”.
– Wzięłam jogurt naturalny, a ona odjęła mi za niego z pensji.

Niskie pensje i słaba praca to niejedyne problemy polskiego rynku pracy: Z badań prowadzonych przez Uniwersytet SWPS w Sopocie wynika, ze problem molestowania seksualnego w pracy dotyczy od 66 do 78 procent Polaków obojga płci. Ludzie, co z wami jest nie tak?! Nie potrafię o polskiej pracy myśleć inaczej, niż jak o patologii. Urobieni Marka Szymaniaka to, po własnych doświadczeniach, kolejna już lektura utwierdzająca mnie w tym poglądzie.

Filip, @smootnyclown

Marek Szymaniak, Urobieni. Reportaże o pracy, wydawnictwo Czarne